Od dłuższego czasu chodził za mną fragment z Apokalipsy, który wspomina o tym, że każdy z nas otrzyma biały kamyk od Jezusa, na którym wypisane będzie nasze prawdziwe imię, które zna tylko Bóg (zob. Ap 2,17). Chciałem poznać to imię, bo przecież każdy chce wiedzieć jak się nazywa. Moje wyczekiwanie podgrzał jeszcze dodatkowo śp. ks. Pawlukiewicz, który w jednej z homilii wspomniał o imieniu, które każdy z nas ma ukryte w sercu Boga. Postawiłem sprawę twardo i wysłałem do Boga jasny modlitewny komunikat: „Chcę poznać moje imię!”. Bóg nie pozostał mi dłużny.

Jeszcze tego samego dnia odnalazłem pomiędzy książkami stary kalendarz, który służył mi jako zeszyt do zapisków duchowych w nowicjacie michalickim (zob. Zgromadzenie Świętego Michała Archanioła). Przeglądałem go z zapartym tchem. Ileż tam było Bożego światła, pobożności i naiwności duchowej zarazem. Z politowaniem czytałem niektóre wpisy. Inne natomiast pokazywały mi, że to Bóg nadawał kierunek mojemu życiu duchowemu.

Nagle natrafiłem na wpis z 13 sierpnia 2007 roku. Na całej stronie napisane było wielkimi literami: „MASZ NA IMIĘ NEMO!”. W pierwszym momencie pomyślałem o pomarańczowej rybce, która nosiła to zabawne imię, ale po chwili zastanowienia odkryłem, że moja prośba o wyjawienie imienia została spełniona. Doznałem olśnienia i głęboko w duszy zrozumiałem kim jestem, bo przecież właśnie odkryłem swoje prawdziwe imię. Na marginesie wspomnę, że nie pamiętam, jak doszło do napisania tych słów w kalendarzu, ale pismo ewidentnie zdradza mnie jako autora.

Na całej stronie napisane było wielkimi literami: „MASZ NA IMIĘ NEMO!”.

Zatopiony w rozmyślaniu najpierw w pamięci przypominałem sobie, dlaczego akurat „Nemo” ma być moim imieniem. Znałem to imię głównie z twórczości Juliusa Verne’a. Książka Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi była jedną z tych, które jako chłopak czytałem do poduszki. Główny bohater, kapitan Nemo był wysoki, miał niebieskie oczy i bladą cerę. W powieści trudno określić jego wiek, ale to zapewne mężczyzna po trzydziestce. Był człowiekiem spokojnym i łagodnym. Wszystko zatem wskazywało, że nawet zewnętrznie podobny byłem do dowódcy okrętu podwodnego Nautilius. Czyżby Bóg chciał sobie ze mnie zażartować?

Czyżby Bóg chciał sobie ze mnie zażartować?

Jednak po chwili zrozumiałem, ze nie o kapitana Nemo tutaj chodzi, ale o samo imię. Jestem „Nemo” to znaczy, że jestem „nikim” (łac. nemo = pol. nikt). Wbrew pozorom nie jest to przejaw mojego głębokiego kryzysu poczucia własnej wartości, ale „najprawdziwsza prawda” o mnie w relacji z Bogiem. To, że jestem „nikim” stawia mnie we właściwej pozycji względem Boga. Przy nim mogę, chcę i jestem nikim i nie dzieje mi się z tego powodu żadna krzywda. Jestem nikim, bo nie mam nawet samego siebie, a wszystko co nazywam swoim należy do Niego. Jestem nikim, bo kocham Go jak nicość. Tylko Jego miłość jest czymś, bo tylko On jest „Kimś”. Moje istnienie w porównaniu do Jego istnienia jest tylko bladym cieniem – namiastką egzystencji.

Jestem „Nemo” to znaczy, że jestem „nikim”

Wiem, że może zaczynam wchodzić w poetyckie obrazy, ale też nie do końca potrafię opisać zjawisko, którego doświadczyłem. „Jestem, który jestem” powiedział mi, że ja „nie jestem, którego nie ma”. Ucieszyłem się z takiego przebiegu spraw. Od dziś moje imię to Nemo. Nic więcej, ani mniej.  Nie chcę odczytywać tego jako wielką mistykę. Do tej jest mi bardzo daleko, ale chciałbym podzielić się doświadczeniem Bożego humoru, który zbliżył mnie do Prawdy i jednocześnie uświadomił mi kim naprawdę jestem.

ks. Mateusz Szerszeń CSMA