„Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym − syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8, 4-6).

 

Do tych słów psalmu św. Augustyn napisał komentarz: „Bóg nie mógł stworzyć człowieka większym, aniżeli go stworzył, gdyż nie mógł stworzyć drugiego Boga”. Każdy człowiek jest wielki i bezenny w oczach Bożych. Poniżanie drugiego czlowieka jest dziełem z piekła rodem.

 

W drodze do Afryki

 

Pobrali się w 1935 roku. Geoffroy Allen, Anglik, młody inżynier i Maria Luiza Rossi, Włoszka. Wojna rozdzieliła ich niemiłosiernie, gdyż mąż musiał pójść walczyć, a ponadto, niechcący, stali się „politycznymi wrogami”. Pod koniec wojny Geoffroy zawędrował w głąb Afryki, gdzie zamierzał z czasem sprowadzić żonę i syna, Fintana. Dopiero jednak w marcu 1948 roku wyruszyli oni do Afryki holenderskim statkiem „Surabaja”.

Podróż trwała cztery tygodnie, gdyż statek przybijał ku różnym portom, gdzie zostawiał ludzi i towary, zabierając następnych pasażerów. Dwunastoletni Fintan o świcie, kiedy wszyscy jeszcze spali, był już na pokładzie i obserwował wybrzeże Afryki: ziemię o barwach czerwieni i ochry, pianę na podwodnych skałach, wyspy i ogromne plamy rzek wlewających się do morza. Upał za dnia stawał się coraz większy; chłopiec czuł, że Afryka pali jak ogień.

Pewnego razu o świcie Fintan usłyszał dziwny, niepokojący hałas na przednim pokładzie statku. Okazało się, że był to stuk uderzeń w kadłub statku. Otóż cały pokład dziobowy „Surabaja” był zajęty przez siedzących w kucki Murzynów, którzy stukali młotkami w luki, kadłub i wręgi, odbijając rdzę. Hałas niósł się, ogarniał cały statek, rozbrzmiewał coraz potężniej, jak jakaś przykra, męcząca muzyka.

− Mamo, dlaczego oni to robią? − zapytał.

− To biedacy − powiedziała matka – pracują przy odrdzewianiu statku, żeby opłacić podróż swoją i swoich rodzin do następnego portu.

Murzyni wciąż uderzali młotkami i spływali potem, a słońce świeciło oślepiająco…

 

Dwa światy

 

Na pokładzie spacerowym pierwszej klasy, angielscy oficerowie, urzędnicy kolonialni w jasnych mundurach, panie w kapeluszach i woalkach – wszyscy patrzyli na ten tłum stłoczony na pokładzie ładunkowym, na powiewające w słońcu różnobarwne tkaniny. Rozmawiali o innych sprawach. Fintan jednak podrywał się każdego dnia, kiedy się to zaczynało, i nie mógł już oderwać oczu od Murzynów. Mężczyźni jeden za drugim unosili w górę młotki i opuszczali je, bez okrzyku, bez śpiewu; odpowiadały im inne uderzenia na drugim końcu statku, potem jeszcze inne i wkrótce cały kadłub wibrował i drgał jak żywe stworzenie. Czuć było zapach smaru, oleju i kwaśną woń potu. Kobiety, chroniąc się przy pordzewiałych wręgach, kołysały swoje maleństwa. Chłopcy, zupełnie nadzy, bawili się butelkami i puszkami po konserwach. Nikt nie rozmawiał. Nagle zabrzmiał głos śpiewu na dziobie. Głos, same tylko „ah” i „eja-oh”, właściwie nie smutny, cichy głos mężczyzny opartego o kontener, odzianego w poplamione łachmany, o twarzy poznaczonej na czole i policzkach głębokimi bruzdami. Fintan siadł na pokładzie, żeby posłuchać śpiewu mężczyzny w łachmanach. Dzieci nieśmiało przybliżyły się. Nikt się nie odzywał. Niebo pożółkło. Potem zapadła noc, a mężczyzna wciąż śpiewał.

Dom Geoffroya Allena leżał na wzgórzu, wysoko nad rzeką Omerun, w pobliżu miasta Onitszy. Lekko pofałdowana równina wydawała się oceanem suchości. Nic tylko wysoka, rzadka trawa, kaktusy i parowy, pagórki i ciernie. Upalny powiew wysuszył niebo i ziemię, na mule rzecznym utworzyły się zmarszczki, jak na skórze bardzo starego zwierzęcia. Rzeka miała barwę lazurowo-błękitną, ogromne plaże pełne były ptactwa. Po drugiej stronie słychać było wrzask ropuch, cykanie owadów, a nocą, kiedy zamierały wszystkie ludzkie głosy, słychać było cichy, nieregularny warkot bębnów.

Maria Luiza śniła dawniej o Afryce, o wyprawach konno do buszu, o chrapliwym ryku dzikich zwierząt wieczorami, o przepastnych lasach pełnych kwiatów, o ścieżkach wiodących do tajemnicy. Nie myślała, że będzie tak jak teraz – długie i monotonne dni, oczekiwanie na werandzie i miasto z płonącymi od żaru, blaszanymi dachami. Mąż jako urzędnik kompanii handlowych Afryki Zachodniej, spędzał większość czasu na spisywaniu przybywających z Anglii skrzyń mydła, papieru toaletowego, wołowiny w puszkach i mąki. Owszem, były kiedyś i tutaj dzikie zwierzęta, ale, gdy las został wycięty, ustępując miejsca farmom i plantacjom, zwierzęta się stąd wyniosły.

 

Duchowa matka i opiekunka

 

Przez pierwsze lata Maria Luiza czuła się osamotniona, ale kiedy poznała i pokochała miejscową ludność tubylczą, stała się ich duchową matką i opiekunką; stała się po prostu kimś innym. Teraz należała do tego miasta, do tych ludzi. Znała każdą ulicę, każdy dom, znała także ludzi, znała ich imiona. Żony miejscowych angielskich urzędników miały jej to za złe, ale ona, Włoszka, nie potrafiła być sztywna i zdystansowana. Nigdy nie kochała nikogo tak jak tych ludzi. Byli tacy łagodni, mieli świetliste oczy i czyste, pełne wdzięku gesty. Kiedy przechodziła przez miasto dzieci zbliżały się do niej bez onieśmielenia, głaskały po ramionach, kobiety brały ją za rękę, mówiły do niej w tym łagodnym, szemrzącym jak muzyka, języku. Na początku trochę się tego nawet bała, tych oczu tak błyszczących, tych rąk, które ją chwytały i dotykały. Ale teraz nie lękała się już niczego – ani ich, ani ludzkiej krytyki. Starała się być sobą. Służyła tym ludziom z delikatnością i dobrocią, i to jej wystarczało.

Będąc w gościnie u jednego z wyższych urzędników kolonialnych Maria zauważyła dwudziestu Murzynów zakutych w łańcuchy, którzy przechodzili przez ogród, z łopatami na ramionach; słychać było regularny szczęk kajdan za każdym razem, kiedy obręcze na kostkach pociągały łańcuch. Czarna skóra niewolników błyszczała przez łachmany niczym metal. Niektórzy spoglądali w stronę tarasu, twarze ich naznaczone były zmęczeniem i cierpieniem. Maria Luiza nie mogła oderwać oczu od grupy skazańców, którzy na drugim końcu ogrodu zaczynali kopać ziemię. Strażnicy odczepili ich od długiego łańcucha, ale obręcze na kostkach utrudniały im ruchy. Oskardami i łopatami otwierali czerwoną ziemię pod basen kąpielowy dla białego pana.

To było przerażające. Nie było słychać niczego, oprócz uderzeń w stwardniałą ziemię, ciężkiego oddechu skazańców, szczęku kajdanów u nóg. Maria Luiza czuła ucisk w gardle, jakby miała się rozpłakać. Patrzyła na angielskich oficerów siedzących dokoła bielutkiego stołu, szukała wzrokiem swego męża. Nikt jednak nie zwracał na nią uwagi, a żony oficerów dalej jadły i śmiały się. Wtedy zwróciła się z prośbą do gospodarza przyjęcia:

− Proszę pana, ależ trzeba dać im jeść i pić, spójrzcie, ci biedacy są głodni i spragnieni.

Na jedną długą chwilę zapadła pełna zdumienia cisza, twarze wszystkich gości zwróciły się ku niej, zobaczyła, że nawet jej mąż przygląda się jej z osłupieniem. Jego twarz poczerwieniała, kąciki ust opadły, a zaciśnięte ręce leżały bezwładnie na stole. Maria Luiza zrozumiała, jak bardzo nie pasuje do tego wybornego towarzystwa. Strażnicy w mgnieniu oka zabrali więźniów w niewidoczne miejsce, a goście dalej spokojnie prowadzili swoje rozmowy, pili kawę i herbatę i palili kosztowne cygara (zob. J.M.G. Le Clézio, Onitsza, Warszawa 2008).

 

Poważne kłopoty małej Teresy

 

Piętnastoletnia Teresa, po śmierci matki, udała się do miasta w poszukiwaniu pracy. Znalazła zatrudnienie w kuchni u pewnego urzędnika kolonialnego. Wkrótce poznała Charliego, chłopca, który tak jak ona przybył tutaj za pracą. Pochodziła z wioski oddalonej od miasta około trzydzieści kilometrów. Ale stało się coś, co skłoniło ją, by prosić Marię Luizę o pomoc. Toteż nieśmiało zapukała do drzwi jej domu:

− Dobra pani, niech mi pani pomoże. Oczekuję dziecka, a nie jestem nawet zaręczona. Za takie coś, mój ojciec przeklnie mnie i wygoni z domu, jeśli nie zostanie jakoś udobruchany. Proszę, niech pani jedzie z nami i pomoże mi porozmawiać z ojcem.

Maria Luiza wzięła od męża samochód i pojechała na spotkanie z ojcem Teresy. Zatrzymali się przed chatą, która była małą budą składającą się z luźno zestawionych arkuszy falistej blachy i stojącą na piasku jak domek z kart, zbudowany przez dziecko. Ściany na rogach były związane sznurem, a duże kamienie przytrzymywały arkusz blachy, służący jako dach, aby nie uleciał z pierwszym podmuchem wiatru.

Ojciec Teresy zdziwił się na ich widok. Przykucnął przed progiem swej chaty i zapytał czemu zawdzięcza tę wizytę. Był to Murzyn już podstarzały i lekko przygarbiony. Rozmowa była długa i szła opornie. Teresa zauważyła jak wiadomość rozgoryczyła ojca. Po długiej chwili milczenia zaczął mówić innym głosem – głosem smutnym i beznadziejnym. Opowiadał jak starał się o swoją żonę, matkę Teresy. Mówił o długich konkurach, zgodnych ze starymi zwyczajami; opowiadał jak po wymianie licznych podarków i uprzejmości oba klany zgodziły się na małżeństwo; jak wybrano bydło – dziesięć wielkich, dobrze wypasionych sztuk; jak prowadził je do rodu matki Teresy, pędząc ostrożnie, by nie zmęczyły się i nie schudły po drodze.

Mówiąc do dwojga młodych, przypominał im o czasach, kiedy każda czynność miała swój rytuał, swoją treść; wzywał ich do porównania ich niegodnego zachowania z dostojeństwem jego własnych zaślubin, których symbolem było bydło. O bydle tym nie należało myśleć jako o pieniądzach, zwykłej zapłacie za kobietę – o nie! Znaczyło ono o wiele więcej – było oznaką życzliwości, znamieniem związku pomiędzy klanami, rękojmią, że kobieta będzie pod dobrą opieką, stwierdzeniem, że jest ona kimś bardzo cennym. Ojciec patrzył na Charliego i Teresę i zdawał się mówić: „A wy, co? Czym jesteście w porównaniu z tym, czym my byliśmy wtedy?” Na koniec splunął znowu, wstał i wszedł do wnętrza swej ubogiej chaty (zob. D. Lessing, „Lobola”, Mrowisko, Warszawa 2007).

 

Aniołowie święci, od zarania ludzkości, Stwórca powierzył Wam zadanie strzec i chronić człowieka, ponieważ go stworzył ku wieczności i przyozdobił duchowym pięknem na swój „obraz i podobieństwo”. Strzeżcie naszych umysłów i serc, byśmy w blasku tego piękna przeszli ziemskie życie i dotarli do szczęśliwej wieczności. Amen.

 

Ks. Henryk Skoczylas CSMA

 

Artykuł ukazał się w majowo-czerwcowym numerze „Któż jak Bóg” 3-2012. Zapraszamy do lektury!