Pojęcie pracy jako elementu doskonałego planu Boga dotyczącego ludzkiego życia zostało wyrażone w Piśmie Świętym słowami pełnymi prostoty: „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15). Ludzka praca ma tam wartość jako służba na rzecz Boga, nadająca sens życiu człowieka.

Ileż to razy, ostatnimi czasy, musiałem podnosić na duchu ojców rodziny, którzy utracili pracę. Mówili mi: „Proszę księdza, od kiedy zostałem zwolniony z pracy, nie potrafię popatrzeć w oczy ani żonie, ani moim dzieciom. Wydaje mi się, jakbym czytał z ich warg niewypowiedziane słowa: „Siedzi w domu i wciąż nie pracuje”. Ciąży mi dotkliwe poczucie winy wobec nich, winy niezawinionej, która jednak zadręcza mnie i prowadzi do rozpaczy”. Są to osoby nieco starsze, które około pięćdziesiątki utraciły pracę i nie wiedzą od czego teraz zacząć, ale i bardzo młode, które lękają się zestarzeć bez pracy, bez przyszłości. Ileż tragedii zostało mi przedstawione, które trudno tu w szczegółach opowiedzieć.

 

Dwa dramaty

Rzecz dzieje się w Neapolu we Włoszech. Ciro Pellegrini pozostawił na stole w kuchni jedno zdanie zapisane na kartce, które wyraża ogromny dramat nie tylko jego osobisty, ale tysięcy innych ludzi: „Nie można stracić pracy dwa razy w ciągu kilku miesięcy”. Po czym, w akcie rozpaczy, zastrzelił się. W pracy był ceniony. Przez jakiś czas był brygadzistą w swoim przedsiębiorstwie. Kiedyś w rozmowie z kolegami powiedział, że to przedsiębiorstwo jest jego życiem, że mu poświęca wszystko. Później przychodzi kryzys w całym kraju. Okazuje się, że zachodzi konieczność redukcji etatów. A tu rodzina na utrzymaniu. No i stało się…

Kilka tygodni wcześniej lokalna prasa w Neapolu pisała o innej tragicznej historii. W małym lasku na obrzeżach miasta znaleziono 56-letniego mężczyznę, który się powiesił. Miał kochającą żonę, 17-letnią córkę i 12-letniego syna. Od 23 lat pracował „na czarno”, bo tylko taką pracę mógł znaleźć. Ale przyszedł dzień, kiedy nawet tej pracy zabrakło. Poczuł się wówczas bezsilny i bezradny.

 

Cztery Światy

Już w Encyklice Sollicitudo rei socialis (30 XII 1987) Papież Jan Paweł II zaznaczył, że „prawdziwy rozwój nie może polegać na zwykłym gromadzeniu bogactw i możności korzystania w większym stopniu z dóbr i usług, jeśli osiąga się to kosztem niedorozwoju wielkich rzesz i bez należytego uwzględnienia wymiarów społecznych, kulturowych i duchowych istoty ludzkiej”. Co więcej, postęp ograniczony do wzrostu ekonomicznego okazuje się często społecznym regresem, a rywalizacja gospodarcza i polityczna między Wschodem i Zachodem sprzyja umacnianiu się podziału naszego globu na tzw. Pierwszy, Drugi i Trzeci, a nawet Czwarty Świat. Czwarty Świat to obszary biedy w obrębie Pierwszego Świata. Okazuje się bowiem, że nawet w Stanach Zjednoczonych, Kościół i niektóre pozarządowe organizacje charytatywne każdego dnia wydają tysiące obiadów dla ludzi żyjących na skraju nędzy. Papież zauważał, że „…jawi się zatem następujący obraz: są tacy nieliczni, którzy posiadają wiele i nie potrafią naprawdę «być», na skutek bowiem odwrócenia hierarchii wartości przeszkodą staje się dla nich «kult» posiadania; są także tacy, bardzo liczni, którzy mają mało lub nic i którzy nie są w stanie realizować swego zasadniczego ludzkiego powołania z powodu braku niezbędnych dóbr” (28).

Papież Jan Paweł II twierdził też, że Kościół jest powołany do „budzenia odpowiedzialności ziemskich budowniczych społeczności”. Warto zauważyć, że istnieje bardzo ścisła relacja między religijnością a zaangażowaniem obywatelskim. W Polsce prowadzono swego czasu badania, które jednoznacznie pokazują, że im bardziej człowiek jest religijny (tę religijność można obiektywnie mierzyć liczbą dominicantes i comunicantes), tym większe jego zaangażowanie obywatelskie: większy udział w wyborach, więcej organizacji pozarządowych na danym terenie. Człowiek głęboko religijny przekłada bowiem swoją religijność na służbę innym, na sensowną aktywność zawodową i społeczną. Podczas jednej z wizyt w Polsce Jan Paweł II nawoływał do wyobraźni miłosierdzia – trzeba więc twórczo szukać właściwej i niebanalnej odpowiedzi na coraz to nowe kwestie społeczne. Na rynku pracy pojawiają się bowiem nowi wyzyskiwani. Problemy bezrobocia dotykają nie tylko bezrobotnych. Rzutują także na pogorszenie się stosunków w pracy. Pracowników niekiedy szantażuje się groźbą zwolnienia, miesiącami nie zawiera się z nimi umów o pracę, nie realizuje ich uprawnień. Trzeba być solidarnym z ludźmi pozbawionymi nadziei, z tymi, którzy boją się reagować na wyrządzane im krzywdy, w obawie utraty pracy (A. Dylus).

 

Szaleństwo postępu

Z początkiem lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, głosząc rekolekcje u Sióstr Katarzynek w Braniewie na Warmii, spotkałem pewnego inżyniera, który od dziesięciu lat pracował w Niemczech. Rozmawialiśmy m.in. na temat zachodzących w Polsce przemian. Wypowiedział on wówczas słowa, które głęboko utkwiły mi w pamięci: „Postęp także musi mieć swoje granice, w przeciwnym wypadku staje się bardzo szkodliwy”. Na poparcie tych słów przytoczył pewne fakty ze swojego życia. Opowiadał, że zaraz po przybyciu do Niemiec zatrudnił się w dużym przedsiębiorstwie, gdzie pracowało 40 inżynierów i około 300 robotników. Po dziesięciu latach pozostało w tym przedsiębiorstwie tylko 8 inżynierów i około 100 robotników. Co się stało? Otóż coraz bardziej udoskonalane maszyny, coraz bardziej unowocześniana produkcja, stopniowo eliminowała zatrudnionych ludzi. Pracodawca tłumaczył się tym, że jest zmuszony zmniejszać koszta produkcji, w przeciwnym razie nie wytrzyma konkurencji. Nie przejmował się tym, co teraz robią ci, których kiedyś po przyjacielsku poklepywał po ramieniu, kiedy byli mu potrzebni.

Owszem, istnieje w świecie produkcji konkurencja, ale istnieją także jawne niesprawiedliwości, spowodowane egoizmem producentów czy nadużyciami ludzi nieuczciwych. To wszystko razem wyciska wiele łez ludziom, którym trudno przeżyć z miesiąca na miesiąc. Którzy nie mogą sobie pozwolić nawet na zakup koniecznych dla siebie lekarstw.

Jak widzimy, nastąpił tu bardzo wyraźnie rozbrat pomiędzy ekonomią a etyką. Ileż to razy ostrzegał przed tym Papież Jan Paweł II, zwłaszcza w Encyklice Centesimus annus (z 1 maja 1991 r.), gdzie czytamy: „Bezrobocie stanowi w naszych czasach jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla życia rodzinnego i staje się troską społeczeństw. Jest ono wyzwaniem dla polityki poszczególnych państw i przedmiotem dogłębnej refleksji dla nauki Kościoła”. Otóż w warunkach wolnorynkowej gospodarki – dodaje Papież – człowiek łatwo może być potraktowany jako homo economicus i staje się tyle wart, ile jest wart na rynku pracy oraz jako konsument, nakręcający koniunkturę, gdy liczą się tylko te potrzeby człowieka, na których można zarobić.

 

Społeczeństwo wymierające

W pierwszych dniach maja br. uczestniczyłem w uroczystości Pierwszej Komunii Świętej w pobliżu Mielca. Parafia licząca około dwa tysiące wiernych miała tylko 15 dzieci do tego Sakramentu. Zdziwiony tym nieco, zapytałem księdza proboszcza, czy w poprzednie lata też tak bywało mało? Zawsze było więcej – odpowiedział – ale ostatnimi laty dużo młodych małżeństw zaraz po ślubie wyjeżdża za granicę w celach zarobkowych i niestety rzadko kiedy powracają do kraju. Także młodzi po studiach najczęściej nie wracają do rodzinnej wsi. Pozostają w mieście, gdyż tam jest im łatwiej znaleźć pracę. Jednym słowem, pod tym względem nie jest dobrze, gdyż mamy coraz bardziej starzejące się społeczeństwo.

Praca jest oczywistym prawem człowieka i pierwszym obowiązkiem państwa jest zagwarantować ją swoim obywatelom. Dałby Bóg, aby ekipy rządzące w kraju nad Wisłą o tym pamiętały i nie zmuszały setek tysięcy Polaków do szukania pracy po całym świecie.

 

***

 

Aniołowie święci, słyszycie jak każdego dnia zanosimy do Boga prośbę błagalną: „…chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…”. Prosimy was, pomóżcie nam ten chleb zbierać z polskich kłosów i na polskiej ziemi. Amen.

 

Ks. Henryk Skoczylas CSMA

 

 

Artykuł ukazał się w lipcowo-sierpniowym numerze „Któż jak Bóg” 4-2014. Zapraszamy do lektury!