Dzieciom, których oczy mamione są teraz mrocznością, fajerwerkami czy błędnymi ognikami, tym bardziej potrzeba świateł stałych, jasnych i dobrze widocznych, a które niosą im Anioły, bo takie Światło jest ich żywiołem.

 

– Skąd w nim takie zapatrzenie? – pytali siebie rodzice pięcioletniego Kacpra, gdy zamieszkali tuż nad morzem, a dzieciak stał godzinami w oknie lub na plaży i wpatrywał się w morze, w niebo, w okręty. Przyjechali tu z miasta, gdzie za oknami były tylko obskurne bloki, więc bezmiar morza, co dzień innego, zafascynował chłopca bez reszty. Mijał kolejny tydzień, a on za dnia, a bywało, że i nocą, wpatrywał się w horyzont. – Pewnie widzi tu więcej niż my – mówiła matka, gdy Kacper przynosił kolejną muszlę czy kawał bursztynu, ale pojąć nie mogła, czemu chłopiec stoi często w ciemności, wpatrując się w światło zwykłej latarni morskiej. Wypytywał czasem o to światło ojca, latarnika, pytał o widoczność, znaczenie dla okrętów. – Latarnia musi być dobrze widoczna, stać na stałym miejscu i nie może zgasnąć, zwłaszcza podczas sztormu – tłumaczył ojciec – dlatego latarnik nie może być śpiochem.

Kolejnego dnia od rana zanosiło się na sztorm. Wszyscy byli nieco podrażnieni, ale chłopiec szczególnie trudny do zniesienia. Spoglądał na niskie chmury i fale, złoszcząc się, że nie może wyjść na plażę. Wieczorem wyszedł na balkon wpatrując się w ciemność i słuchając huku fal. I wtedy zauważył, że latarnia morska nie świeci. Chwycił lornetkę, ale żadnego światła z tamtej strony nie było. Widząc, że rodzice już położyli się, włożył sweter, pelerynę, wziął zapałki i wyruszył w kierunku latarni, przypuszczając, że latarnik zasnął, a statki mogą się rozbić o skały.

Szedł dość długo, ale było coraz ciemniej i zaczęło padać. Ledwie opierał się wichrowi, coraz bardziej wyczerpany i zrozpaczony. Wiedział, że się zgubił i bał się, że morze wzbierze i fale go porwą. I wtedy zobaczył jakieś maleńkie światło… Błyskało jak światło latarni, ale poruszało się i przybliżało. Zobaczył w końcu idącego plażą mężczyznę niosącego latarnię, jakby miniaturkę tej morskiej. – Jesteś latarnikiem? – spytał chłopiec. – Tak, wyszedłem, aby Cię odszukać. – odpowiedział tamten podnosząc latarnię do ładnej, uśmiechniętej twarzy. – Ale nie możesz pozwolić, by latarnia zgasła! – zawołał mały – Statki się rozbiją i marynarze potoną! Na co mężczyzna odpowiedział: – Patrz, latarnia się świeci, jest tam mój zmiennik. To może w Tobie coś zgasło, więc nie widziałeś jej światła… A teraz ruszajmy do Twojego domu, żebyś Ty nie został rozbitkiem. Ogarnął ramieniem chłopca i nie wiadomo kiedy znaleźli się przy jego domu. Kacper chciał zaprosić do środka dziwnego latarnika, ale on zakołysał latarnią i… zniknął.

I kiedy potem chłopiec opowiadał to rodzicom, trochę niedowierzali, zwłaszcza, gdy mówił, że ta latarnia, którą tamten niósł, nie miała nic, co wyglądałoby na baterie czy paliwo… – To jakby od jego wzroku palił się ten płomyk – mówił chłopiec. – Chyba nie powiesz, że to był Anioł? – powiedziała mama, ale umilkła, bo pomyślała, że ich synek naprawdę mógł nie wrócić do domu tej sztormowej nocy.

 

***

 

Światła są, ale czasem w nas coś gaśnie, więc tracimy je z oczu i z serca… Trzeba wtedy wzywać Anioła-Latarnika.

 

Tadeusz Ruciński FSC

 

Artykuł ukazał się w Któż jak Bóg 2/2013. Zapraszamy do lektury!