Jak to jest z nami i z Aniołami? – One nie muszą mieć skrzydeł, a my nie musimy być bezbronni i sami…

 

„Czy najróżniejsze lęki, fobie i podskórny strach nie są główną chorobą współczesności? Czy to nie one głównie rządzą nami, choć nikt się do tego (tchórzostwa) nie przyznaje? Czyż pierwszym krokiem do ich pokonania i oswojenia nie jest przyznanie się do nich i opisanie? Tu jest na to czas, miejsce i pomoc!” – taka była treść plakatu i ulotek, z którymi przyszło do gabinetu psychoterapeutycznego kilkanaście osób. Po niektórych widać było ową chorobę – po ich spłoszonych spojrzeniach, skuleniu, skurczeniu w sobie. Inni ją maskowali. Odbijała jakoś od nich dziewczyna, która przyprowadziła tu przyjaciółkę. Miała na imię Sara, jasne i spokojne spojrzenie i ruchy.

Terapeuta powitał wszystkich ciepło i zadał trochę zaskakujące pytanie: „Kto z was wierzy w swojego anioła? Kto może go opisać?” Kilka osób przytaknęło i z oporami lub bez zaczęli opisywać owe anioły. Wyglądało to trochę na projekcje znanych wyobrażeń malarskich czy filmowych, jakby w stanach lękowych stwarzali oni sobie na siłę te postacie, trochę jak często zostawiane samotnie dzieci. Chyba wzajemnie sobie nie wierzyli i zbyt uważnie nie słuchali.

Wspomniana Sara słuchała uważnie i kręciła głową, jakby pewna, że zmyślają. Podniosła rękę i powiedziała: „Nie powiem, że wierzyłam, czy miałam kogoś takiego. Nie. Swoje lęki i strach pokonywałam ryzykownymi wypadami, jak ten na przedmieściu Archangielska, gdzie odwiedziłam krewnych. Powiedziano mi coś o olśniewających wschodach słońca, jakie można oglądać z odległego dość miejsca. Postanowiłam wyruszyć tam przed świtem w zupełnej prawie ciemności. Szłam przy szosie z rzadko pojawiającymi się samochodami. Nie wiem kiedy usłyszałam za sobą kroki… To było dwóch mężczyzn z zasłoniętymi twarzami. Odwracali się, gdy mijał nas jakiś samochód i choć mocno przyśpieszyłam, szli za mną coraz bliżej. Nigdy nie bałam się tak jak wtedy. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, zresztą uciekać nie było gdzie. Dygotałam w ślepym strachu… I wtedy pojawił się trzeci mężczyzna, ale z odsłoniętą twarzą z wyrazem budzącym zaufanie. Zrównał ze mną krok i szliśmy ramię w ramię w milczeniu. Był młody, ale jakiś taki… stateczny i poważny. Uspokoiłam się i nawet nie zważałam czy tamci idą za nami czy nie. Wstawało słońce, które bardzo rozjaśniło mu twarz… I tak doszliśmy do przystanku, na który właśnie wjeżdżał autobus do miejsca zamieszkania moich krewnych. Wsiadając do niego powiedziałam do tego mężczyzny: „Nie wiem, co mogłoby stać się ze mną, gdyby pan się nie zjawił.” A on spokojnie rzekł: „Ja jednak wiedziałem.” I zniknął. Nie powiem już nic więcej.”

Wszyscy obecni, włącznie z terapeutą, jakby zawiśli oczami na wargach Sary i w ciszy, która zapadła nie zabrzmiał żaden głos. Nawet terapeuta nie bardzo wiedział, co powiedzieć, gdy ujrzał w oczach niektórych jakieś rozjaśnienie i ulgę.

 

***

 

Nie jesteśmy sami, ale w to nie wierzymy, nie pamiętamy o tym lub pod wpływem mnożących się lęków i strachów – na amen o tym zapominamy. Albo te wszystkie wyobrażenia kiczowatych aniołków uniemożliwiają nam wiarę i zaufanie do tych pełnych jasnej mocy duchów, czyli Aniołów Bożych oczekujących na wezwanie, na powierzenie się im, na rzucenie się w ich ramiona, gdy zjawiają się wokół demony rzeczywiste czy urojone.

 

Tadeusz Ruciński FSC

 

Artykuł ukazał się w archiwalnym numerze Któż jak Bóg 3/2013. Zapraszamy!