Pragnę, pisząc to świadectwo, podziękować memu wspaniałemu Aniołowi Stróżowi za Jego opiekę nade mną. Wiem, że opiekuje się on mną zawsze, ale tym razem dane mi było odczuć szczególny znak Jego towarzyszenia.

Wydarzenie miało miejsce trzy tygodnie przed złożeniem przeze mnie pierwszych ślubów zakonnych. Była niedziela, przebywałam w kaplicy na modlitwie i postanowiłam odprawić Drogę Krzyżową. Kiedy, modląc się, podeszłam do IV stacji Drogi Krzyżowej, przypomniałam sobie, że obiecałam współsiostrze otworzenie drzwi do zakrystii, które były zamknięte na klucz. „Ale – pomyślałam jednocześnie – zrobię to po odprawieniu Drogi Krzyżowej”.

Niestety nie mogłam się skupić. Głos wewnętrzny mówił mi, bym wyszła z kaplicy. Zdecydowałam, że wyjdę, uznając, że lepsze to, niż modlić się bez skupienia. Wstałam z klęczek i wyszłam z kaplicy, zamykając drzwi. W tej chwili usłyszałam w kaplicy łoskot. Otworzyłam ponownie drzwi i zobaczyłam, że w kaplicy jest pełno kurzu. Przy IV stacji Drogi Krzyżowej od sufitu oderwał się ogromny kawał tynku i spadł na ławkę. Siła uderzenia była tak duża, że ławka pękła, a po kaplicy rozrzucone były kawałki sufitu.

„O Boże!” – pomyślałam – „Przecież przed chwilą klęczałam przy tej stacji”. Dziękowałam Aniołowi za to, że mnie ochronił. Gdy po pewnym czasie współsiostry przyszły, by zobaczyć co się stało, powiedziały to, co dobrze wiem: że mam dobrego Anioła Stróża.

s. Maria Jolanta Fałat CSSE

Artykuł ukazał się w majowo-czerwcowym numerze „Któż jak Bóg” 3-2018. Zapraszamy do lektury!