Chyba wszyscy wiemy co to są stygmaty. Przypomnę zatem tylko pokrótce, że są to rany podobne do tych, które miał na swym ciele Jezus po zdjęciu z krzyża. Pojawiają się one niespodziewanie i często wbrew woli osoby, która je otrzymuje. Co istotne, z reguły (nawet mimo leczenia) rany te się nie goją, ale też nie ulegają infekcjom. Niejednokrotnie również, wydobywa się z nich przyjemny zapach, podobny do zapachu kwiatów. Rany te często obficie krwawią, szczególnie w dniach rozważania Męki Pańskiej, a zanikają dopiero wraz ze śmiercią stygmatyka. Osoby tak szczególnie i wyjątkowo naznaczone przez Boga, stanowią dla innych żywy obraz Męki Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Ale czy zawsze?

 

Gdybym poprosił Was, Drodzy Czytelnicy, o wymienienie trzech najbardziej znanych stygmatyków, to prawdopodobnie wymienilibyście: św. o. Pio, św. Franciszka i być może Teresę Naumann (no, może jeszcze kilka innych osób). Musimy jednak mieć świadomość, iż w dziejach Kościoła doliczono się tych osób 350 (w tym ponad 300 to kobiety). 321 stygmatyków było katolikami, a 70 z nich zostało kanonizowanych przez Kościół . Co istotne, nie odnotowano stygmatów u osób niewierzących.

Stygmatycy, co zrozumiałe, wzbudzają sensację w swoim otoczeniu. Świadkowie ich cierpień często nie potrafią jednak zrozumieć, dlaczego u zwierzchników kościelnych wywołują te zjawiska pewien sceptycyzm i powściągliwość? Czy Kościół aby nie przesadza z tą zbytnią ostrożnością?

 

Kosmiczny biznes

Odpowiedzią na to pytanie niech będzie przypadek współczesnego włoskiego stygmatyka, urodzonego w 1963 roku Giorgio Bongiovanniego. W odróżnieniu od innych stygmatyków, propaguje on wiarę w reinkarnację. Twierdzi nawet, że sam jest reinkarnacją Franciszka, jednego z trójki dzieci, które w 1917 roku widziały w Fatimie Maryję. Wcześniej miał być m.in. Eliaszem i Janem Chrzcicielem.

Wszystko zaczęło się w 1989 roku, kiedy Bongiovanni odbył pielgrzymkę do Fatimy. Miał tam doznać wizji Matki Boskiej. Maryja powierzyła mu wówczas specjalne zadanie: upublicznienie ukrytej rzekomo przez Kościół Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej i ujawnianie prawdy o przybyszach z innych planet. Na znak prawdziwości swej misji, otrzymał tam pierwsze stygmaty.

Bongiovanni zapowiadał wielkie katastrofy, które miały wydarzyć się pod koniec XX wieku. Ogłaszał nawet, że do sierpnia 1991 r. nadejdzie koniec świata, a tylko wybranych uratują anielscy kosmici. Później przekładał to wydarzenie na rok 1993, potem 1996 i… nic z tego nie wyszło. Ze swych fałszywych „proroctw” Bongiovanni wyciągnął jednak wnioski i obecnie, ogłaszając bliskie powtórne przyjście Chrystusa na świat w otoczeniu kosmitów, nie podaje już konkretnej daty tego wydarzenia.

W celu szerszego głoszenia swych rewelacji, wraz z bratem Filipem Giorgio założył magazyn „Non siamo solidar” („Nie jesteś sam”). Ponadto Bongiovanni regularnie wydaje swoje książki, DVD czy CD z nowymi niezwykłymi przesłaniami od „Maryi” i „obcych”. Ot, taki mały „kosmiczny biznes”. Powstały też grupy zwolenników jego nauk (tzw. „Arki”). Dotarły już one do ponad 20 krajów.

W latach 90-tych Bongiovanni odwiedził parę razy Urugwaj, gdzie dwukrotnie otrzymał nowe stygmaty. Zresztą jakoś szczególnie sobie ten kraj w Ameryce Łacińskiej upodobał, gdyż w 2004 roku zamieszkał w nim na stałe. W Urugwaju ma też setki swoich zwolenników, dla których dodatkowo założył stowarzyszenie kulturalne: „Punkt w nieskończoności”.

Giorgio Bongiovanni wykorzystuje stygmaty jako potwierdzenie rzekomej autentyczności swych nauk. Co więcej, nawet swego rodzaju „mistyczne zjawiska” stara się do tego celu wykorzystać. Przykładowo, płacząca krwawymi łzami figura Maryi jest dla niego symbolem Ziemi, która krwawi od eksperymentów jądrowych. Udaje mu się też zobaczyć w różnych miejscach inne „boskie znaki” w postaci rzekomych wizerunków „Jezusa” czy „Maryi”. Widzi je niemal wszędzie: na drzewach, chmurach, pleśni na ścianie, a nawet na pizzy… Zdjęcia tych zjawisk można zobaczyć na jego stronie internetowej.

 

Aniołowie w latających spodkach

Bongiovanni twierdzi, że ma niezwykle bliskie relacje z Maryją. To ona miała mu wyjaśnić mesjanistyczną naturę obcych. W myśl tej wykładni, biblijne anioły to nic innego jak kosmici, doglądający ewolucji człowieka! Przybywają oni z innych układów gwiezdnych i poruszają się dzięki nieznanej nam technologii. W Biblii mają być nawet wzmianki o ich pojazdach, opisanych tam jako „ogniste rydwany” czy „cudowne chmury”. Kiedy Chrystus ponownie przyjdzie na Ziemię, wraz z nim przybędą i kosmici, którzy stanowią jego anielską eskortę. Wówczas też ziemianie będą naocznymi świadkami lądowania milionów statków kosmicznych.

Nasz włoski stygmatyk spod znaku New Age jest przekonany, że wszechświat zamieszkują różne byty, żyjące w różnych wymiarach. Ziemianie są na najniższym, trzecim stopniu kosmicznej ewolucji, gdzie duch musi dokonywać kilkukrotnej inkarnacji. Jej celem jest uzyskanie doświadczenia i koniecznej wiedzy, by stać się przez to człowiekiem – aniołem. Jednak prawdziwi aniołowie to zdaniem Bongiovanniego nie tylko istoty eteryczne. Są to również stworzenia żyjące w innych wymiarach – znacznie bardziej od nas zaawansowane, zarówno pod względem rozwoju naukowego, jak i świadomości. Przybywają na Ziemię, aby pomagać nam w rozwoju i być łącznikami z jeszcze wyższymi wymiarami.

Bongiovanni przekonuje, iż byty z piątego i wyższych wymiarów, nie potrzebują już ciał fizycznych, bo mają ciała astralne złożone z czystej energii. Te pochodzące z kosmosu świetliste istoty w tradycji katolickiej mają być nazywane aniołami i archaniołami. Przy czym nadrzędnym archaniołem, jest Jezus. Co ciekawe, oprócz duchowej istoty zwanej Ojcem (czyli Adonai), na szczycie tej „drabiny wymiarów” stoi niejaki „Omni”. Ma to być kosmiczny duch – odwieczna, twórcza boska inteligencja, która tworzy życie i całe nieskończone uniwersum. Nasz kontrowersyjny stygmatyk identyfikuje ją z „Duchem Świętym”.

Warta wzmianki jest też nauka Bongiovanniego na temat upadłego anioła – Lucyfera. Włoski stygmatyk przyznał, że Lucyfer był niegdyś archaniołem, a jego wina jest obecnie… w trakcie umorzenia. On zaś sam chce teraz zadośćuczynić za to, że nie posłuchał niegdyś Ojca. Biorąc te słowa na serio i widząc tyle zła w otaczającym nas świecie, można by pomyśleć, że pokutujący Lucyfer coś słabo się stara, albo mu jakoś specjalnie nie wychodzi…

 

Krwawy krzyż

W licznych wywiadach i spotkaniach Bongiovanni czasem narzeka, że w zasadzie nie ma życia prywatnego, jednak cieszy go służba Panu i jego aniołom. Jak przekonuje: „W pełni akceptuję cierpienie, którym mnie obdarzył, bo biorę przez to udział w męce Chrystusa”. Istne pomieszanie z poplątaniem mistyki chrześcijańskiej i bajek New Age.

Większość osób, które wcześniej słyszało o Giorgio Bongiovannim, kojarzy go zapewne z dużym krwawiącym stygmatem na czole. Kiedy w 1999 roku przyjechał do Polski (odwiedził wówczas Kraków i Wrocław), we Wrocławiu zapytano go nawet: Co oznacza ta rana w kształcie krzyża na czole? W odpowiedzi zebrani usłyszeli zapewnienie: „Jest to otwarcie oka wewnętrznego oraz znak Chrystusa dla wszystkich. Taki sam krzyż będzie widoczny na niebie przed drugim przyjściem Chrystusa”. Czyli, zdawałoby się, ważny, wyjątkowy wręcz stygmat.

Ostatnio jednak widzimy zdjęcia Bongiovanniego bez tego charakterystycznego „wewnętrznego oka”. Nie uszło to też uwadze dziennikarzy. Zapytany o jego brak, lakonicznie odpowiedział, że od kiedy zajął się dziennikarstwem śledczym (cokolwiek by to nie znaczyło), poprosił Matkę Bożą, by mu ten krzyż z czoła usunęła. Zapewniał, iż nie chciał łączyć swych osobistych doznań ze swoją misją. Trudno mu się zresztą dziwić. Pomyślcie Drodzy Czytelnicy, tyle lat chodzić w czapce lub wystawiać się na zdziwione spojrzenia przechodniów. Każdemu by się to w końcu znudziło…

 

Co o tym wszystkim myśleć?

Giorgio Bongiovanni nie jest jedynym kontrowersyjnym stygmatykiem, było ich w historii więcej. Stali czytelnicy cyklu: „Fałszywe oblicza aniołów” pamiętają zapewne opisywany tu wcześniej przeze mnie przypadek antypapieża – stygmatyka, Grzegorza XVII (por. KJB nr 1/2012). On, na podstawie swoich licznych religijnych wizji, po śmierci Pawła VI w 1978 roku, ogłosił się papieżem. Ogłosił nawet, że będzie ostatnim papieżem i poniesie śmierć męczeńską na krzyżu, w Jerozolimie, około 2015 roku. Proroctwo to skorygowało samo życie – zmarł on bowiem niespodziewanie, dziesięć lat wcześniej (bynajmniej nie na krzyżu). Zdjęcia jego stygmatów i ekstaz do dzisiaj krążą po internecie.

Inny przykład. W okresie międzywojennym podróżował po Europie pewien niemiecki szewc z Waldenbergu (także i on odwiedził w swych podróżach Polskę). Podczas płatnych seansów z jego oczu wypływały krwawe łzy, a na czole pojawiały się ślady po koronie cierniowej. Widzowie, zszokowani tym widokiem, przekonani byli o prawdziwości jego „stygmatów”. Udało się jednak udowodnić mu oszustwo. Rany zadawał sobie sam, nakłuwając sobie kąciki oczu i lekko nacinając czoło nożykiem. Kiedy nie mógł być przed seansem choć przez chwilę sam, do „spektakularnej stygmatyzacji” po prostu nie dochodziło…

Wybitny niemiecki teolog, ks. prof. Karl Rahner SJ (1904 – 1984), napisał kiedyś na temat stygmatyków znamienne słowa: „Stygmatyzacja sama w sobie nie musi być cudem, ponieważ podobne zjawiska o podłożu parapsychologicznym obserwowane są poza właściwą mistyką. (…) Dlatego trzeba bardzo mocno podkreślić, iż stygmaty ani nie należą do istoty świętości, ani nie świadczą o niej. Kościół potwierdza istnienie zjawiska, jednak nigdy nikogo nie kanonizowano, dlatego, że miał rany na rękach i nogach. Każdy taki przypadek bada nie tylko medycyna. Z wielką ostrożnością i uwagą bada go także Kościół”.

Jak to się ma do stygmatów Bongiovanniego i jego nauk o kosmicznych aniołach? Owe poglądy nie są katolickie, a stygmaty co najmniej podejrzane (poza jego solennymi zapewnieniami o rzekomych „wielokrotnych badaniach” stygmatów, trudno gdzieś znaleźć jakieś konkretne, rzetelnie potwierdzone medycznie wyniki). Stare polskie przysłowie powiada: „Nie wszystko złoto, co się świeci…” i na tym poprzestańmy. Czy warto bowiem podejmować rzeczową, biblijną polemikę z argumentami, które można zakwalifikować jako „religijne sciene-fiction”? To już lepiej obejrzeć sobie dla relaksu klasykę gatunku typu: „Gwiezdne wojny” George’a Lucasa, czy „E.T.” Stevena Spielberga. A może kiedyś Bongiovanni połączy wybrane „anielsko–kosmiczno–filmowe” wątki w nowym, zaskakującym scenariuszu o wartkiej akcji? Służę pomocą. Fani literatury s-f czekają.

 

Grzegorz Fels

 

Artykuł ukazał się w marcowo-kwietniowym numerze „Któż jak Bóg” 2-2014. Zapraszamy do lektury!