Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go rozpoznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby ci choć frędzli u Jego płaszcza mogli dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

Obraz świata, do którego przychodzi Jezus nie napawa optymizmem. Przynajmniej dopóki nie zaczynają się cudowne uzdrowienia. Widok setek ludzi leżących na ziemi i zdjętych chorobami pokazuje, że piękno świata to tylko jedna strona naszej rzeczywistości. Jezus jak „Wielki Szpitalnik” przechadza się między nimi i uzdrawia ich z niemocy. Nie jest malkontentem, ale człowiekiem czynu. Dostrzega ludzką biedę, którą my poetycko nazywamy „łez padołem”. Zazwyczaj mamy tendencję do przedstawiania Jezusa w towarzystwie apostołów – ludzi zdrowych i krzepkich. Ta Ewangelia potwierdza jednak, że Jezus jest tam, gdzie ludzie niedomagają, cierpią i są odrazą dla innych. Mówi o tym także jeden z hymnów brewiarzowych: „Jezu otoczony rzeszą. Kalek, ślepców, trędowatych, Ciał niemocą naznaczonych, Dusz błądzących po bezdrożach”. Jezus zanurzony w oceanie niedoli.

Rozejrzyjmy się dokoła. Szybko okaże się, że wokół nas także mnóstwo kalek, ślepców i trędowatych. Sami też leżymy na ziemi i błagamy o pomoc. We własnej bezradności liczymy na Jego miłosierdzie.

ks. Mateusz Szerszeń CSMA