„A wreszcie rzekł Bóg: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!” Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1, 26-27). „Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2, 7).

Ludzkie życie jest nadzwyczajnym Bożym darem, czymś szczególnie wyjątkowym, wielkim i świętym. Kto zatem zabija drugiego człowieka, a zwłaszcza bezbronne nienarodzone dziecko, dosłownie pluje Panu Bogu prosto w twarz! Czy istnieje zbrodnia bardziej ohydna?

 

Irlandia, początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Szesnastoletnia Felicja opiekowała się prawie stuletnią prababką. Jej ojciec pracował jako ogrodnik w klasztorze sióstr zakonnych, a trzej bracia zatrudnieni byli w kamieniołomach Flanagan. Felicja była zaledwie sześcioletnim dzieckiem, kiedy umarła jej matka.

 

Ojczyzna rzecz święta

Przed siedemdziesięciu pięciu laty mąż prababki, którego ta poślubiła miesiąc wcześniej, poległ wraz z dwoma towarzyszami za wolność Irlandii. Fakt ten, dzięki uporowi ojca, był zawsze w ich domu przedmiotem czci. Po tragicznej śmierci męża kobieta pozostała bez środków do życia, spodziewając się dziecka. Przez resztę swojego aktywnego życia zmuszona była zarabiać na utrzymanie, szorując podłogi w biurach i prywatnych domach. Ale przez wszystkie te lata niesłabnąca wiara w dawną słuszną sprawę otaczała jej trudy nimbem szlachetności. Czcząc krew wylaną przed laty, staruszka przeżyła córkę, którą wydała na świat, jak również jej męża i żonę ich jedynego syna. A kiedy przeżyła również własny świadomy umysł, ojciec Felicji kontynuował jej dzieło w pojedynkę. Co wieczór brał do ręki pamiątkowe albumy z tamtych rewolucyjnych czasów, przeglądał je, czytając wycinki z gazet i opisy pod zdjęciami.

W pierwszym albumie na czołowym miejscu widniały słowa irlandzkiego męża stanu i bojownika o niepodległość Irlandii, Eamona de Valera (1882-1975): „Irlandia, o jakiej marzyliśmy, miała być mieszkaniem ludu, który ceni dobrobyt materialny jedynie jako podstawę prawego życia, ludu, który zadowala się skromnymi wygodami, poświęcając swój wolny czas sprawom ducha, miała być krajem, którego równiny zdobią przytulne domostwa, którego pola rozbrzmiewają odgłosami radosnej pracy, dokazywaniem zdrowej dziatwy, sportowymi popisami krzepkiej młodzieży, śmiechem hożych dziewcząt, którego ogniska domowe stanowią forum dla mądrości podeszłego wieku. Jednym słowem, miała być krajem ludzi żyjących tak, jak Bóg człowiekowi przeznaczył”.

 

Trudna decyzja

Szesnastoletnia Felicja miała wesoły, przyjazny wyraz twarzy. Po krótkim okresie pracy w zakładach mięsnych, znów została bez zatrudnienia. Miała jednak dzięki temu więcej czasu by zajmować się domem i opiekować prababką. Poznała już Johnny’ego, chłopca z rodzinnego miasteczka, który wprawdzie pracował w Anglii, ale dość często odwiedzał swą, żyjącą samotnie matkę. Jak to młodzi, prowadzili rozmowy, chodzili na spacery ręka w rękę; nie brakowało czułych słów, uśmiechów, snucia planów na przyszłość. Pewna życzliwa sąsiadka, wiedząc, że Felicja od dzieciństwa nie miała matki, ostrzegała ją dyskretnie: „Pamiętaj, nie wierz w ani jedno słowo z tego, co ci mówią mężczyźni”. – Może to i prawda, ale nie w naszym przypadku – odpowiadała zwykle dziewczyna.

Wkrótce Felicja zorientowała się, że będzie mieć dziecko. Chciała o tym powiadomić swojego chłopca, ale nie znała jego adresu. Jedyne co znała, to nazwę miasta i rodzaj fabryki. Udała się więc do jego matki, by prosić ją o adres.

– Jestem znajomą Johnny’ego – powiedziała do pani Lysaght. Przywitało ją zimne spojrzenie jego matki, podejrzliwe i pełne nieufności. Ludzie mówili o niej „kwaśna jak tarnina”. Matka Johnny’ego wiedziała kim jest Felicja. Znała jej nazwisko, wiedziała, że jej ojciec pracuje w klasztornym ogrodzie, że jego bez mała stuletnia babka wciąż żyje.

− Potrzebuję jego adresu, proszę pani.

Pani Lysaght znała sytuację Felicji. Miała to wypisane na twarzy. Jej wargi wykrzywił pogardliwy grymas, w zimnym spojrzeniu pojawił się niesmak.

− Zostaw mojego syna w spokoju – powiedziała bez emocji. – Daj mu spokój.

− Chciałam się z nim skontaktować.

− Miałaś z nim aż za dużo kontaktów.

Po tej przykrej rozmowie z matką Johnny’ego, Felicja nic nikomu nie mówiąc postanowiła wyjechać do Anglii, z nadzieją że go odnajdzie. Wiedziała, że to trudna i ryzykowna decyzja, ale czuła się do tego poniekąd zmuszona.

 

Szukanie po omacku

Miasto w Anglii, które znała jedynie z nazwy, okazało się być o wiele większe niż przypuszczała. Fabryki o której mówił jej chłopiec, nikt nie umiał zlokalizować. Tak rozpoczęła się tułaczka Felicii z miejsca na miejsce, od fabryki do fabryki. Przy jednej z nich, Felicja ubrana w czerwony letni płaszcz, z dwoma reklamówkami w ręku, zagubiona, z wyrazem lęku w oczach, zapytała kogoś:

– Nie wiem, czy dobrze trafiłam, ale ktoś mi powiedział, że to może być tutaj.

– Czego pani szuka?

– Fabryki kosiarek do trawy.

– Przykro mi, ale nie produkujemy kosiarek. Nigdzie tu w pobliżu nie produkuje się kosiarek.

– Mój znajomy pracuje w fabryce kosiarek, w magazynie. Niestety, nie jestem pewna, gdzie to jest. Wszystko, co wiem, to nazwa miasta i informacja o fabryce kosiarek.

– Może faktycznie jest taka fabryka w którymś z sąsiednich miasteczek. Chętnie pani pomogę w poszukiwaniu.

Po krótkim wahaniu Felicja zgodziła się. Mr Hilditch był to otyły pan, liczący pięćdziesiąt cztery lata. Nosił małe, okrągłe okulary o grubych szkłach, przycinał krótko swoje szarawe włosy i zawsze miał na sobie ten sam garnitur z kamizelką. Widać było, że dba o to, by na jego twarzy widniał nieprzerwanie sympatyczny uśmiech. To, co u niego drażnić, to nieco piskliwy ton głosu i drobne, jakby nie należące do reszty ciała, dłonie. Od piętnastu lat Hilditch piastował funkcję kierownika działu aprowizacji w fabryce. Mieszkał sam w wolno stojącym domu, otoczonym ze wszystkich stron szpalerem krzewów. W 1979 roku zmarła jego matka, ojca nigdy nie poznał. Kiedy był jeszcze małym chłopcem, otrzymał od wujka w prezencie łapkę na myszy. Do dziś dnia pamiętał, jaki był wówczas pomysłowy w obmyślaniu zasadzek, jak bardzo go cieszyło, kiedy mysz wpadała w zastawioną pułapkę. Już wtedy odkrył zasady dobrego funkcjonowania pułapki: najpierw zdobyć zaufanie, a następnie uzależnić od siebie.

 

Misternie zastawiona pułapka

Na nocleg Felicja udawała się do noclegowni dla ubogich, a po południu pan Hilditch udawał się z nią samochodem do pobliskich miasteczek, w poszukiwaniu jej narzeczonego. W ten sposób wypełnił się pierwszy warunek udanej pułapki – zdobycie zaufania. Także ku uzależnieniu od siebie nie brakowało okazji. Kiedy Felicja w jednej z fabryk wyszła pytać o imię i nazwisko narzeczonego, pan Hilditch przeszukał jej dwie reklamówki, w których miała ukryte pieniądze. Zabrał je. Nie żeby ukraść, miał dość swoich pieniędzy. Po prostu chciał Felicję od siebie uzależnić. O tym, że została okradziona zorientowała się dopiero dwa dni później i jej podejrzenie padło na ludzi z noclegowni. Po kilku dniach daremnego poszukiwania narzeczonego Felicja była już zdecydowana powrócić do Irlandii, ale teraz nie miała pieniędzy na powrót.

– Panie Hilditch, czy mógłby mi pan pożyczyć pieniądze na powrót do domu? To był błąd, że tu przyjechałam. Nie powinnam była tego robić. Zaraz po powrocie odeślę je panu. Nie odrzekł ani słowa. Po chwili odezwał się, mówiąc, że warto szukać dalej. I tak upłynęły kolejne dwa tygodnie daremnego poszukiwania.

– Wiesz Felicjo, mogę cię skutecznie uwolnić od tego kłopotu. W prywatnej klinice Gishforda zrobią to od razu. W poniedziałek mogłabyś już być z powrotem u siebie, uwolniona od swego brzemienia. Tak trzeba, Felicjo. To słuszna rzecz naprawić błąd. Słuszna rzecz, Felicjo. Wszyscy jesteśmy zmuszeni robić straszne rzeczy. Czasem musimy znaleźć w sobie odwagę, żeby się na to zdobyć.

 

Śmiertelnie zranione serce

Panie Hilditch, jaki z pana perfidny człowiek! By pożyczyć nieco pieniędzy dziewczynie na powrót do domu, to nie. By wyłożyć ciężkie pieniądze na aborcję w prywatnej klinice, to tak! W klinice wszyscy byli bardzo uprzejmi. Wprost nadskakiwali, pomagali, przecież, jakby nie było, grali rolę „wybawicieli”. Po fakcie Felicja zamknęła oczy. Starała się nie myśleć o tym, co się stało. Najstraszniejszy grzech ze wszystkich – tak by powiedziała jej matka. Boży dar odrzucony, ciśnięty Panu Bogu w twarz. W drodze powrotnej dziewczyna drzemała, nagle obudził ją jej własny krzyk. Zawołała, że nie powinna była tego robić. Pan Hilditch przez moment patrzył na jej odbicie we wstecznym lusterku: okrągłą buzię, teraz pobladłą i wymizerowaną, włosy w nieładzie.

– Boże, przebacz mi – szepnęła dziewczyna, już spokojniejsza. Miała świadomość uporczywego bólu, bardziej dokuczliwego niż przedtem. Wciąż krwawiła i czuła się wyczerpana. W końcu ponownie zasnęła. We śnie zobaczyła figurę Matki Bożej z klasztoru sióstr, gdzie pracował jej ojciec. Felicja tuliła się do jej stóp i błagała o przebaczenie. Później Felicja zobaczyła własną matkę, łuskającą groch na progu domu. Łzy spływały jej do durszlaka z grochem. „A gdybym ja tobie coś takiego zrobiła?” – usiłowała wykrztusić, ale szloch nie pozwalał jej mówić. Lecz Felicja i tak wiedziała. Znała słowa, chociaż nie zostały wypowiedziane.

 

Wśród bezdomnych i żebraków

Coś jej mówiło, by szybko uciekała od tego człowieka. Chociaż jeszcze słaba i bez środków do życia, dyskretnie wymknęła się o zmroku. Wiedziała, że będzie jej poszukiwał, więc wyjechała autostopem do innego, większego miasta, by być od niego jak najdalej. Była głodna. Koło kosza na śmieci stał kubek po kawie. Resztka płynu była jeszcze na dnie. Felicja wypiła zawartość, znalazła też ponad połowę gorącej bułeczki, przylepionej do opakowania, w którym została upieczona.

Bezdomny człowiek zmienia miejsce, bo coś pcha go naprzód. To samo czyniła teraz Felicja. Wędrowała z miejsca na miejsce, z miasta do miasta. W niektórych zatrzymywała się na dłużej. Nigdzie się nie spieszyła.

– Jak się masz, Felicjo – witał ją Hindus, układający owoce na straganie przed sklepem. Zawsze do niej zagadywał, kiedy przechodziła w pobliżu. Któregoś wieczoru, gdy pakował przed nocą swój towar, dał jej trochę owoców kiwi, twierdząc, że nie dotrwają do rana. Felicja nie znała jego imienia.

Wczoraj wieczorem kobieta, którą prosiła na ulicy o datek, odmówiła, po czym wyjęła z torby opakowanie krojonego chleba, podając jej cztery kromki. „Weź lepiej to” – powiedziała, dodając, że pieniądze zostałyby z całą pewnością wydane na alkohol. Felicja nie zaprzeczyła. Nie ma znaczenia, co ludzie do ciebie mówią, człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Żebrze, by jakoś przeżyć z dnia na dzień. By uzbierać pieniądze na powrót do domu. Dobrzy ludzie, pomóżcie!

 

Felicjo, wróć do domu!

Pewnego wieczoru ciężkie buty dwóch braci Felicji wylądowały na żebrach i brzuchu Johnny’ego Lysaghta, który leżał potem nieprzytomny w ciemnościach pod pomnikiem na Rynku. Krew sączyła się z jego twarzy, jedno oko było niewidoczne pod opuchlizną. Nie padło ani jedno słowo.

Ojciec, dręczony wyrzutami sumienia, wierzył, że dziewczyna wróci. Na spowiedzi wyznał, że zgrzeszył gniewem i został rozgrzeszony, ale nie był w stanie przebaczyć sam sobie. Przygotował dla córki sypialnię. „Niech pan nie traci wiary – podtrzymywała go na duchu wielebna matka podczas rozmowy w klasztornym ogrodzie. – Któregoś dnia wejdzie pan do domu, a ona będzie czekać na pana w kuchni”.

Był wczesny poranek. Felicja o tej porze nie żebrała. Ludzie nie lubią być zaczepiani, kiedy spieszą się do pracy. Słońce wschodziło, rozpraszając drobne chmurki, Felicja czuła jego ciepło na twarzy i włosach. Przy odrobinie szczęścia wysuszy jej ubranie, które zwilgotniało w ciągu nocy. Na łące koło starej gazowni pokrzywa sparzyła ją w nogę. Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi, ledwie poczuła. Jedyne, co sobie wyrzucała, to fakt, że pozwoliła zmarnować swoje dziecko. Nie powinna była tego robić, ale stało się, trudno. Już nigdy, przenigdy, to się nie powtórzy w jej życiu! Przysięga to Bogu, Matce Najświętszej i swej zmarłej matce. Boże, przebacz! Mamo, przebacz! (zob. W. Trevor, Podróż Felicji, Warszawa 2001).

 

W obronie świętości życia

W Liście do Rodzin z 1994 roku, bł. Jan Paweł II przypominał całemu światu: „Prawo do życia jest dla człowieka prawem najbardziej podstawowym”. Potem, w homilii w Kaliszu, w 1997 roku, nauczał jeszcze: „Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka. Najbardziej podstawowym prawem człowieka! Miarą cywilizacji jest stosunek do życia. Cywilizacja, która odrzuca bezbronnych, zasługuje na miano barbarzyńskiej. Brońcie dalej życia!”.

W centrum Polski, w Łodzi, u Księży Pallotynów powstaje pierwsze w Polsce „Sanktuarium Świętości Życia” pw. Zwiastowania Pańskiego. Świątynia nieustannej modlitwy i ośrodek wspierania życia ludzkiego to odpowiedź na potrzebę troski o każde życie i ekspiacji za grzechy przeciwko niemu.

Aniołowie święci, świat bez Boga, bez religii, bez przykazań, na każdym kroku godzi w najsłabszych, w najbardziej bezbronnych i czyni to z perfidią, „w białych rękawiczkach”. Czyni to tak, jakby wyświadczał ludzkości wielkie dobrodziejstwo. Aniołowie Boży, brońcie ludzkich umysłów i serc, zwłaszcza należących do mężów stanu, by w trosce o własny naród stawali zawsze w obronie ludzkiego życia. Amen.

 

Ks. Henryk Skoczylas CSMA

 

 

Artykuł ukazał się w majowo-czerwcowym numerze „Któż jak Bóg” 4-2012. Zapraszamy do lektury!