Niestety, oprócz duchów czystych, istnieją także te złe. Szatan jest przeciwieństwem świetlanego świata aniołów i choć nieosiągalny dla ludzkich zmysłów, to jednak pozostaje wciąż aktywny. Na przykładzie księdza Jana można zobaczyć jak zło jest przebiegle. Najpierw zachowuje się bardzo dyskretnie i nawet pod pozorem dobra stara się uwieść, wmawiając człowiekowi kłamstwo.

Ksiądz Vianney doświadczył tego na własnej skórze. Demon nękał go przeświadczeniem, że jest on złym duszpasterzem, że powinien odejść z parafii, a najlepiej schować się gdzieś w dalekim klasztorze trapistów, by opłakiwać swoje nędzne życie. Kilka razy nawet święty Proboszcz spakował się (choć w jego przypadku to zbyt duże słowo, gdyż Vianney nie miał prawie nic), i pod osłoną nocy opuszczał Ars, ku niezadowoleniu parafian, którzy od razu jak się tylko orientowali w zaistniałej sytuacji, zaraz podejmowali poszukiwania swojego ukochanego duszpasterza. Kiedy Grappin (tak nazywał ksiądz Jan diabła) myślał, że już zwyciężył, proboszcz wracał do Ars i podejmował na nowo walkę o zbawienie dusz, dając przykład świętemu posłuszeństwu Kościołowi. Diabeł nienawidzi posłuszeństwa, sam nie potrafi powiedzieć w stronę Boga: „Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi”. Każdy kolejny dzień posługi w parafii był dla Jana Marii walką o wolę Boga.

Walka na śmierć i życie

Była to walka na śmierć i życie, batalia z aniołami ciemności o każdego parafianina i nie tylko, batalia o ludzi, których szatan trzymał w niewoli grzechu ciężkiego. Można to było zaobserwować w tamtejszych oberżach, gdzie wielu poprzez alkohol traciło swoją godność. Nieraz Vianney patrzył z okna swojej plebanii, jak, nieprzypadkowo w okolicach świątyni, wielu młodych i nietrzeźwych mieszkańców Ars i okolicznych wsi oddawało się frywolnym zabawom i tańcom, podczas których swoją godność traciły kobiety.

Wydawało się, jakby sam diabeł śmiał się bezczelnie prosto w twarz temu zmartwionemu o zbawienie dusz pasterzowi, który często miał łzy w oczach, widząc opłakany stan duchowy parafii. Vianney wykazywał się radykalizmem w walce z grzechem, wyrąbał sam wszystkie drzewa owocowe z plebanijnego sadu, by nikogo, a zwłaszcza dzieci, nie kusiły do kradzieży. Nieraz szedł do szynkarzy i prosił, by zamknęli bar, a on da im pieniądze o równowartości dziennego zarobku. Była to pośrednia walka z upadłymi aniołami, by człowiek nie podzielił ich losu, by ludzie wybierali miłość Boga.

Najtrudniejszym wyzwaniem była walka w samotności, w zaciszu plebanii i kościoła parafialnego. Dobrą ilustracją tego mogą być słowa świętego Proboszcza, któremu skarżył się jeden konfrater mówiąc, że jego parafianie nie chcą chodzić do kościoła i zatracają wiarę, gdy on robi wszystko co może, a efektów nie widać. Na co Jan Vianney miał odpowiedzieć: „Przyjacielu, a pościłeś o chlebie i wodzie za swoich parafian? Pokutowałeś za nich nosząc włosiennicę pod sutanną? Biczowałeś się w celu zadośćuczynienia za ich grzech? Leżałeś krzyżem przed Bogiem w swoim kościele na zimnej posadzce pod osłoną nocy? Jeżeli nie, to nie zrobiłeś jeszcze wszystkiego”. Takie właśnie działa wytoczył w walce z szatanem Proboszcz z Ars, ciągle wołając do Boga: „Pozwól mi cierpieć największe katusze, ale daj mi dusze moich parafian”. Bez wątpienia postawił się on i wypowiedział wojnę demonom, a walka ta i promieniowanie jego świętości rozciągnęło się później na całą Francję i jeszcze dalej.

„Konfesjonał Francji”

Mały kościółek na południu, niedaleko Lyonu, stał się konfesjonałem Francji, do którego przybywali ludzie różnych klas społecznych, a także księża oraz biskupi. Czekali nawet po kilka dni, by uklęknąć u kratek wychudzonego księdza, ubranego w połataną sutannę. A ten spowiadał po kilkanaście godzin dziennie, był męczennikiem konfesjonału. Pan dał mu łaskę czytania w ludzkich sercach, tak, że nawet potrafił przypomnieć ludziom ich przewinienia. „Zapomniałeś jeszcze przyjacielu o tym grzechu…” – przypominał.

Ks. Vianney zaczynał dzień około 1:00 w nocy, kiedy szedł do kościoła i, jak wielu wspominało, pod czujną strażą aniołów Bożych, zaczynał swoją posługę, spowiadając. Około 6:00 wychodził z konfesjonału, by przygotować się do Eucharystii i odmówić brewiarz. Po niej spędzał chwilę na plebanii oraz w założonym przez siebie Domu Opatrzności Bożej, gdzie grupa kobiet przygotowywała do życia pozostawione samymi sobie dziewczyny. Następnie Vianney wracał do kościoła, by spowiadać i tak do późnej nocy. On sam, przebywając w towarzystwie duchów niebiańskich, stawał się niejako aniołem Pana, heroldem Bożego miłosierdzia.

Niewidzialny „włamywacz”

Sześć lat po przybyciu Jana Marii do Ars, kiedy coraz więcej ludzi pod wpływem jego pracy duszpasterskiej zaczęło świadomie przeżywać swoją wiarę i przyjmować sakramenty święte, plebania w Ars stała się miejscem dziwnych wydarzeń. Rozpoczęła się walna bitwa. Wszystko zaczęło się pewnej nocy, kiedy ktoś mocno uderzał w drzwi pokoju, gdzie spał ks. Jan. Słychać było także turkot kół wozu i dźwięk jakby zrywanych firan. Ksiądz Jan był pewny, że to włamywacz, ale na podwórku nie było nikogo. Kiedy zaś tylko kładł się spać, wszystko zaczynało się od nowa. Kiedy sytuacja powtórzyła się przez kilka kolejnych nocy, niektórzy z parafian podjęli straż na plebanii, ale, albo nic nie słyszeli, albo nie mogli odnaleźć sprawcy całego zamieszania, ponieważ, jak się okazało, był to zły duch. Święty Proboszcz szybko zrozumiał, że hałas nie jest generowany przez człowieka. „Zrozumiałem z kim mam do czynienia, ponieważ odczuwałem lęk w sercu, a ten zawsze pochodzi od złego. Bóg przychodzi z darem pokoju” – żalił się ksiądz Vianney. Już prawie do końca jego pobytu w Ars, szatan nie dawał biednemu kapłanowi spokoju. Zdarzało się wiele razy, że zrzucał proboszcza z jego łóżka, albo hałasował tak, że ten nie umiał zmrużyć oka i przez dłuższy czas sypiał po 2 godziny na dobę. Nieraz demony przybierały też postać nietoperza lub szczura, i tak pojawiały się w pokoju Świętego. Ksiądz Vianney, w swoim stylu, żartował sobie nieraz: „Ja i Grappin jesteśmy już starymi znajomymi”, po czym dodawał: „Diabeł jest głupi, bo się demaskuje. Kiedy szaleje i nie daje mi spać, wiem, że na drugi dzień wydarzy się coś wielkiego, na przykład ktoś po wielu latach przyjdzie do spowiedzi”. Kiedy w jednej z parafii odbywały się rekolekcje czy misje, i zapraszano kapłanów, w tym księdza Jana, na plebanii znowu można było słyszeć niestworzone odgłosy. Wtedy wielu zbiegało się do miejsca, gdzie spał ks. Vianney, a on mówił: „Drodzy konfratrzy, nie bójcie się, to tylko diabeł tak hałasuje”.

Zły duch był częstym gościem na probostwie w Ars i ze wściekłością powtarzał: „Vianney… Vianney… ty jeszcze żyjesz. Ja cię jeszcze dopadnę. Gdyby było trzech takich jak ty, nie mielibyśmy co robić, stracilibyśmy tak wielu tych, których mamy”. Innym razem szatan krzyczał: „Vianney, czemu nie mówisz tak trudnym językiem swoich kazań, jak ci na ambonach w mieście… w Paryżu?”. A Jan Maria nauczał swoich słuchaczy w prostych słowach: „Jedno pobożnie odmówione Zdrowaś Maryjo… wstrząsa całym piekłem”. I pomyśleć, że na początku pobytu w parafii ciężko mu było mówić kazania, długo musiał się do nich przygotowywać. Pod koniec życia Vianneya słuchały tłumy, a wypowiadane przyciszonym, z powodu utraty sił i starości, głosem słowa, trafiały do tak wielu serc. Wielu po kazaniach księdza Jana wróciło na drogę wiary i pokuty. Nie dziwna, że demon wściekał się i prześladował Proboszcza z Ars za jego kazania i katechezy.

Zapracowany Anioł Stróż

Z pewnością życie św. Jana Marii ukazuje ważną prawdę wiary Kościoła, że rzeczywistość duchowa istnieje, a każdy, niezależnie od tego, czy w to wierzy czy nie, uczestniczy w niej i żyje. Przez całe swoje duszpasterskie posługiwanie Jan Maria Vianney przekonywał o tym parafian i pielgrzymów do niego przybywających. Współczesny świat bardzo potrzebuje chrześcijan takiego pokroju, którzy idąc pod prąd konsumpcjonizmu, kultury materializmu i kultu ciała będą człowiekowi XXI wieku przypominali, że najwyższą wartością winien być Bóg i wartości duchowe, nie materialne. Bo gdy Pan jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na miejscu właściwym.

Ktoś mógłby powiedzieć (i z pewnością wielu takich się znajdzie), że wszystko powyższe było wytworem wyobraźni przemęczonego i niedożywionego księdza. Rzeczywiście, Jan Maria bardzo ściśle pościł i nieraz garnek ziemniaków starczał mu na cały tydzień, a pod koniec tygodnia zjadał on także te, które zachodziły już pleśnią. Jeżeli wspomnieć słowa Pana Jezusa, mówiącego, iż niektóry rodzaj złych duchów można wypędzić tylko przez post i modlitwę (zob. Mk 9, 29), to ksiądz Vianney doskonale te słowa zrozumiał i za to był często przez upadłe anioły nękany.

Wyznawca Chrystusa, składający podczas modlitwy wyznanie swojej wiary, mówi: „Wierzę w istnienie wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. W Ars, choć diabła nie widziano, to wielu świadków słyszało, jak wielką walkę toczył z nim ich Święty Proboszcz. Ileż tam było walki dobra ze złem, ileż duchowych zmagań i niewidzialnych zwycięstw wojska anielskiego, które wspierało Jana Marię Vianneya w jego batalii o dusze. Jego anioł stróż, do którego od najmłodszych lat Jan Maria tak często się zwracał, z pewnością miał ręce pełne roboty: przy konfesjonale Proboszcza z Ars, w czasie, gdy ten przemierzał kilometry z posługą sakramentalną, podczas jego ucieczki z Ars do klasztoru, czy kiedy Jan Maria był poniewierany przez demony na plebanii. Dobrze, że człowiek zawsze może liczyć na swego anioła stróża, który jest wielkim darem od kochającego Boga.

Wściekła diabelska bezsilność

Przy śmierci ks. Vianneya obecni kapłani modlili się słowami: „Aniołowie Boży, wyjdźcie mu na spotkanie, przyjmijcie jego duszę i stawcie ją przed Obliczem Najwyższego”. Z pewnością tak się stało, kiedy ok. 2 w nocy, 4 sierpnia 1859 roku, Proboszcz odszedł do Domu Ojca. A odszedł wśród błyskawic przecinających burzowe niebo nad Ars, tak jakby diabeł chciał kapłana jeszcze na koniec przestraszyć, będąc na tyle bezczelnym, że do samego końca, nawet przy największych świętych, próbuje swoich sił. „Słyszysz Grappin? Aniołowie Boży nadchodzą… Nie masz nade mną już żadnej władzy” – zdawało się, jakby to chciał wypowiedzieć ksiądz Jan. Tę burzę z owej nocy, 4 sierpnia, niektórzy interpretują jako symbol ostatniej walki szatana i jego niezadowolenia, że tak wiele dusz zostało wydartych ze szponów zła.

A święty Proboszcz, niczym żołnierz po zakończonej bitwie, z okrutnym zmęczeniem rysującym się na twarzy, odszedł do wieczności, gdzie witały go tłumy niebian. W asyście aniołów Pańskich odszedł na spotkanie ze swoim Mistrzem i Bogiem, któremu oddał wszystko i służył na ziemi przez 73 lata. Na wieży odezwał się żałobny dzwon, a jego ton pochwyciły dzwony sąsiednich kościołów. Tak Kościół katolicki we Francji żegnał swojego wiernego syna, wiedząc, że zyskuje w nim wielkiego orędownika, który wpatrując się z zastępami aniołów w Oblicze Pana, może tak wiele uprosić mu łask i po dziś dzień to robi.

Wierzący się nie dziwi

Nowoczesna świadomość współczesnego człowieka stara się wypierać i przemilczać to, co istotne, czyli życie duchowe. W zamian za to, propaguje się na różne sposoby kult ciała i konsumpcyjny styl życia. Życie Proboszcza z Ars i wielu innych świętych Kościoła pokazuje, że wokół człowieka istnieje także świat duchów, o którym nie wolno zapominać, gdyż ma on wpływ na życie człowieka. Gdyby nawet wierzący często sobie o tym przypominali, może nie dziwiliby się niektórym, niewytłumaczalnym sytuacjom ze swego życia. Takim jakie przeżywał ks. Jan, kiedy znajdował kopertę z sumą pieniędzy potrzebną by uiścić długi, czy w niewytłumaczalny sposób znajdując się w domu, kiedy z braku pożywienia i postów zasłabł w drodze. Wiele razy dyskretna obecność tych dobrych duchów, zwanych aniołami, oraz tych złych, nazywanych diabłami, daje się zauważyć w życiu każdej osoby wierzącej. Proboszcz z Ars doświadczał eskalacji walki między dobrem a złem na płaszczyźnie duchowej, ponieważ jego wiara i świętość nie pozwalały inaczej. Im człowiek bardziej wierzy, tym mniej zaczyna się dziwić temu, co go spotyka i wykracza poza to, co empiryczne. Wielu dzisiaj chciałoby zakłamać rzeczywistość, mówiąc, że walka Jana Vianneya ze złym duchem, to efekt jego skołatanych nerwów i niedożywienie. A było dokładnie inaczej, była to jego wielka miłość do Boga i drugiego człowieka.

ks. Robert Sadlak

Artykuł ukazał się w listopadowo-grudniowym numerze „Któż jak Bóg” 6-2018. Zapraszamy do lektury!