Pragnę tu, specjalnie dla naszych Czytelników, powtórzyć i zarazem rozwinąć kilka wątków, które nieco wcześniej poruszyłem w „anielskim” dodatku specjalnym do tygodnika „Gazeta Polska” (nr 51-52/2012). Otóż nie jest tajemnicą, że w literaturze zaliczanej do nurtu New Age spotykamy się z wieloma relacjami osób, mających rzekomo kontakt ze swoim Aniołem. Oczywiście jako osoby wierzące nie możemy kategorycznie odrzucić tego typu wydarzeń. Samo Pismo Święte takich sytuacji nie wyklucza, jednak w przypadku New Age ilość i różnorodność takich rzekomych spotkań z Aniołami przybiera wręcz monstrualne rozmiary.

 

Znalazłem kiedyś w sieci dosyć oryginalne „świadectwo” pewnego „miłośnika aniołów”, które doskonale ilustruje do jakich dziwactw można czasem dojść, zbaczając na drogę New Age. Pozwólcie, że pokrótce je tu dla Was omówię.

Otóż pan Andrzej wyznaje na swoim blogu, że przez wiele lat był „przeciętnym polskim katolikiem”, nieuczestniczącym w życiu Kościoła, gdyż ten go „nie pociągał i nie przekonywał do siebie”. Ograniczał się on w tym czasie do sporadycznego uczestnictwa we Mszy św. – głównie z poczucia obowiązku i tradycji. Jego życie zmieniło się, kiedy u znajomych wpadła mu w ręce „anielska literatura” – oczywiście spod znaku New Age (o czym już nie wspomina). Z czasem pan Andrzej trafił też do bioenergoterapeutki, która przybliżyła mu anielską tematykę nieco bliżej, a nawet zdradziła sekret dotyczący możliwości uzyskania pomocy Aniołów w sprawach materialnych. Oczywiście zaczął on ten rytuał praktykować, zauważając z czasem, że niektóre sprawy zaczęły mu się jakoś dziwnie, korzystnie układać. Rozpoczął więc praktykowanie codziennych modlitw do Aniołów, łącząc je z dalekowschodnimi medytacjami. Z czasem dołączył do tych praktyk medytację z anielskimi kartami.

Pan Andrzej pojechał później na „kurs pracy z aniołami ziemskimi” (cokolwiek by to nie znaczyło). Na kursie tym nauczył się jak można pracować z Aniołem Wody, Powietrza i Światła. Pisze dziś, że po skończonym kursie katowicką „wodę” z kranu, po 10 minutach pracy z Aniołem Wody, można było spokojnie wypić.

Nie mogę się tu powstrzymać by od siebie wtrącić, że od urodzenia mieszkam na Górnym Śląsku, dosłownie w sąsiedztwie Katowic i niejednokrotnie zdarzało mi się pić „kranówkę”.  Proszę mi wierzyć – robiłem to bez wcześniejszej pracy z „Aniołem Wody” i zapewniam, że woda była smaczna…

Z czasem pan Andrzej zauważył, że działa z coraz większą siłą – oczywiście „anielską”. Dzięki nowo poznanej technice „ARiMA” zaczął słyszeć tajemnicze głosy. Mógł z nimi rozmawiać, zadawać pytania, dowiadywać o interesujące go tematy. Pierwszą pracą, w której uczestniczył razem z tajemniczymi Nauczycielami i m.in. „Aniołem Wody” było (uwaga!) oczyszczanie… Morza Bałtyckiego!

Pan Andrzej z pełną powagą pisze, iż: „Anioł Wody był tak wielki jak całe Morze Bałtyckie. Wypełnił je sobą i rozpoczął proces jego oczyszczania. Od tego czasu wielokrotnie wykonujemy wspólne prace z wieloma zastępami aniołów”.

Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać by nieco ironicznie nie zapytać: Ciekawe czy nasz Główny Inspektorat Sanitarny wie o tym niezwykłym wyczynie anielskiego oczyszczenia Bałtyku? Chyba nie, bo co roku publikuje spis zamkniętych bałtyckich kąpielisk… A może należałoby nasz Bałtyk czyścić codziennie? Trzeba by może z Tatr sprowadzić do pomocy Uriela (z wyjątkiem wtorków oczywiście, kiedy w górach ma dyżur). Zostawiam to już jednak do przemyślenia panu Andrzejowi i innym zwolennikom New Age oraz literatury s-f.

 

Jak przywołać Anioła?

Gdyby anielskie karty czy inne „specjalistyczne” gadżety oferowane przez potężną sieć marketingową New Age nie pomogły, zwolennicy tej filozofii proponują jeszcze inne sposoby dotarcia do Aniołów. Anioły mają być bowiem istotami „o wysokiej wibracji”. One zawsze komunikują się z nami, ale my nie zawsze jesteśmy w stanie odebrać ich sygnały. Przeszkadza nam w tym „gęste pole energetyczne”, które nie pozwala na odbieranie delikatnej, „zwiewnej” materii anielskich komunikatów. Pytacie co robić? Nic prostszego – wystarczy podwyższyć swoją wibrację, na co ma być wiele sposobów. Jednak kwestia ich skuteczności – jak przekonują „anielscy specjaliści z New Age” – jest już sprawą indywidualną. Swoją „wibrację” możemy podwyższyć m.in. przez medytację, relaksację (pomocne mogą tu być kadzidełka), kontakt z naturą, unikanie negatywnych sytuacji, zdrową dietę (w kontakcie z Aniołami szczególnie ma pomagać dieta wegetariańska).

Banalne? Są też bardziej zaawansowane metody jak oczyszczanie czakr (najlepiej podczas specjalnego kursu), czytanie książek o tematyce anielskiej, rysowanie dla Aniołów, odwiedzanie „miejsc mocy” (w Polsce jest to np. Wawel, a najlepiej pojechać tam z „nauczycielem duchowym”). Jeśli nadal niczego nie doświadczymy to chyba najlepszym rozwiązaniem będzie zapisanie się na jakiś „kurs anielski” lub „kurs rozwoju duchowego”. Oferty tych kursów znajdziemy zarówno w internecie jak i w licznych pismach zaliczanych do nurtu New Age. Czasem ma nawet wystarczyć zaledwie jednodniowy kurs praktyczny.

Kiedyś odbył się taki w Lublinie i nosił tytuł: „Jak przyciągać Anioły”. Reklama głosiła, iż w cenie 195 zł. „Uczestnicy będą mieli okazję nawiązać kontakt ze swoim Aniołem Stróżem, innymi Aniołami i Archaniołami. Dowiedzą się też, w jaki sposób skutecznie prosić Anioły o pomoc w różnych życiowych sprawach”. No, no… Żeby za niecałe dwie stówki pogadać ze swoim Aniołem? O. Pio i inni święci rozmawiali kiedyś za darmo… Ale żyjemy przecież w XXI wieku – płacisz to masz! Pozostaje tylko kwestią otwartą czy aby oferowany „duchowy towar” nie był czasem trefny?

Swoje ugruntowane zdanie na opisywane tu przeze mnie zjawiska z podwórka New Age, mają również księża egzorcyści . Zdecydowanie przestrzegają oni przed wchodzeniem w podejrzane duchowo „rewiry New Age”, gdyż zaczynając od ciekawości, finalnie sami możemy stać się „duchowymi ofiarami”. Być może, że dzięki jakimś reklamowanym przez pisma New Age, niekonwencjonalnym metodom leczenia, odzyskamy zdrowie. Może też po zaliczonym kursie przywołamy ostatecznie „swego Anioła” (bynajmniej nie światłości), jednak pamiętać musimy, że szatan istnieje, działa i nigdy nie daje nic za darmo! Tak przekonywał mnie kiedyś zmarły tragicznie ks. dr Marek Drogosz, pierwszy egzorcysta w historii archidiecezji katowickiej. On sam niejednokrotnie spotkał się w swej posłudze egzorcyzmu z ofiarami różnorakich talizmanów, wróżek czy energoterapeutów spod znaku New Age. Wiedział zatem co mówi, a ja mu wierzę.

 

Grzegorz Fels

 

Artykuł ukazał się w archiwalnym numerze Któż jak Bóg 3/2013. Zapraszamy do lektury!