Jest w naturze ludzkiej skłonność, która sprawia, że zbyt szybko człowiek przypisuje rzeczom niewłaściwy sens. Tak rodzi się pozór, który zwyczajnie nazwać można „udawaniem”.

Bo przecież nawet w matematyce twierdzenie, że „jeden plus jeden daje trzy” oznacza, że któraś z jedynek wcale nie jest jedynką, albo obie kłamią, że sumą ich jest trzy. Podobnie sprawa ma się z postawami. W taki oto sposób za pobożnego może zostać uznany ten, kto chodzi do kościoła. Szlachetnym ten, kto elegancko się ubiera. Mądrym, kto w ręku trzyma doktorat. Zaradnym, ten kto dobrze o sobie mówi. To wszystko jednak mogą być pozory, bo przecież, jak poucza stare przysłowie: „nie habit czyni mnicha”.

Dziwi mnie zatem, jak łatwo dajemy się zwieść. Oceniamy po pozorach i stajemy się ofiarami własnych sądów. A przecież nawet Ewangelia wspomina, że tylko Jezus wiedział, co kryje się naprawdę we wnętrzu człowieka. Być może dlatego tak bardzo gorszy nas Jego słowo, gdy celników i nierządnice ustawia przed nami w drodze do królestwa. Oni nie udają. Widzą i wiedzą, że robią źle.

Nam jednak podoba się ta gra pozorów. Nauczyliśmy się żyć z zasłoną dymną, żeby tylko nikt się nie dowiedział, co mi w duszy gra. To przecież nie wypada, żeby przyznać się do błędu, klęski czy niewiary. U nas wszystko musi być polukrowane. Kłamstwo słodsze jest od prawdy. Łatwiej w nim wybielić krzywdę, wzbudzać złe intencje, pochwalić wady i nałogi. Wszystko wtedy da się wytłumaczyć. W imię dobra zranić kogoś.

Ten, kto wybrał drogę prawdy na samotność jest skazany. Jego wiarą pozostanie obietnica, że z nierządnicami i celnikami wejdzie tam, gdzie inni tylko patrzą z utęsknieniem.

ks. Mateusz Szerszeń CSMA