Egzorcysta bez Boga jest śmieciem!

Przyznać muszę, że udało mi się z księdzem Zbigniewem umówić nieco poza kolejnością. Ale też, jak sam zażartował, sytuacja była szczególna, gdyż tym razem to on miał się „spowiadać” przed penitentem. Lecz choć uśmiech niemal nie schodzi z twarzy ks. Zbyszka, a on sam „zaraża” otoczenie/ Bożą pogodą ducha, tematyka rozmowy była niezwykle poważna. A i rozmówca postawił na starcie jeden zasadniczy warunek…

 

Zapowiedział mi Ksiądz przed wywiadem, że mamy go zrobić porządnie, a nie po pogańsku, bo jak zrobimy po pogańsku, to diabeł sobie to zaraz odbije. O co chodzi?

Chodzi o to, że jestem człowiekiem pysznym i muszę sam sobie o tym nieustannie przypominać. Amerykańskie filmy pokazują egzorcyzmy najczęściej przez pryzmat sensacji. Egzorcystom przypisuje się w nich szczególne moce i zdolności. A prawda jest taka, że egzorcysta bez Boga jest śmieciem! Sam z siebie nie może nic, jest tylko marnym narzędziem, przez które tworzy sobie pole do działania Bóg. Jeśli którykolwiek z egzorcystów zaczyna przypisywać jakieś szczególne zdolności sobie, Szatan już się cieszy! Dlatego puentą naszego wywiadu musi być: „Chwała Panu”, a nie „Chwała księdzu o nazwisku Zbyszek Baran”.

 

Jak to się dzieje, że kapłan w pewnym momencie swojej posługi otrzymuje mianowanie na egzorcystę? Co się musi wydarzyć?

Poprosił mnie o pełnienie tej funkcji Ojciec Generał ks. Kazimierz Radzik, w czasie, gdy byłem jeszcze proboszczem w Młochowie. Zgodziłem się głównie przez wzgląd na własną ambicję. <śmiech> Przez kolejny rok przygotowywałem się do nowej roli, uczestnicząc w egzorcyzmach u boku warszawskiego egzorcysty, ks. Andrzeja Grefkowicza. W pewnym momencie ks. Andrzej powiedział mi: „Zbyszek, zaczynaj na własną rękę”. Miałem już przygotowanych w parafii na Bemowie ludzi, którzy mieli mi pomagać. I wtedy doszło do wypadku…

Pełniąc przez dwa lata funkcję zgromadzeniowego ekonoma przejechałem bez żadnego wypadku niemal 300 tys. kilometrów. Po tym jak ks. Andrzej stwierdził, że jestem gotów, by egzorcyzmować samodzielnie, przejechałem może 300-400 metrów. Podobno pierwszy zespół pogotowia, który dotarł na miejsce wypadku, nie chciał mnie w ogóle ratować – uznali ponoć, że takiego zderzenia nie miałem praa przeżyć. Może taka lekcja pokory była mi potrzebna, wobec pychy jaka ogarnęła mnie zaraz po nominacji…

 

Interpretuje Ksiądz to zdarzenie w kategoriach interwencji diabelskiej? Pytam, bo jeden z egzorcystów z Gorzowa Wielkopolskiego powiedział kiedyś w jakimś wywiadzie, że od kiedy zaczął pełnić swą funkcję, miał już trzy takie wypadki…

Dziś już patrzę na diabła, jak na psa na łańcuchu. Owszem, potrafi on namieszać, ale tylko na tyle, ile smyczy mu Bóg popuści. Nie możemy myśleć, że diabeł to siła przeciwstawna względem Boga, równoważna mu. To bzdura! Diabeł to „tylko” anioł, który się zbuntował. Może zrobić tyle, na ile mu Pan Bóg pozwoli.

 

 I nie ma Ksiądz w sobie żalu za to, że tamtego dnia, w momencie wypadku, Bóg pozwolił na tak dużo?

Dzisiaj już umiem być wdzięczny za to, że zostałem powołany do funkcji, którą pełnię. Nauczyłem się za nią dziękować.

 

Za co konkretnie?

Funkcja egzorcysty wymusza na mnie niejako kroczenie „prostą drogą”. Nie mogę już pozwolić sobie na wątpliwe kompromisy, przymykanie oka na niektóre sprawy, szukanie dróg na skróty. Idę „prostą drogą”, zachowując pogodę ducha. Diabeł jest tchórzem, boi się jednoznaczności i radykalizmu. To relatywizm pozostawia mu przestrzeń do działania.

Odnosząc to na przykład do jazdy samochodem – po wypadku zacząłem szczególnie pilnie stosować się do przepisów ruchu drogowego. Wiem, że gdybym zrobił coś „z pogranicza”, zły od razu by to wykorzystał.

 

I dzisiaj nie boi się Ojciec, że Szatan zechce się znowu zemścić?

Ależ ja wiem, że on by chciał! Nieraz mówi mi ustami opętanych, że zgniótłby mnie, gdyby tylko mógł!

 

Nie wdaje się z nim Ojciec w dyskusje?

Opinie egzorcystów są tutaj różne, ale ja staram się tego unikać, tak nauczył mnie ks. Andrzej. Trzykrotnie wdawałem się z diabłem w dyskusję i za każdym razem lądowałem „na gnoju”, bawił się mną jak zabawką. Rozkazuję mu więc jedynie w imię Jezusa Chrystusa! Ludzka inteligencja nie może równać się z diabelską.

 

A co, gdy zły znów zaczyna grozić?

Otrzymałem tę Łaskę Bożą, że gdy na egzorcyzmach diabeł się wścieka, ja już się tylko cieszę. Widzę bowiem jego bezradność wobec Boga. Nawet teraz, godzinę przed spotkaniem z panem, miałem tutaj chłopaka, który prawdopodobnie jest opętany. Ach jak ten diabeł w nim szalał! A ja się tylko śmiałem, bo wiedziałem, że jest bezradny, że zaczyna się bać.

 

Ale, gdy tylko otrzymywał Ksiądz nominację, tej odwagi nie było chyba aż tyle?

Jak już powiedziałem – jestem niestety człowiekiem pysznym i jako człowiek pyszny w pierwszym odruchu ucieszyłem się. Uznałem to za nobilitację dla proboszcza z małej podwarszawskiej parafii. Byłem wówczas tak głupi, że nie rozumiałem, że ludzie opętani to ci najbiedniejsi z biednych, najbardziej potrzebujący pomocy we wspólnocie Kościoła. Odebranie człowiekowi rozumu i wolnej woli, to dla niego chyba największe upokorzenie. Ale wtedy nie myślałem w ogóle tymi kategoriami. Myślałem raczej: „Teraz będę kimś!”. Prymitywne to było strasznie.

 

Nie miał Ksiądz oporów, by po wypadku wrócić do tego rodzaju posługi?

Po wypadku ks. Radzik musiał mnie o to prosić trzykrotnie zanim się zgodziłem. To było zresztą nieładne z mojej strony. Zgodziłem się dopiero dwa lata temu. Przy trzeciej prośbie Ojca Generała odczułem wewnętrzny pokój. Uznałem to za znak działania Ducha Świętego. Zrozumiałem, że to nie Ojciec Generał chce, abym był egzorcystą, ale Pan Bóg. A jak Pan Bóg czegoś chce, to już wszystkie kontrargumenty odpadają.

 

To jak się Ksiądz zabezpiecza przed potencjalnymi kontratakami?

Żyjąc po to, po co mnie Pan Bóg stworzył. Po co Bóg stworzył aniołów i ludzi? Aby go wielbili. Tak długo jak pozostaję w duchu wdzięczności i uwielbienia, tak długo Szatan nie ma do mnie dostępu. Dostrzegłem to dopiero niedawno; wcześniej sam żyłem w duchu częstych narzekań i porównywania się z innymi. Szatan traktuje taki klimat jako zaproszenie, najlepiej się w nim odnajduje. Zrozumiałem to, zastanawiając się jak to się dzieje, że, mimo dokonanego uwolnienia, diabeł wraca czasem do życia moich penitentów. Otóż wraca właśnie w życiu tych, którzy nie wytrwali w duchu wdzięczności i uwielbienia wobec Boga. Przez życie trzeba iść, śmiejąc się radośnie ze wszystkiego, co Pan Bóg nam zsyła. Postępując tak, kształtujemy nasze życie doczesne na podobieństwo czekającego nas życia wiecznego. Bardzo trudno jest to oczywiście zrealizować, wychowani zostaliśmy tak, by Pana Boga przede wszystkim prosić. Nawet człowiek wierzący, gdyby powiedzieć mu: „Chodźmy do kościoła pouwielbiać Boga”, może nie bardzo wiedzieć o co nam chodzi. Jeśli powiesz mu „chodźmy na różaniec albo koronkę”, to on zrozumie. Ale z uwielbieniem może być problem. Ja, powracając po wypadku do posługi egzorcystycznej, powziąłem postanowienie, by każdego dnia znajdować czas na dwugodzinną adorację. Kto wie, może gdybym zaczął je zaniedbywać, doszłoby do jakiegoś kolejnego wypadku.

 

A Ksiądz nie ma problemu z tym uwielbieniem i wdzięcznością, obcując na co dzień z tymi, jak ich Ksiądz określił, najbiedniejszymi z biednych? Nie zastanawia się Ksiądz dlaczego dobry Bóg dopuszcza dla nich tę największą biedę?

Jest dokładnie odwrotnie! Dziś już rozumiem dlaczego Bóg nie pozbył się całkowicie diabła. Wystarczyłoby jedno jego „Chcę!”, by diabeł przestał istnieć. Ale widzę po moich penitentach, którym ten diabeł nieraz naprawdę pogruchotał kości, że po uwolnieniu stają się oni naprawdę pobożni! Oni i całe ich rodziny! 90% z nich zaczyna pilnować Bożego życia -codziennej modlitwy, coniedzielnej Eucharystii. Trzeba ich tylko otworzyć właśnie na tego ducha wdzięczności i uwielbienia.

 

No właśnie, co z tymi rodzinami? Egzorcyści przyznają nieraz w wywiadach, że często w imieniu osoby dręczonej czy opętanej zgłasza się najpierw ktoś z bliskich. Ma ksiądz dla tych ludzi jakiś szczególny zestaw porad?

Na pewno powinni oni pozostawać w stanie łaski uświęcającej i żyć życiem Bożym. Niektórzy nawet przyjmują Komunię Świętą, ale noszą w sobie obraz nie Boga, lecz duchowego trupa. Ta świadomość noszenia w sobie Boga jest niezwykle ważna – dzięki niej wiesz, że nic nie grozi, ale też „promieniujesz” tym życiem Bożym na swoje otoczenie. Tak samo – w momentach diabelskich manifestacji – trzeba koncentrować się na uwielbieniu Boga. Na pewno nie można wdawać się w dyskusje z diabłem, czy próbować wypędzać go na własną rękę. Jak już powiedziałem – łańcuch tego psa trzyma w swym ręku Pan Bóg i diabeł może tyle ile mu Pan Bóg popuści. Więc ja przede wszystkim od razu uwielbiam mojego Boga i jestem spokojny. Człowiekowi, którego opętanie podejrzewam, pomagam przede wszystkim trafić do egzorcysty. Byłbym ostrożny, jeśli idzie o samodzielną modlitwę za opętanego, gdyż Zły może się za nią dotkliwie zemścić.

 

A istnieje również w Polsce rynek tzw. „świeckich egzorcystów”…

…którzy stanowią zagrożenie zarówno dla ducha, jak i portfela. Jeśli ktokolwiek twierdzi, że robi coś w imię Boże, i żąda za to zapłaty, należy mu od razu podziękować. A często zdarza się, że i mnie penitenci próbują płacić po zakończonym egzorcyzmie. <śmiech> Ale jeśli trafimy na zwykłego naciągacza, to jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy za takim szarlatanem stoi konkretny demon.

 

Jak wiele trafia się Ojcu przypadków trudnych, w których demony szczególnie mocno się opierają?

W skali mojej dwuletniej posługi w tym miejscu mam jeden taki przypadek. Chodzi o młodą dziewczynę z rodziny romskiej, której biologiczna jest wróżką, rzuca prawdopodobnie również przekleństwa. Widać u tej dziewczyny pewną poprawę – na początku naszej znajomości otwarcie manifestował się przez nią Szatan, dzisiaj jest z nią już prawie normalny kontakt, ale wciąż nie jest ona w stanie uwielbiać Pana Boga śpiewem, a czasem też obca siła nienaturalnie wykręca jej ręce, nogi, czyniąc z niej „staruszkę”, a przecież ma ona dopiero 16 lat.

 

Czy takie przypadki nie rodzą pewnego zniechęcenia?

Oczywiście, chciałoby się powiedzieć Bogu jedno słowo, po którym on natychmiast wypędziłby wszystkie złe duchy, ale to nie zawsze tak działa i nie potrafię wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. Ale wiem, że jeśli mimo tego zaprzestałbym uwielbienia, zły od razu by się przyczepił. Trzeba robić swoje i ufać.

 

Duże jest zapotrzebowanie na posługę egzorcystyczną w Polsce? Jak długo trzeba czekać, aby umówić się z księdzem na spotkanie duszpasterskie?

U mnie idzie to dość szybko, umawiam penitentów z miesięcznym wyprzedzeniem – taka jest z reguły kolejka. Ale proszę pamiętać, że mówimy tu o realiach podkarpackiej prowincji. U ks. Andrzeja Grefkowicza w Warszawie trzeba czekać 3 miesiące na pierwsze spotkanie i kolejne 3 na egzorcyzm. Dziennie odbywam dwa spotkania, które mają na celu duchowe rozeznanie. Przy czym czasem na takie spotkanie wystarcza godzina, a czasem trzeba poświęcić i pół dnia.

 

I na jednym spotkaniu się kończy?

Jeśli osoba nie kwalifikuje się do egzorcyzmu, to najczęściej tak. Czasem spotykam się ponownie z niektórymi penitentami po kilku miesiącach od ich uwolnienia, ale są to już spotkania „poza rozkładem”. I są to na ogół bardzo radosne dla mnie spotkania, gdy widzę jak głęboko ci ludzie zaczynają żyć Bożym życiem. Uczę się od nich wiary.

 

Jacy ludzie zwracają się o pomoc do egzorcysty?

Przede wszystkim, spośród zgłaszających się do mnie penitentów, 90% nie wymaga pomocy egzorcysty. Owszem, są to ludzie nieraz mocno pokiereszowani przez diabła, dotknięci alkoholizmem czy innymi nałogami, ale nie opętani. Wobec takich osób odmawiam modlitwę o uwolnienie. Abym mógł użyć pełnego rytu egzorcystycznego muszę mieć tzw. „moralną pewność”, że mam do czynienia z osobą opętaną. A i tak miewałem przypadki, w których w trakcie egzorcyzmu nie dochodziło do diabelskich manifestacji, a więc diabła prawdopodobnie w człowieku nie było. Takie sytuacje uczą człowieka pokory.

 

Jak więc to rozpoznać?

Granica między zachowaniami mającymi swe źródło w psychice, a działaniem diabelskim jest bardzo cienka. Dobrze, gdy osoba przychodząca do egzorcysty ma za sobą konsultację psychologiczną. Gdy widzę, że adnotacja psychologa sugeruje, że medycyna nie jest w stanie zdiagnozować danego przypadku, mogę podejrzewać, że mam do czynienia z osobą opętaną.

Z opętaniem mamy do czynienia wówczas, gdy dochodzi do przejęcia „ja” człowieka przez diabła. Świadomość i wolność człowieka zostają zepchnięte na margines, a diabeł posługuje się jego ciałem robiąc i mówiąc to, na co ma ochotę. Najczęściej jednak diabeł stara się jak najgłębiej w człowieku ukryć. Można wręcz powiedzieć, że jest mistrzem kamuflażu. Ale już np. w trakcie modlitwy o uwolnienie zawsze dochodzi u opętanego do manifestacji, tego diabeł nie jest w stanie wytrzymać. Aby jednak doszło w ogóle doszło do opętania, człowiek musi zostawić mu otwartą furtkę, przez którą ten wchodzi.

 

Co może być taką furtką?

Najczęściej jest nią okultyzm, w każdej postaci: wróżki, magia, zabobony… A przy tym brak wiary w Boga albo wiara bardzo słaba, powierzchowna. Na Podkarpaciu problem wróżek jest ciągle żywy. A symbole okultystyczne znaleźć możemy nawet na zabawkach dziecięcych.

 

Ale, w przypadku małych dzieci, trudno mówić chyba o świadomym otwarciu na zło. Czy, doszukując się diabła we wszystkim, nie popadamy jednak w pewną paranoję?

Wszystkich zasadzek diabła i tak nie unikniemy, gdyż jest ich zbyt wiele. Ale powinniśmy kierować nasze myśli w przeciwną stronę, w stronę uwielbienia Boga. To będzie najlepszy pancerz ochronny. Jeśli żyję Bogiem, diabeł nie ma do mnie dostępu. To wymaga jednak osobistej decyzji człowieka, gdyż obdarzeni zostaliśmy wolną wolą. Jako kapłan nie zajmuję się diabłem i jego zasadzkami, ale Bogiem, i niosę przed Jego oblicze serce wdzięczne i wielbiące. To paraliżuje diabła.

 

A co z opętaniami ekspiacyjnymi, którym poddawani byli przecież nawet święci?

Jest w tym tajemnica Boża, która dla nas nie będzie nigdy zrozumiała do końca. Ale patrzę na to przez analogię – dlaczego Ojciec posłał własnego Syna na śmierć? W naszych „ludzkich” kategoriach jest to coś wręcz ohydnego. Ale właśnie to pokazuje jak Bóg zakochał się w człowieku. Zdecydował się na tak dramatyczny krok, byle tylko wyrwać człowieka z piekła i wiecznej śmierci.

 

Ile wspólnego ma posługa egzorcysty, z tym spektakularnym filmowym obrazem, o którym wspomnieliśmy na początku?

Wchodzę w trzeci rok posługi, a takie spektakularne przypadki miałem tak naprawdę dwa, za to… jeden po drugim, w ciągu jednego dnia! Najpierw była młoda dziewczyna, którą w trakcie normalnej rozmowy diabeł rzucił płasko na podłogę. Przez cały egzorcyzm, który trwał godzinę i czterdzieści minut, odbijała się od ziemi na wysokość 10 cm jak piłeczka pingpongowa, mimo że całe jej ciało było wyprostowane. Na szczęście Pan Bóg uwolnił ją, a ja po wszystkim udzieliłem jej jeszcze sakramentu pokuty.

Bezpośrednio po niej miałem umówionego na rozmowę mężczyznę, który miał ponad 2 metry wzrostu i był potężnej postury. Jego również diabeł rzucił płasko na podłogę, ale na plecy. Z jego ust wydobywały się ogromne ilości piany, ale jego również Pan uwolnił z opętania, a ja go po wszystkim wyspowiadałem. Kilka miesięcy później przypadkowo spotkałem tego mężczyznę na nabożeństwie fatimskim w Miejscu Piastowym.

Obie te sytuacje były o tyle trudne, że byłem w nich sam na sam z penitentem. Nie były to umówione egzorcyzmy, w trakcie których jest obecna osoba trzymająca, w razie potrzeby, penitenta. Jedyne co mogłem zrobić to powiedzieć Panu Jezusowi: „Ja odprawiam egzorcyzm, ale Ty trzymaj!”. Doświadczyłem w ten sposób tego, co znaczy prawdziwie wierzyć – trzymać Jezusa za słowo.

W trakcie spotkania egzorcystów na Jasnej Górze pewien włoski kapłan opowiadał mi jednak o przypadku absolutnie szokującym. Był on kiedyś, jako młody ksiądz, na misjach w Afryce. Był wówczas jeszcze zdeklarowanym racjonalistą, niespecjalnie wierzącym w zjawiska nadprzyrodzone. Pewnego razu przyszła do niego kobieta, która zażądała spotkania z egzorcystą, twierdząc, że była w szóstym miesiącu ciąży, ale w nocy diabły porwały jej dziecko. Uznał ją oczywiście za wariatkę, ale, naciskany, umożliwił jej spotkanie z egzorcystą. Na oczach tego księdza egzorcysta w imię Jezusa zmusił diabły, by przyszły i oddały jej dziecko. Następnego dnia ta kobieta znów była w szóstym miesiącu ciąży. Dopiero w tym momencie ów ksiądz uwierzył w istnienie osobowego Zła; wcześniej sądził, że zło jest po prostu brakiem dobra. Dzisiaj ten kapłan sam jest egzorcystą w syclijskim Palermo.

 

W „zimnej”, racjonalnej Europie aż tak spektakularnych manifestacji, jak w przesiąkniętej szamanizmem Afryce chyba jednak nie uświadczymy…

To prawda, Afryka ma swoją specyfikę i diabeł dużo częściej manifestuje się tam otwarcie. Ale to nie znaczy, że u nas go nie ma. Jest, tylko dużo lepiej się zakamuflował, robi wszystko, aby przekonać nas o swoim nieistnieniu. Podam zresztą przykład z Kanady, gdzie głosiłem niedawno rekolekcje. Spotkałem się tam z przypadkiem kobiety, która w Polsce już dawno trafiłaby do egzorcysty. Miała wszystkie klasyczne symptomy opętania. A w Kanadzie, nawet księża, odsyłają takich ludzi do psychologów. Pobyt tam pomógł mi dostrzec jak wspaniałą wspólnotą jest wciąż polski Kościół, w którym zachowała się żywa wiara.

 

Jakie są warunki skuteczności egzorcyzmu?

Im dłużej posługuję jako egzorcysta, tym silniej dostrzegam moc prostego uwielbienia Boga. To jest coś, czego Szatan nie jest w stanie wytrzymać w szczególności. Zachwytu Bogiem. Wobec takiej modlitwy diabeł nie jest w stanie się dłużej ukrywać i manifestuje swoją obecność. Tak było i w przypadku tego chłopaka, z którym spotkałem się dziś rano. Im silniej uwielbiałem Boga modlitwą, tym bardziej w tym chłopaku szalał diabeł.

 

A jak w egzorcyzmie pomaga wstawiennictwo św. Michała Archanioła? Nazywany jest on w końcu „Pierwszym Egzorcystą”…

No właśnie! A co robi św. Michał?! Woła nieustannie, całym swym imieniem: „Któż jak Bóg!”. To jedna wielka modlitwa uwielbienia!

Oczywiście, nie mamy możliwości, aby zmierzyć jego procentowy „udział” w każdym egzorcyzmie, ale ja osobiście jestem głęboko przekonany, że jest on obecny w każdym takim akcie. Każdy egzorcyzm rozpoczynamy zresztą właśnie modlitwą do św. Michała Archanioła.

 

Czy uprawnione byłoby twierdzenie, że michalici, z racji swojego charyzmatu i nabożeństwa do św. Michała Archanioła, są jakoś szczególnie predysponowani do pełnienia posługi egzorcystycznej?

Michalita, w pierwszej kolejności, ma ze wszystkich sił upodabniać się do św. Michała Archanioła. A św. Michał Archanioł, przede wszystkim, trwa w zachwycie Boga: „Któż jak Bóg!”. Uwielbienie to 99% jego aktywności. To że on przy tym wszystkim depcze jeszcze diabła, to drobiazg, całkowicie poboczna sprawa.

 

Co jeszcze, oprócz modlitwy do św. Michała, wchodzi w skład aktu egzorcyzmu?

Ryt egzorcyzmu proponuje do przeczytania jeden z kilku fragmentów Pisma Świętego, które pokazują władzę Boga nad diabłem. Pan Bóg stworzył świat przez Słowo i podobnie jest z egzorcyzmem. Jeśli odczytuję z Pisma fragment mówiący „Idź precz!”, głęboko wierzę, że mówię to w imieniu Jezusa Chrystusa i Jego mocą.

Zawsze jest również modlitwa różańcowa. Obecność Matki Bożej jest zresztą czasami niemal fizycznie wyczuwalna. Diabły krzyczą wtedy: „Ona tu jest! Muszę iść!” i odchodzą. Włoski egzorcysta, Francesco Bamonte, który dialoguje w trakcie egzorcyzmów z demonami, zapisał w swojej książce słowa jednego z nich, jakoby moc Matki Bożej była większa niż wszystkich pozostałych świętych razem wziętych.

 

A jaka jest rola osób świeckich, które w trakcie egzorcyzmu wspierają egzorcystę swoją modlitwą, właśnie m.in. różańcową?

Świetnie zorganizował to u siebie ks. Andrzej Grefkowicz. W czasie, gdy jedna grupa wspiera go bezpośrednio przy opętanym, modląc się właśnie różańcem, druga, w osobnym pomieszczeniu, modli się, aby Pan Bóg przez Ducha Świętego udzielił im tzw. „świateł”. W ten sposób egzorcysta zyskuje informacje o „furtkach”, przez które diabeł mógł wejść w życie opętanego. Dowiaduje się więc i tego, którędy należy go wyprowadzić. Pracuję nad tym, aby zorganizować posługę grup modlitewnych w podobny sposób. Do tego potrzebne są osoby szczególnie otwarte na działanie Ducha Świętego. One nie muszą nawet wiedzieć jak opętany wygląda, kim jest. Muszą jedynie chcieć słuchać Ducha Świętego.

 

Ale sam Ksiądz przyznał, że oprócz wsparcia modlitewnego potrzebne bywa czasem wsparcie czysto fizyczne…

Z najtrudniejszymi przypadkami pomagał mi żyjący niedaleko sierżant policji, kawał chłopa, 150 kilo wagi. <śmiech> Jak on, w razie potrzeby, chwytał opętanego, tamten już nie był w stanie się uwolnić. Ale ostatnio mam spokojniejszy okres, jeśli idzie o tak ekstremalne przypadki. Podstawą jest wiara, która pozwala mi ufać, że diabeł nie posunie się przez opętanego nawet o milimetr dalej, niż pozwoli mu Pan Bóg. A więc nie potrzebuję przy egzorcyzmach jakichś mega siłaczy. <śmiech> Ks. Andrzej ma co prawda specjalny klęcznik, do którego przywiązuje się opętanego, jeśli diabeł manifestuje się w sposób szczególnie agresywny. Myślałem o podobnym rozwiązaniu, ale na razie nie było mi to potrzebne. Podstawą jest wiara, dopiero przy egzorcyzmach dostrzegłem w pełni jaką jest ona potęgą.

 

Czy ta wiara w jakiś sposób ewoluowała w Księdzu w toku posługi egzorcystycznej? Jak ta posługa wpłynęła na Księdza życie duchowe?

Ta ewolucja to proces, który wciąż trwa. A im dłużej trwa, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Bóg jest miłością, a sensem ludzkiego życia jest zawierzenie Mu.

 

z ks. Zbigniewem Baranem CSMA

egzorcystą archidiecezji przemyskie

 rozmawiał

Karol Wojteczek

 

 

Artykuł ukazał się we wrześniowo-październikowym numerze „Któż jak Bóg” 5-2017. Zapraszamy do lektury!

 

POST TAGS: