Są w języku słowa, które niosą moc szczególną. Jest wśród nich wyborne słówko, które zmienia postać rzeczy. „Ale”, bo to o nim mowa, jest dla wielu miłe i sympatię raczej budzi. Krótkie, zwięzłe i na temat. „Ale” to przecież dwie dziewczyny o tym samym imieniu lub – o czym może nie wszyscy wiedzą – rodzaj piwa górnej fermentacji. Można jednak z „ale” zrobić całkiem zgrabny zmieniacz sensu.

Dajmy na to, że pochwalić kogoś chciałbym prędko. Prosto można chęć tę ubrać w słowa i króciutko rzec do mędrca: „Jesteś bardzo mądry”. Gdybym jednak chciał wyrazić rzecz przeciwną, nie wystarczy mi powiedzieć: „Nie jesteś mądry”. Nic bardziej mylnego! To zbyt proste. Tu z pomocą „ale” nam pospieszy z nową funkcją zaprzeczenia. Wtedy powiem: „Jesteś mądry, ale…” i właściwie w drugiej części wszystko może się pojawić. „Ale” i tak spełni swoją niecną rolę.

Trzeba jednak z słowem tym obchodzić się ostrożnie, bo w przypływie erudycji można szkodę gdzieś wyrządzić. Uważać muszą mężowie, żeby nie wyznać żonie: „Kocham cię, ale…”. Uważać muszą lekarze, aby nie wystraszyć pacjenta zdaniem: „Leczenie jest dobre, ale…”. Strzec się muszą księża, żeby nie zapomnieć i przypadkiem wyznać: „Ja odpuszczam tobie grzechy, ale…”.

Wreszcie do serca muszą wziąć to sobie wszyscy katolicy, że jeżeli wiarę chcą swą wyznać i na świat swój pogląd, to bez „ale”. Credo przecież słowa tego nie zna. A katolik z „ale” to jak ciepłe lody, zimne ognie i tysiące innych antynomii. Oksymoron taki.

Lepiej zatem „ale” nie używać. Chyba, że ktoś wita obie Ale lub popija ale.

ks. Mateusz Szerszeń CSMA