Czy osoba świecka ma prawo upomnieć księdza?

Takie pytanie zadała mi kiedyś pewna znajoma ze wspólnoty muminkowej. Dziwiło mnie, że w ogóle ma w tej kwestii wątpliwości. Jest to, jak mniemam, konsekwencja zakorzenionego gdzieś w podświadomości przeświadczenia, że ksiądz, z racji swego powołania, to ktoś ponad nami, ktoś bliższy Bogu, a więc, z definicji, ktoś bardziej święty.

Niektórzy, przyjmując do wiadomości ten oczywisty fakt, że ksiądz również popełnia grzechy, uważają zarazem, iż „zwykłemu” świeckiemu „jakoś nie wypada” zwracać kapłanowi uwagę, bo byłoby to niestosowne, a nawet mogłoby być odebrane jako atak na Kościół. Nic bardziej błędnego!

Kościół to nie tylko księża

Słowo „Kościół” oznacza dla wielu chrześcijan budynek bądź biskupów i kapłanów – hierarchię. Traktują oni Kościół jako rzeczywistość „zewnętrzną” w stosunku do nich samych. Kościół to „oni”, ale nie „ja”. Ludzie, słysząc w radiu lub telewizji, że Kościół w Polsce powinien coś w jakiejś sprawie zrobić, spontanicznie zakładają, że adresatami owego postulatu są biskupi oraz księża.

Tymczasem Kościół to nie instytucja złożona z papieża, biskupów i księży, ale mistyczne Ciało Chrystusa, którego członkami są wszyscy wierni. To my jesteśmy Kościołem. To my go budujemy. To my jesteśmy jego częścią. Każdy bez wyjątku! Myśląc zatem o istocie Kościoła, rozmyślamy o nas samych: o tym, kim jesteśmy i jak powinniśmy postępować.

Kościół (święty świętością Boga) jest wspólnotą grzesznych ludzi zjednoczonych z Jezusem Chrystusem. Jest Jego Mistycznym Ciałem i świątynią Ducha Świętego. Ochrzczeni, zjednoczeni z Chrystusem Arcykapłanem, Prorokiem i Pasterzem, są – według św. Piotra – ludem świętym i królewskim kapłaństwem (por. 1 P 2,9), pomimo swej osobistej grzeszności. Wcieleni przez chrzest w Chrystusa i ustanowieni jako Lud Boży, jesteśmy uczestnikami kapłańskiej, prorockiej i królewskiej misji Chrystusa (por. Lumen gentium, nr 31). Nie dotyczy to jedynie tak zwanego kapłaństwa hierarchicznego (które słuszniej należałoby nazwać kapłaństwem służebnym). Świeccy nie są tylko odbiorcami nauczania, są współodpowiedzialni za Kościół.

„Kto Was słucha mnie słucha”

Znałem kiedyś księdza, z którym spierałem się w pewnych kwestiach (dla uściślenia dodam, że w ogóle niezwiązanych ani z wiarą, ani z moralnością, ale ponieważ był to konflikt natury osobistej, nie będę wyjaśniał, o co chodziło). W pewnym momencie zacytował on słowa Jezusa, skierowane do apostołów i ich następców: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). Uważał to za argument, że racja jest po jego stronie.

Oczywiście ksiądz ten dokonał w tamtym momencie bardzo nieuczciwego intelektualnie nadużycia, ponieważ słowa te odnoszą się do Magisterium Kościoła, czyli władzy autorytatywnego nauczania prawd wiary, sprawowanej przez kolegium biskupów z papieżem jako głową oraz indywidualnie przez biskupów pozostających w łączności z kolegium. Poza tym kontekstem każdy biskup, łącznie z biskupem Rzymu, jest omylny.

Papież posiada wyjątkowy charyzmat nieomylności jedynie, kiedy przemawia ex cathedra, tzn. kiedy jako następca św. Piotra podnosi jakąś prawdę do rangi obowiązującego wszystkich wiernych dogmatu. Prywatnie natomiast może się mylić w wielu kwestiach, pewnych rzeczy może kompletnie nie rozumieć, może mieć błędną ocenę sytuacji, subiektywne uprzedzenia, brak wiedzy itp. Wielu świętych popełniło wiele błędów. A skoro jakiś ksiądz myli się lub postępuje niesłusznie, w niektórych przypadkach nie tylko można, ale wręcz trzeba zwrócić mu uwagę.

Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata” (Mt 18, 15). Jezus nakazuje nam upominać tych, którzy grzeszą, co jest obowiązkiem płynącym z miłości. Tym bardziej kapłan, który postępuje źle, powinien o tym usłyszeć. Nie chodzi tu o krytykanctwo czy złośliwe wytykanie błędów, ale o troskę i poczucie odpowiedzialności.

W sprawach moralności jest to w miarę zrozumiałe, ale czy dotyczy także kwestii związanych z zarządzaniem parafią? Oczywiście to proboszcz organizuje życie parafialne, animuje grupy duszpasterskie i dba o całokształt. On podejmuje decyzje i do niego należy ostatnie słowo. Znam naprawdę wspaniałych księży, a proboszcz parafii, do której należę, jest dla mnie wzorcowym przykładem tego, jakim należy być proboszczem. Nie mam wątpliwości, że to, jak wygląda parafia, czy rozwija się duchowo i wydaje owoce, czy też jest martwa, zależy w największym stopniu od kapłana, którego biskup wyznaczył na pasterza danej wspólnoty. Ale parafia nie jest po prostu zbiorem bezwolnych owieczek. Parafia to wspólnota wiernych, którzy także powinni mieć coś do powiedzenia, bo kościół parafialny jest ich wspólnym domem; miejscem, w którym każdy ma prawo czuć się „u siebie”.

O księdzu, który postąpił niewłaściwie

Chciałbym tu opowiedzieć pewną historię. Obecnie mieszkam w Lublinie, ale pochodzę z małej, wiejskiej parafii na Mazowszu. Tam spędziłem dzieciństwo i tam chodziłem na niedzielne mszę święte do drewnianego kościoła, który ma swój niepowtarzalny klimat. Kilka lat temu moja mama, po prawie półrocznym pobycie w Lublinie, podczas którego pomagała nam w opiece nad małą córeczką, powróciła do swej rodzinnej wsi i zauważyła, że nowy ksiądz proboszcz wprowadził w kościele parafialnym pewną zmianę.

Odkąd mama sięgała pamięcią, był w świątyni zabytkowy XVII-wieczny ołtarz główny z obrazem Ukrzyżowanego Chrystusa w centrum oraz lewy ołtarz w prezbiterium z obrazem Serca Pana Jezusa i prawy z obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Moja mama lubiła podczas modlitwy spoglądać na obraz Serca Jezusowego. Miała do niego szczególny sentyment, ponieważ uważała, że właśnie przed nim wymodliła dla mnie życie, gdy w wieku 6 lat byłem bliski śmierci. I teraz okazało się nagle, że obraz ten zniknął z bocznego ołtarza, a jego miejsce zajął portret… św. Jana Pawła II z kościołem parafialnym w tle. Zmiana ta bardzo ją poruszyła.

W końcu mama zdołała ustalić, że obraz Serca Jezusa powieszony został gdzieś z boku pod chórem. Postanowiła powiedzieć proboszczowi, że postąpił niewłaściwie, usuwając z ołtarza obraz Jezusa Chrystusa i zastępując go obrazem człowieka. Bo – przy całym wielkim szacunku dla świętego Jana Pawła II – był on przecież tylko człowiekiem. Zaskoczony ksiądz nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. Tłumaczył, że jakiś człowiek podarował namalowany przez siebie portret papieża jako dar wotywny za łaskę nawrócenia, a on pomyślał sobie, że ładnie by to wyglądało, gdyby go wyeksponować i właściwie tak spontanicznie, bez głębszego zastanowienia, zrealizował swój plan. Mama odparła, że nawet jeśli obraz był darem wotywnym, nie powinien znaleźć się na ołtarzu, kosztem „eksmitowania” Jezusa, bo czyn taki jest właściwie bluźnierstwem. Potem miała wyrzuty sumienia, że mówiła tak ostro do osoby duchownej, której z racji sprawowanego urzędu należy się szacunek. Zwłaszcza, że kiedy moja mama była młodą dziewczyną, istniał jeszcze zwyczaj całowania księży w rękę.

Jakiś czas później moja mama poszła do parafialnej kancelarii, aby zamówić mszę, wypadała bowiem rocznica śmierci mojego taty. Ksiądz proboszcz rozpoznał ją od razu i wyglądał na mocno strapionego. Wyznał, że przemyślał to wszystko i zrozumiał, że postąpił niewłaściwie. Bardzo go to męczyło, miał ogromne wyrzuty sumienia i dziękował mojej mamie za to, że otworzyła mu oczy. „Skoro tak, to dlaczego ksiądz nie przeniesie tego obrazu z powrotem do ołtarza?” – spytała moja mama, a proboszcz po bardzo długiej chwili milczenia wyjawił, że na własną rękę… przyciął obraz Serca Jezusa, aby pasował do ramy, którą już miał i teraz już nie może on powrócić na swoje dawne miejsce. No cóż… Niektóre błędy są niestety nieodwracalne, ale dobrze przynajmniej, gdy mamy świadomość, że je popełniliśmy.

Wiara prostych ludzi

Moja mama nie jest osobą wykształconą (skończyła jedynie szkołę podstawową), a jednak okazała się być znacznie mądrzejsza od księdza, który, jak by na to nie patrzeć, zdobył w seminarium wykształcenie teologiczne, zwieńczone tytułem magistra. Trudno w tej sytuacji nie przypomnieć sobie słów Jezusa: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25).

Słowo „prostaczkowie” (po grecku nepioi) ma nieco pejoratywny odcień w języku polskim, ale w ustach Jezusa byli to ludzie, którzy choć – zgodnie z etymologią tego słowa – nie należeli do znawców starotestamentowego Prawa jak faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale ich wiara mogła stanowić wzór, ponieważ była bardziej czysta i szczera. Dziś moglibyśmy powiedzieć, że chodzi o ludzi, którzy nie mają wykształcenia teologicznego, ale kroczą przez życie prostą, wytyczoną przez Boga drogą, kierując się na niej wewnętrznym kompasem, poruszanym Bożą mądrością. Ludzie prości to ludzie prawi, postępujący według jasnych zasad, wierni i konsekwentni, którzy swoją życiową mądrość czerpią z posłuszeństwa Bożym przykazaniom oraz z podążania za światłem prawdy objawionej przez Boga.

Myślę, że historia, którą opowiedziałem, jest także dobrym przykładem na zilustrowanie czym jest coś, co uczenie określamy mianem zmysłu wiary (po łacinie – sensus fidei). Według św. Pawła wierni otrzymują dary Boże, aby „doszli do pełnego poznania Jego woli, dzięki wszelkiej mądrości i duchowemu zrozumieniu”, aby „postępowali w sposób godny Pana, w pełni mu się podobając, wydając owoce wszelkich dobrych uczynków i rosnąc przez wszelkie poznanie Boga” (Kol 1, 9-10). Istnieje więc wśród wiernych jakieś „duchowe rozumienie”, które przychodzi niejako od wewnątrz, drogą modlitwy i życia pogłębionego wiarą. Św. Paweł mówi o jakimś wyczuciu, dzięki któremu wierni trafnie oceniają to, co lepsze (Flp 1, 9), o poznawczym „zmyśle Chrystusowym” (1 Kor 2, 16) i o „światłych oczach serca”, które dają głębsze poznanie Chrystusa i własnego powołania (Ef 1, 17-18).

Według Katechizmu Kościoła Katolickiego (nr 91-93) zmysł wiary jest duchową intuicją, wyrastającą z nadprzyrodzonej cnoty wiary. Jest on zdolnością każdego wierzącego do intuicyjnego, doświadczalnego i przedpojęciowego poznania prawdy objawionej, trwania w niej i pojmowania tego, w co wierzy Kościół. Można to określić jako szczególną zdolność otwarcia się na prawdę, jako oparte na mądrości rozeznanie oraz wyczucie tego, co słuszne i sprawiedliwe. Jest to duchowy dar dla każdego wierzącego, czyniący z nas aktywnych i odpowiedzialnych członków wspólnoty wierzących. Nie łączy się on wcale ze znajomością teologii, jako że najprostszy nawet człowiek może lepiej wyczuwać zmysł wiary niż wielki teoretyk i uczony (Por. ks. Cz. Bartnik, „Dogmatyka katolicka”, t. II, Lublin, s. 2003, 236; W. Beinert, „Teologiczna teoria poznania”, w: Tenże (red.), „Podręcznik teologii dogmatycznej”, Kraków 1998, s. 289-290. 309-310).

Chciałbym być właściwie zrozumiany. Nie chodzi mi o stawianie świeckich w opozycji do księży. Nie kwestionuję hierarchicznej struktury Kościoła, jak najdalszy też jestem od sugerowania, że w przypadku ewentualnego sporu, to właśnie po stronie osoby świeckiej leży słuszność i to ona zawsze ma rację. Różnie z tym bywa. Po prostu powinniśmy w naszym życiu (zarówno księża, jak i świeccy) bardziej stosować się do słów św. Pawła: „Bracia, a gdyby komu przydarzył się jaki upadek, wy, którzy pozostajecie pod działaniem Ducha, w duchu łagodności sprowadźcie takiego na właściwą drogę. Bacz jednak, abyś i ty nie uległ pokusie. Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe. Bo kto uważa, że jest czymś, gdy jest niczym, ten zwodzi samego siebie. Niech każdy bada własne postępowanie, a wtedy powód do chluby znajdzie tylko w sobie samym, a nie w zestawieniu siebie z drugim” (Ga 6, 1-4). I tego się właśnie trzymajmy.

Roman Zając

Artykuł ukazał się w dwumiesięczniku „Któż jak Bóg” (1/2020)