„Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce jest puste, a pora już późna. Odpraw ich! Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia». Lecz On im odpowiedział: «Wy dajcie im jeść!»” (Mk 6, 34-37). Dzielenie się chlebem służy pokojowi. Natomiast gdy ktoś jest zmuszony go ukraść, to rodzi konflikt. Pragnąc więc pokoju, nauczmy się dzielić chlebem z potrzebującymi.

 

Brazylia, położona w centralnej i wschodniej części Ameryki Południowej, jest największym i najludniejszym krajem tej części świata. Zamieszkiwana jest przez 193 mln osób (2011). W 90% są to chrześcijanie, w tym 63% stanowią katolicy. Brazylia jest zatem największą narodową wspólnotą katolików w świecie. Jest to jednak kraj wielkich kontrastów. W wielomilionowych miastach jak San Paolo, Rio de Janeiro, Belo Horizonte, Porto Alegre, Racife, obok gigantycznych drapaczy chmur i ludności żyjącej w dobrobycie, gnieżdżą się w slumsach miliony osób, prawie bez żadnych środków do życia. Jest to kraj niezwykłego bogactwa przyrody, cudownych krajobrazów, pięknej muzyki, karnawałów i samby. W ten świat bogactwa, beztroski, zabawy, „wżyna” się jednak świat głodujących nędzarzy, do którego nawet policja boi się wjechać wozem pancernym.

 

Jak bezpańskie psy

Młody kapłan z Włoch udał się do Brazylii w odwiedziny do swoich krewnych. Zwiedzając Rio de Janeiro w porze obiadowej wstąpił do małej restauracji. Lokal wyglądał bardzo przytulnie. Z głównej sali można było przejść do ogrodu pełnego pachnących kwiatów i usiąść przy jednym ze stolików. Struny gitary umilały gościom spędzone tam chwile. Jedząc obiad ów kapłan zauważył, że siedzące naprzeciw niego młode małżeństwo, po ukończeniu posiłku, wyrzuciło resztki poza parkan, zamiast pozostawić je na talerzu. Po chwili spostrzegł się, że inni czynią to samo. Zrozumiał wówczas, że musi to być swego rodzaju zwyczaj. Ale dlaczego tak robią? Najpierw przyszło mu na myśl, że widocznie te resztki są wyrzucane dla błąkających się tam kotów. Z zaciekawieniem spojrzał poza parkan i zobaczył, że jest tam wiele niedożywionych dzieci ze slumsów, które zbierały te resztki. Część tych resztek spożywały natychmiast, a to co zostało, zabierały do domu, by nakarmić swoich bliskich.

Wśród zbierających resztki był kilkuletni chłopiec. W momencie gdy zobaczył księdza, przestał zbierać i zaczął wpatrywać się w niego swymi czarnymi jak heban oczyma. Te oczy wołały o miłosierdzie. Chłopiec miał na imię Marcus. Ksiądz wyszedł na zewnątrz, wprowadził go do lokalu i posadził przy swoim stole. Właściciel restauracji, gdy to zauważył, uprzejmie, ale ze stanowczością, dał księdzu do zrozumienia, że należy to dziecko natychmiast stąd wyprowadzić. Ksiądz oznajmił wówczas, że w takim razie on także opuści lokal. Właściciel wskazał na drzwi i oznajmił, że obydwaj mają się stąd wynosić, gdyż według istniejących tam zwyczajów, nie wolno sadowić przy „stolikach panów” ludzi ze slumsów, którzy włóczą się po dzielnicach bogaczy jak „bezpańskie psy”.

 

Kokainowe kariery

Poznany w tych okolicznościach Marcus umożliwił księdzu wejście do slumsów, chłopiec bowiem chciał pokazać księdzu „dom”, w którym mieszkał. Był to nędzny barak, sklecony z desek i obity tekturą. Na szczęście położony był na łagodnym zboczu wzniesienia, dzięki czemu miał większą szansę przetrwania w czasie deszczowej pory roku. Baraki stojące natomiast u podnóża wzniesienia, były postawione praktycznie na bagnie, które tworzyło się ze ściekającej z góry brudnej wody. Od czasu do czasu któryś z tych baraków zawalał się podczas natarczywej ulewy i grzebał swoje ofiary w błocie i wodzie. Zresztą ludzkie życie w slumsach było tanie jak barszcz i nikt się takimi przypadkami nagłej śmierci nie przejmował. „Dzieci ulicy”, takie jak Marcus, pojawiały się i znikały nie wiadomo gdzie. Była im odebrana przyszłość. Ulica była ich niezmienną teraźniejszością i przyszłością.

Trudne życie dzieci w slumsach pogarsza fakt, że nie istnieje tam prawie wcale życie rodzinne. Najczęściej bywa tak, że matka przebywa z dziećmi sama. Najwyżej pojawia się u jej boku tymczasowo jakiś mężczyzna, który, gdy się znudzi, odchodzi bez słowa pożegnania. „Rodzina” patologiczna, odór kokainy, głód, choroby, beznadziejne szukanie pożywienia, oto co wypełnia dzień dziecka ulicy. O szkole nie ma mowy. Na taki luksus mogą sobie pozwolić ludzie spoza slumsów. Jedynym „zbawieniem” dla tego dziecka jest szybka „kariera” kryminalna: rozprowadzanie narkotyków. Tak można zarobić duże pieniądze. Pozbawione prawdziwego dzieciństwa dzieciaki szybko wchodzą w świat przestępczy, łączą się w bandy, napadają na dzielnice ludzi zamożnych, okradają turystów, uczą się sztuki walki i przemocy. Z tego powodu stają się niewygodni i groźni dla społeczeństwa. Jak dotychczas, jedynym skutecznym „rozwiązaniem”, stosowanym niestety przez władze rządowe, są szwadrony śmierci, które rozstrzeliwują te dzieci, tak jakby były „wściekłymi psami”. Łagodniejszą formą rozwiązania problemu jest zamykanie ich w obozach pracy.

 

Nad Wisłą i Odrą

Może nie w taki dramatyczny sposób dzieje się to u nas w Polsce, jak to ma miejsce w Brazylii czy w wielu krajach Afryki, ale my także mamy coraz to częstsze i liczniejsze przypadki głodujących dzieci. „Głodujące dzieci w Polsce są tematem tabu. Wstydzą się o tym mówić rodzice, wstydzą się także dzieci” – podkreślała niedawno w radiu Magdalena Matuszewska z Fundacji Pomocy Dzieciom „Maciuś”. A tymczasem co czwarte dziecko w Polsce jest niedożywione, a co ósme żyje w ubóstwie. Według raportu GUS „Zasięg ubóstwa w Polsce”, aż 29% dzieci żyje w warunkach poniżej granicy ubóstwa relatywnego. Zgodnie z tymi danymi, Polska zalicza się do krajów o najwyższym stopniu zagrożenia ubóstwem dzieci i młodzieży wśród państw należących do Unii Europejskiej. Najtrudniejszą sytuację materialną odnotowano w rodzinach wielodzietnych, w których na utrzymaniu rodziców znajduje się czworo lub więcej dzieci. Rodziny ograniczają wydatki na żywność, czego skutkiem jest niedożywienie i głód. Skala problemu jest ogromna. W opinii nauczycieli, pracowników szkoły i pracowników ośrodków pomocy społecznej prawie co dziesiąte dziecko w Polsce jest niedożywione. Oznacza to, że około 800 000 dzieci w naszym kraju cierpi głód lub potrzebuje natychmiast dodatkowych posiłków..

Tak będzie zawsze, dopóki chora ekonomia będzie zainteresowana tylko uruchamianiem mechanizmów, które wzbogacają bogatych, a biednych pozostawiają z pustymi rękami.

 

***

 

Aniołowie święci, Bóg w swojej dobroci powierzył każdą istotę ludzką Waszej duchowej pieczy. Bądźcie wszystkim głodującym dzieciom oparciem i pocieszeniem, szczególnie wtedy, gdy przychodzi im dźwigać ciężar życia w opuszczeniu i osamotnieniu. Amen.

 

Ks. Henryk Skoczylas CSMA

 

Artykuł ukazał się w styczniowo-lutowym numerze „Któż jak Bóg” 1-2014. Zapraszamy do lektury!