„Niech się nie trwoży serce wasze. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (J 14, 1.12-14).

 

W tym jakże wrogim świecie, potrzeba ognia, by rozjaśnić ciemności i pokonać zimno. Takie zadanie otrzymała od Boga Katarzyna Damen (1787-1858), która swoje dzieciństwo i młodość spędziła w okresie brutalnej rewolucji francuskiej. By sprostać temu zadaniu – w 1835 roku – zakłada Zgromadzenie zakonne Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej. Obecnie liczy ono ok. 1700 sióstr, które pracują m.in. w Brazylii, Holandii, Indonezji, Niemczech, Polsce, Tanzanii, Meksyku, Gwatemali, USA, Włoszech oraz na Filipinach i Białorusi. W Polsce znane są jako „franciszkanki z Orlika”.

 

Potworność rewolucji francuskiej

Gdy trzej przyjaciele biblijnego Hioba dowiedzieli się o tym co go spotkało, przyszli boleć nad nim i pocieszać go. „Podnieśli swój głos i zapłakali (…). Siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu” (Hi 2, 12-13).

Nie da się mówić o rewolucji francuskiej (1789-1799) bez odczucia grozy oraz bez zadumy nad ogromem bólu i krzywd, jakie ludzie sobie zadali. Dziesięć lat wojny i terroru. Wylało się morze krwi i łez. Król Ludwik XVI został ścięty gilotyną. Palono i niszczono kościoły i klasztory. Zabijano księży, zakonników i zakonnice. Ogłoszono „nową erę ludzkości”. Jej Rok I rozpoczął się z dniem 22 IX 1792. Każdy rok dzielił się na 12 miesięcy, a miesiąc miał od tej pory liczyć 30 dni. Zlikwidowano chrześcijańską niedzielę oraz wszystkie święta kościelne. Tradycję chrześcijańską wyparł nowy kult Rozumu, wyrastający z osiemnastowiecznej filozofii. I tak oto Francja, „Pierwsza Córka Kościoła”, dostała się w szpony trzech potworów: Bezbożności, Bezprawia i Bestialstwa. Na szczęście, ta „nowa era ludzkości” trwała krótko, a jej kalendarz jedynie do 1805 roku. Wówczas zamiast rewolucji rządził już cesarz Napoleon Bonaparte (1799-1815).

Należy wspomnieć, że bezpośrednio rewolucję poprzedziła trudna sytuacja finansowa i ekonomiczna Francji. Niskie zbiory z lat 1787 i 1788 spowodowały wzrost cen chleba, w niektórych regionach nawet dwukrotny, w miastach rosło zaś bezrobocie. Najbiedniejszym zaczął grozić głód. Mnożyły się protesty. Dramatyzm sytuacji w przededniu wybuchu rewolucji pogłębiła pogoda. Podczas burzy, która 13 VII 1788 roku przeszła nad całą Francją, padał grad tak duży, że nie tylko zniszczył zbiory, lecz także zabijał ludzi i zwierzęta.

 

Zaciszne schronienie

Złowrogie, ciemne chmury znad Francji przedzierały się do okolicznych krajów, zwłaszcza do tych małych, jak Belgia i Holandia. Jednakże było tutaj spokojniej niż we Francji. Nic więc dziwnego że ci, którym groziła śmierć we Francji, tutaj szukali schronienia. Jednym z domów, który udzielał gościny wędrującym po kraju duchownym, którzy w czasie rewolucji nie złożyli przysięgi na wierność królowi i konstytucji francuskiej, był dom Korneliusza i Gertrudy Damenów we wsi Ohé en Laak w południowej części Holandii. Byli to ludzie prości, dobroduszni i głęboko wierzący. Wiedzieli, że wszystkim kieruje Boża Opatrzność.

Ich wiarę i głęboką zażyłość z Panem poznajemy przy narodzinach pierwszego dziecka. 19 XI 1787 r. przyszła na świat ich córka Maria Katarzyna, która pomimo zimowej zawieruchy, tego samego dnia została ochrzczona w kościele parafialnym w Echt, do którego należało iść ponad godzinę w jedną stronę. Damenowie byli przekonani, że Bóg zatroszczy się o wszystko, a więc i o małą Kasię. Trzy lata później urodziła się Damenom druga córka, Johanna. Dziewczynki wiele razy widziały zatroskanych rodziców, do których dochodziły wieści o prześladowaniach księży i zakonników, o niszczeniu tradycji i religii katolickiej. Jednakże z postawy ich rodziców emanowało ogromne zawierzenie Bogu. „Bóg się o nas zatroszczy” – mówili. Te słowa rodziców dawały dzieciom pokój i nadzieję.

 

„Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej” (Rdz 12, 1)

Dziesięcioletnia Kasia miała piękny przykład wiary swoich rodziców. Była świadoma tego, jak bardzo oni narażają się na różne niebezpieczeństwa z racji przekonań religijnych, a zwłaszcza za niesienie pomocy ukrywającym się księżom. Trudne warunki hartowały jej charakter i przygotowywały do dzieła, które dla niej przewidział Bóg. Dziewczynki różniły się między sobą charakterem i usposobieniem. Mieszkańcy wioski postrzegali Kasię jako nad swój wiek skupioną i poważną. Młodsza siostra była natomiast jej przeciwieństwem, rozmowna, wesoła, wszędzie było jej pełno. Kasia od ojca słyszała niekiedy wymówki, że woli się modlić aniżeli pracować, że ciągle „marzy”. Co nie znaczy, że stroniła ona od pracy, bowiem gdy zachodziła potrzeba, potrafiła ciężko pracować i czyniła to ochotnie. Ale było w niej to przedziwne „coś”, co ojciec w swej prostocie nazywał „marzeniem” i w czym widział „niedoskonałość”. W rzeczywistości to „coś”, to było jej ogromne bogactwo duchowe, bowiem drzemały w niej pokłady wielkiego ducha. Ujawniała się jej kontemplacyjna natura. Kasia bardzo mocno odczuwała w sobie Boże wezwanie. I pewnego dnia, podobnie jak Abraham, odpowie na nie Bogu.

W szesnastym roku życia Kasia opuszcza dom rodzinny, swoją wioskę, a nawet swój rodzinny kraj i udaje się do Maaseik, do Belgii. Było to nieco inaczej niż z Abrahamem. On bowiem idąc do Ziemi Obiecanej musiał pokonać setki kilometrów i prowadził ze sobą ogromne stada. Ona natomiast pokonała tylko dwie godziny pieszej drogi i niosła ze sobą zaledwie skromne zawiniątko z chlebem i odzieżą. Ale ona także, podobnie jak Abraham, który – jak mówi autor Listu do Hebrajczyków – „wyszedł nie wiedząc, dokąd idzie. Przez wiarę przywędrował do Ziemi Obiecanej” (Hbr 11, 8-9), nie wiedziała, co ją spotka u celu tej dwugodzinnej drogi. Wprawdzie Maaseik nie okazał się jeszcze jej „Ziemią Obiecaną”, ale stał się bardzo ważnym etapem w jej życiu. Spędziła tam dwadzieścia dwa lata, pracując jako służąca, m.in. w domu parafialnym. Największym szczęściem w czasie, kiedy przebywała w Maaseik, był dla niej kościół, który należał do wygnanych kapucynów. Zakochana w Bogu, dzieliła się tą miłością z innymi, szczególnie z ubogimi i z chorymi.

 

Tercjarka Zakonu Świętego Franciszka

Wydarzeniem opatrznościowym i wielce znaczącym dla Katarzyny był powrót kapucynów z wygnania w roku 1814. Katarzyna jako jedna z pierwszych włączyła się w życie Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. To wtedy rozkochała się w duchowości franciszkańskiej. Zresztą nieobce było jej ubóstwo i pokuta oraz czynna miłość bliźniego. Zrozumiała sercem, że to jest istota życia chrześcijańskiego i służby Panu. Poczuła się u siebie „w domu”. Odkryła swoje powołanie: życie na wzór Biedaczyny z Asyżu. Przyswajała sobie Ewangelię odczytywaną przez św. Franciszka. Podobnie jak on przyjmowała natchnienia Boże w szczerości i prostocie serca. Doświadczenie Boga, które wyniosła z domu rodzinnego („Bóg się o nas zatroszczy”), w połączeniu z duchowością franciszkańską, kształtowało jej osobowość i przygotowało do przyszłych zadań.

W 1825 r. Katarzyna rozpoczęła pracę w parafii w Heythuysen, kierowanej przez ks. Van der Zandt, który organizował opiekę nad opuszczonymi dziećmi. Wkrótce swoją pracą zyskała szacunek mieszkańców wsi. Jej szczególne zawierzenie Bożej Opatrzności było odczuwane przez otoczenie. Swoim życiem mówiła o Tym, którego miłowała, do którego należało jej serce. Jej prostota i pokorna postawa przyciągała nie tylko dzieci, ale również dorosłych. Nic więc dziwnego, że wnet dołączyły do niej następne kobiety.

 

Matka założycielka

W dniu 10 V 1835 r. cztery tercjarki rozpoczęły życie wspólnotowe, inicjując tym samym nowe zgromadzenie. Katarzyna jako m. Magdalena została przełożoną pierwszej małej wspólnoty. Resztę życia poświęciła założonemu przez siebie zgromadzeniu. Ożywiała franciszkański charyzmat poprzez skromną służbę we współczesnym jej świecie. Swoim siostrom często powtarzała: „Żyjmy jak prawdziwe dzieci św. Franciszka, a wtedy Bóg się o nas zatroszczy”.

Zaufanie Katarzyny i zdanie się na Bożą Opatrzność nie było wynikiem jej bezradności, czy nieumiejętności. Ona robiła wszystko, co było w jej mocy, a resztę zostawiała Bogu, który wszystko może. Naśladując Chrystusa i św. Franciszka, była pokorna, prosta i niezachwiana w swoim radosnym zawierzeniu Bogu. Pan nie oszczędził jej cierpienia fizycznego. Za wszystko była wdzięczna Bogu. W chwili śmierci Założycielki – 7 XI 1858 r. – zgromadzenie posiadało już 17 klasztorów. W Polsce siostry franciszkanki z Orlika pracują w szpitalach, domach pomocy społecznej, szkołach, przedszkolach, świetlicach terapeutycznych, grupach parafialnych (bielanki, koła misyjne, schole itp), domach pielgrzyma i w ośrodkach działalności charytatywnej (www.siostryzorlika.pl).

 

***

 

Aniołowie święci, Chrystus Pan poucza nas: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”, uczcie nas ufnego zawierzenia Bogu oraz gorliwości w szukaniu Jego Królestwa. Amen.

 

ks. Henryk Skoczylas CSMA

 

 

 

Artykuł ukazał się w lipcowo-sierpniowym numerze „Któż jak Bóg” 4-2015. Zapraszamy do lektury!