Mamy w Kościele problem. Wbrew temu, co mówi się na religii w szkołach, czy na kazaniach w kościołach, i wbrew temu, co pisze się w emocjonalnie pobożnych tekstach, wbrew słodziutkim obrazkom okraszonym błyszczącymi serduszkami Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg-Człowiek, nie był potulnym barankiem, miłym dla ludzi i łagodnym, zawsze gotowym do przytulania.

 

Jest to co najwyżej pół (żeby nie powiedzieć, że ćwierć) prawdy o Synu Bożym, a w religii tak już się sprawy mają, że wyrwana ze skarbca wierzeń półprawda, którą się absolutyzuje i która unieważnia wszystkie inne, jest niczym innym jak herezją godną wyłącznie potępienia. Jeżeli, drogi czytelniku, na dźwięk słowa „herezja” skrzywiłeś usta, bo poczułeś, że to za mocne słowo, że może kogoś zranić, że powinno ono raczej trafić na indeks słów zakazanych, to jest to właśnie reakcja, którą mam na myśli, gdy mówię, że mamy w Kościele problem.

 

Chrystus nie był „miły”

Kiedy zajrzymy do Nowego Testamentu, możemy się zdziwić, jak często Chrystus był daleki od uśmiechniętego Jezusa popkultury. W Ewangelii według św. Mateusza zapowiedział, że nie przyniósł pokoju, ale miecz (10,34). Potem groził całym miastom, że jeżeli się nie nawrócą, to spotka je los gorszy niż Sodomę (11,20–24). Faryzeuszy porównywał do roślin, które będą wyrwane (15,12), a później nazywał ich obłudnikami i pełnymi nieprawości (23,27). Chrystus uwierał ich tak bardzo, że chcieli Go zamordować. Czy nie mógł po prostu być dla nich miły i łagodny?

Gdy podeszła do Niego kobieta z Kanaanu, prosząc o przepędzenie złego ducha, który dręczył jej córkę, Chrystus najpierw ją zignorował, a potem cały jej naród porównał do psów (15,21–28). W innej, podobnej sytuacji, gdy pojawił się ojciec, prosząc o zdrowie dla syna, Chrystus nazwał ich „plemieniem niewiernych i przewrotnych” (17,14–21). Piotra, pierwszego papieża, nazwał z kolei szatanem i zwadą, bo ten nie myślał w sposób Boży (16,23). Jak byśmy zareagowali na takie słowa w ustach któregoś z naszych księży?

A teraz wyobraźmy sobie kapłana, który wpada w szał i biczem wygania ludzi z kościoła, tak jak zrobił Chrystus z kupcami w świątyni (21,12–13). Nawet jeżeli zrobiłby tak ze słusznych powodów, to na wielu portalach internetowych wypisywano by komentarze: „Jaki obraz Boga przedstawia taki ksiądz?”, „Czy naprawdę można kogokolwiek nawrócić używając przemocy?”, „Gdzie jest miłosierdzie, którego nauczał Chrystus?”, „Ludzi trzeba kochać, a nie nimi pomiatać”.

Myślę, że jednak warto zrewidować pogląd – jeżeli ktoś taki ma – o absolutnie łagodnym i przyjaznym Jezusie, który nigdy nie podnosi głosu i nigdy się nie gniewa, bo jest to zwyczajnie nieprawda.

 

Miłosierdzie i sprawiedliwość

W przekazie religijnym płynącym z Kościoła zbyt często zapominamy, że Bóg jest nie tylko miłosierny, lecz także sprawiedliwy. Ponadto Bóg jest niezłożony, a to oznacza, że jest jednocześnie i miłosierny, i sprawiedliwy. Nam jest to sobie trudno wyobrazić, dlatego lubimy dzielić Jezusa Chrystusa na dwie postaci: miłosiernego Przyjaciela i sprawiedliwego Pana. Szkoda tylko, że tego drugiego odsuwamy trochę w cień, jakby się Go wstydząc lub nie wiedząc, co właściwie mielibyśmy z Nim zrobić.

Tę nierozłączność miłosierdzia i sprawiedliwości doskonale wyraził Vladimir Volkoff w jednym z opowiadań z tomu zatytułowanego „Kroniki anielskie”. Aniołowie Af i Kacef zostali wysłani z misją uratowania Lota i jego rodziny, gdy Bóg postanowił zniszczyć Sodomę. W pewnym momencie Lot zapytał przybyszów, co przynoszą. Af odparł: „Gniew Boży”, a Kacef dodał: „Boże współczucie”. Af zaś dopowiedział: „Kiedyż wreszcie ludzie pojmą, że to jedno i to samo?”.

Święty Tomasz z Akwinu napisał, że „Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem. Miłosierdzie bez sprawiedliwości jest matką wszelkiego rozpadu”. Jeżeli ktoś ma wrażenie, że z Kościołem dzieje się coś niedobrego, to może właśnie tu jest przyczyna. W dzisiejszych czasach wiele osób próbuje być bardziej miłosiernymi, niż był Jezus Chrystus, przez co rozmywa się Ewangelię, a sól traci swój smak. Choćby nie wiem co się działo, boimy się walnąć pięścią w stół, ostrzej zareagować czy nazwać rzeczy po imieniu.

Arcybiskup Fulton Sheen napisał, że „jeśli głosisz Ewangelię i nikogo ona nie oburza, to znaczy, że coś robisz nie tak”. Dlaczego więc za wszelką cenę próbujemy głosić ją tak, by nie daj Boże kogoś nie oburzyła? Dlaczego otaczamy kultem czyjeś uczucia i samopoczucie, robiąc sobie z nich złote bożki i nie chcąc ich zaburzać, bo jeszcze ktoś się obrazi i nie przyjdzie do kościoła? A może właśnie taki szok jest komuś potrzebny, bo przychodził tam z niewłaściwego powodu. Chrystus głosił Ewangelię i oburzał Nią ludzi wokół, a ja mam być świętszy od Niego i głosić skuteczniej, tak że nie będę nią oburzać?

Jak pokazuje Pismo Święte, Jezus Chrystus mówił rzeczy niewygodne, nieprzyjemne i kontrowersyjne dla ówczesnych (choć i dla nas, jak widać, również takimi mogą one być). Dlaczego nikt nie troszczył się o uczucia faryzeuszy, handlarzy ze świątyni czy Kananejczyków porównanych do psów? Być może dlatego, że są ważniejsze rzeczy niż czyjeś uczucia i czasem warto kimś wstrząsnąć mocnymi słowami – dla jego własnego dobra.

Z reguły siebie i innych pacyfikujemy Ewangelią według św. Mateusza: „Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (5,39). Niewielu jednak zadaje sobie trud, by sprawdzić, co zrobił sam Jezus Chrystus, gdy został uderzony w twarz podczas zeznawania przed Annaszem (J 18,19–24). Czy nadstawił drugi policzek? Bynajmniej! Po otrzymaniu ciosu stwierdził: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?”. Nakaz nadstawiania drugiego policzka nie oznacza więc tchórzliwej bierności i zezwolenia na pomiatanie sobą. Można zareagować ostrzej, pójść na konfrontację, tak jak zrobił Chrystus. Miłosierdzie wobec drugiego człowieka przejawia się tu w sprawiedliwości.

 

Sprawiedliwość to nie moje widzimisię

Zanim jednak czytelnicy tego tekstu rozbiegną się po świecie, by naśladować sprawiedliwego Chrystusa, smagając biczem i waląc prawdą między oczy, należałoby uczynić ważne zastrzeżenie: To nie jest zachęta dla awanturników, by wszczynać święte zadymy według własnego uznania.

Trzeba pamiętać, że zanim Chrystus zaczął nauczać, niewyobrażalnie wręcz się uniżył: wszechmocny Bóg narodził się jako dziecko, dorastał, uczył się, zdany na łaskę i niełaskę ludzi. Trzydzieści lat spędził, robiąc to, co robili szarzy ludzie, nie ujawniając się ani nie afiszując. Był jednym z nas, dzielił nasz los. Podobnie i człowiek, aby móc korzystać z mocy, musi najpierw uznać swoją małość i przyjąć, że wszystko zależy od Boga i że to On tu wydaje rozkazy. Trzeba wymodlić sobie siłę i w pewnym sensie prawo do mocniejszego działania. A to jest wieloletni i niełatwy proces. Warto również dodać, że po wszystkich wybuchach złości i gniewnych słowach Chrystus uniżył się jeszcze bardziej – najbardziej, jak tylko może uniżyć się człowiek, to znaczy oddał życie za innych, także za tych, których krytykował i smagał biczem.

Morał z tej opowieści jest więc taki, że najpierw przez trzydzieści lat (może mniej, może więcej – to zależy od człowieka) należy ćwiczyć się w pokorze, a potem być gotowym oddać życie za innych ludzi. Jeżeli ktoś nie ma zamiaru po Bożemu oddać życia za drugą osobę, to niech odpuści sobie wpadanie z jej powodu w Boży gniew. Nie ulega jednak wątpliwości, że w świetle Ewangelii są momenty, kiedy miłosierdzie musi się przejawić w sprawiedliwości, i że to czasem może zaboleć.

 

Tomasz Powyszyński

 

Artykuł ukazał się w marcowo-kwietniowym numerze „Któż jak Bóg” 2-2018. Zapraszamy do lektury!