Wściekło się chyba z tym deszczem! Leje, jakby to właśnie dzisiaj miała być powtórka potopu sprzed tysięcy lat, a na mojej nowej walizce zaraz zalęgną się żaby.

 

Przedzierając się przez deszczowy wodospad nareszcie ląduję w Kaplicy Jezusa Miłosiernego. Po Mszy św. odprawionej pod Jego bacznym spojrzeniem ruszamy w drogę. Celem jest Monte Sant’Angelo i odpust u św. Michała Archanioła.

 

Laverna

Jedziemy serpentynami (Dlaczego wciąż mnie to dziwi!? W końcu to stanowi o uroku włoskiej ziemi.). Autokar ledwo wciska się w wąskie uliczki między leśną gęstwiną. Przyroda zdaje się bronić dostępu do pamiątek po człowieku, który starał się kochać wszelkie stworzenie, na którym spoczęło jego spojrzenie.

Docieramy na szczyt. Zimno, zaczyna się mżawka, idziemy powoli pod górę. Nawet ptaki przestały śpiewać, przyglądając się ciekawie ludziom tropiącym ślady ich Przyjaciela – św. Franciszka.

On tędy chodził, wolno przemierzał leśne ostępy, wspinając się krok po kroku i kontemplując Boga, który jest Miłością. Patrzę na jaskinię, w której spał i na miejsce, gdzie ugodziły go stygmaty.

Nawet myśli zatrzymały swój bieg. Tutaj nie trzeba starać się zrozumieć, trzeba wchłonąć zawołanie św. Franciszka: Pokój i Dobro…

 

Święte schody. Rzym

Jak leniwie płynąca rzeka ludzkich boleści, idą na kolanach ludzie z wielu narodów.

Szerokie stopnie zostawiają swój bolesny ślad na kolanach pielgrzymów, przychodzących błagać i ofiarować tutaj swój ból.

Czasem ktoś się zachwieje i czasem pojawi się nadzieja na uścisk Boga w udrękach życia codziennego.

Ta droga, stopień po stopniu, jest coraz trudniejsza. Jak w życiu. Jest jednak nadzieja, bo jest Ktoś, kto czeka na jej końcu.

 

Pompeje

Małe, urocze miasteczko. Całe tonie w słońcu.

Mam nadzieję, że Wezuwiusz akurat dzisiaj nie wybuchnie… Kłusujemy wręcz na Mszę św. Mieliśmy być sporo wcześniej, ale zaklinowaliśmy się w jednej z uliczek. Za nami korek, przed nami korek, a my jak klin między ulicą a mostkiem.

Rezygnuję z wejścia na wykopaliska na rzecz spokojnego pobytu w Bazylice. Ufff… Nareszcie mogę spokojnie odetchnąć bez konieczności wybierania między skorzystaniem z toalety, modlitwą i ewentualnym kupnem pamiątek. Wpatruję się w spokojne oblicze Pani Różańcowej i cokolwiek pospiesznie odmawiam Różaniec. Wiele intencji snuje mi się po sercu, a Matka patrzy i słucha…

 

Nareszcie Gargano

Pogoda zmienna jak w kalejdoskopie. Z tropikalnych wręcz, neapolitańskich upałów wpadamy w strumienie rwących potoków deszczówki na ulicach anielskiego miasteczka Monte Sant’Angelo. Dobrze, że idę w sandałach, bo woda po prostu przez nie przepływa. Aczkolwiek momentami czuję się jak… kaczka, człapiąc krok za krokiem i z głośnymi plaśnięciami odrywając podeszwy od kamieni .

Jesteśmy już w Grocie Objawień. Paruję. Wydaje mi się, że z moich mokrych ubrań wydobywa się mgiełka pary. Parują ubrania i paruje dusza, chcąc naraz wypowiedzieć wszystko to, co wiozłam przez tyle kilometrów. Ze zmęczenia nie mogę zebrać myśli. Patrzę na figurę św. Michała Archanioła i wiem, że On to wszystko wie, więc mogę już spokojnie, modlitewnie… parować J.

 

 

29.09.2017 r.

Dziś u św. Michała Archanioła odpust. Już nie leje, tylko… WALI wodą jak z wodospadu! Świata nie widać, a do kompletu „wrażeń i emocji” zaczyna melodyjnie rąbać piorunami. No cóż, jak odpust to odpust, z wielkim hukiem!

Wszędzie sporo ludzi. Podobno co roku są tutaj ogromne tłumy, ale pogoda wystraszyła wielu pielgrzymów. W każdym razie my jesteśmy.

Po mszy świętej przyjmuję szkaplerz. Teraz mogę już spokojnie czekać na ciąg dalszy uroczystości.

Po godzinie oczekiwania zjawia się biskup. Podchodzi do figury św. Michała Archanioła, otwiera szybę i… odbiera św. Michałowi miecz, który następnie kładzie na poduszce i niesie przed procesyjną figurą św. Michała.

Krętymi, stromymi schodami podążam w górę za figurą wraz z innymi, przygotowana psychicznie na świat skąpany w wodzie. Nie wierzę własnym oczom: słońce aż razi w oczy!

Nagle rozlegają się trzy salwy, które o mało nie sprawiają, że spadam ze schodów!

Huk przetoczył się po podziemiach a ON wyruszył. Na drodze przemykają dzieci, ubrane niczym miniaturki maleńkich Michałków. Procesja trwa chyba ze 3 godziny. Św. Michał przechodzi każdą ulicą i uliczką „swojego” miasta, jakby sprawdzał „co tu słychać” J… Widzę tęczę, niebo stało się niebieskie jak droga do raju… Później są fajerwerki, orkiestra i przepiękne iluminacje. Salwy kończą wędrówkę św. Michała po Jego mieście. Nadeszła noc.

 

Cascia

To tutaj odwiedzamy św. Ritę.

Kręta droga zawija się w górę niczym gigantyczny ślimak. Zaczyna mnie już mdlić, ale na szczęście dojeżdżamy.

Teraz jeszcze tylko ruchome schody w górę, rundka windą i jesteśmy u św. Rity, odpoczywającej w szklanej trumnie. Po wyjściu z kościoła kierujemy się do kaplicy i niespodziewanie dla siebie staję „oko w oko” z… Cudem Eucharystycznym. Wpatruję się w ten znak obecności Boga w Eucharystii. Wizerunek mężczyzny z profilu. Mam wrażenie, jakby krew, którą cudownie „wymalowano” ten wizerunek, pomieszana była ze łzami. Czyżbyś zapłakał Panie nad naszą niewiarą? Nie mogłam tego po prostu obejrzeć, odwrócić się i odejść. Tam trzeba było upaść na kolana i oddać Bogu hołd za to, że dał się człowiekowi uwięzić w tabernakulum, narażając się na oziębłość i obojętność tych, za których oddał życie. Także i za mnie…

Do dzisiaj mam często przed oczami ten cud, który poraził mnie swoją głębią.

 

Muśnięcie Bożym uśmiechem

Czasami jest mi dane na jakiejś pielgrzymce odczuć coś, co można nazwać muśnięciem uśmiechem Boga. Czasami trwa to bardzo długo, zanim do mnie dotrze, a czasami uderza to we mnie niczym młot pneumatyczny, nagle i z wielkim hukiem… Jak pneumatyczny młot Pana Boga.

Pojechałam na odpust do świętego Michała Archanioła. Było tyle wrażeń związanych z tym wydarzeniem, ale, gdy nadeszła odpowiednia pora, Książę Aniołów odsunął się w cień, aby pokazać mi Oblicze Boga właśnie w tym konkretnym Cudzie Eucharystycznym.

No bo w końcu któż jak Bóg? J

 

Małgorzata Dybeł

 

Powyższe świadectwo nagrodzone zostało w konkursie: „Co zawdzięczam św. Michałowi Archaniołowi?”. Gratulujemy!

 

 

Artykuł ukazał się w lipcowo-sierpniowym numerze „Któż jak Bóg” 4-2019. Zapraszamy do lektury!