Kiedy byłem małym dzieckiem, wydawało mi się, że księża są trochę jak saperzy – byłem przekonany, że księżmi mogą być tylko dopóty, dopóki ciężko nie zgrzeszą. Wyobrażałem to sobie w ten sposób, że grzech ciężki całkowicie zaprzecza ich powołaniu i pozbawia ich „mocy”, tak że muszą porzucić stan kapłański.

 

Wyrosłem oczywiście z tego poglądu, a tymczasem mam wrażenie, że wiele osób ciągle podobnie patrzy na kapłaństwo i grzech drugiego człowieka, tak jakby miał być on końcem wszystkiego, nieodwracalnym zaprzeczeniem. Mam kolegę, który za każdym razem, gdy się z nim widzę, opowiada mi tę samą historię o swoim księdzu z podstawówki, który wdał się w romans z katechetką. Przywołuje on ten przykład jako powód czy jeden z powodów jego „niewiary w Kościół”. Przypadek to oczywiście smutny i godny ubolewania, ale czy rzeczywiście kogoś, kto naprawdę wierzy w Boga, coś takiego mogłoby odwieść od łączności z Kościołem?

 

Źdźbło konta belka

Czasem można spotkać się z poglądem, który z grzechów chrześcijan czyni argument przeciwko Kościołowi. Któż z nas nie rozmawiał z osobą twierdzącą, że nie chodzi do kościoła, bo – jak mówi – jest on wypełniony grzesznikami i hipokrytami, albo „nie wierzy w Kościół” z powodu grzechów innych chrześcijan (papieży, duchownych czy zwykłych wierzących)? Pomijam przypadki skrajne, gdy ktoś doznał rzeczywistej krzywdy od osób mieniących się chrześcijanami, która to krzywda naprawdę mogła mocno odcisnąć się na czyimś życiu duchowym.

Problem z podobnym patrzeniem na sprawę jest taki, że większość grzechów, które potępiamy u innych, sami niestety popełniamy i często nawet ich nie dostrzegamy (łatwiej w końcu zobaczyć źdźbło w oku bliźniego niż belkę we własnym). Oczywiście dla siebie mamy zawsze miliony usprawiedliwień i przywołujemy okoliczności łagodzące. Dla innych jednak tacy łaskawi już nie jesteśmy. Stąd niektórzy mogą mieć wrażenie, że Kościół tworzą hipokryci, choć wśród nich jest oczywiście jeden sprawiedliwy – ja sam. Sytuacja wymaga więc ewakuowania się, by nie przesiąknąć hipokryzją i nie skazić mojej przyzwoitości.

Spójrzmy jednak na problem inaczej: jeżeli grzech mojego bliźniego jest dla mnie powodem do opuszczenia Kościoła, to warto sobie zadać bardzo, ale to bardzo ważne pytanie: Dlaczego w takim razie mój własnych grzech nie był dla mnie nigdy wcześniej powodem, by opuścić Kościół? Czym ja różnię się od innych, że moje występki mniej kłują mnie w oczy i gorszą niż ich występki? Tym, że są moje? Kiepskie wytłumaczenie. Zastanówmy się więc nad tym za każdym razem, gdy pojawi się odruch oceniania bliźniego.

Inne spojrzenie proponuje abp Fulton Sheen, który napisał, że kto wyszedł z Kościoła ze względu na grzechy innych ludzi, ten nie wszedł tam ze względu na Chrystusa. I jest to oczywiście prawda. Filtrem, przez który obserwujemy świat wokół, powinien być Chrystus, a nie grzech. I nie należy zapominać, że Kościół to nie elitarny klub dla świętoszków, ale szpital dla grzesznych połamańców. Z każdego grzechu da się wyjść. Bardzo trudno jednak wyrwać się z pychy i przeświadczenia, że jestem lepszy od innych, więc nie mogę przebywać z nimi w jednej wspólnocie.

 

Wszędzie ci hipokryci…

Mark Gungor, jeden z najpopularniejszych mówców chrześcijańskich na świecie, wypowiadając się na temat mężczyzn tłumaczących swoje niechodzenie do kościoła hipokryzją chrześcijan, zauważa, że tak naprawdę nie chodzi o innych ludzi. Osoby, które się w ten sposób wykręcają, czują, że gdyby same zaczęły praktykować i usłyszały słowo Boże, musiałyby próbować wprowadzać je w życie. Wiedzą jednak, że ich życie dalekie jest od wartości chrześcijańskich i byłby to ogromny wysiłek, który mógłby się nie powieść. Same musiałyby więc uznać się za hipokrytów, dlatego na wszelki wypadek wolą odpuścić Kościół, tłumacząc to oczywiście złym postępowaniem innych ludzi.

Przypomina to trochę zachowanie ucznia, który postanawia rzucić szkołę tylko dlatego, że koleżanki i koledzy w jego klasie nie uczą się na sprawdziany i dostają jedynki. Widział ktoś kiedy coś podobnego? Ja też nie, ale w przypadku wiary jest to dla pewnej grupy poważny argument.

Żeby była jasność – nie banalizuję grzechu. Nie uważam, że wszystko jest w porządku, gdy chrześcijanin grzeszy w jakikolwiek sposób. Twierdzę jedynie, że motywowanie swojego odejścia od Kościoła lub wiary grzechem drugiego człowieka (w dodatku takim grzechem, który my sami często popełniamy) jest zwyczajnym szukaniem łatwej wymówki, by odejść. Gdy chce się uderzyć psa, kij zawsze się znajdzie. Gdy chce się odejść, powód znajdzie się także.

 

Jestem chrześcijaninem, więc grzech nie jest mi obcy

Pismo Święte wypełnione jest opowieściami o wielkich grzesznikach, których Pan Bóg powołał do jakiegoś zadania. Starczy przywołać choćby jednego z nich – św. Paweł z Tarsu. Zanim Paweł został Pawłem, na imię miał Szaweł i był faryzeuszem. Zajmował się wtedy między innymi prześladowaniem i mordowaniem chrześcijan. Nawrócił się w drodze do Damaszku, dzierżąc jeszcze w kieszeni nakaz aresztowania wyznawców Jezusa z Nazaretu. To nie był zniewieściały i miły gość, taki do rany przyłóż. Napisano w końcu o nim, że „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz 9,1). Pan Bóg dziwnie wybiera.

Proszę więc sobie to wyobrazić: przed chwilą czytałem o człowieka, którego bali się wszyscy chrześcijanie; który prześladował ich i mordował. Człowiek ten miał krew na rękach i dyszał żądzą zabijania. Niech przed każdym stanie obraz kogoś takiego. Na niego to spojrzał Bóg i powiedział: „O, ten będzie moim człowiekiem i zaniesie Ewangelię poganom!”. Chwilę później ktoś mówi mi, że odszedł z Kościoła, bo jakiś ksiądz wdał się w romans… „Serio? A zajrzałeś w ogóle do Pisma Świętego?” – chciałoby się odpowiedzieć.

 

Święci grzesznicy

Jako podsumowanie chciałbym wykorzystać fragment powieści Moc i chwała, której autorem jest Graham Greene. Polecam ją wszystkim, którzy mają problem z „grzesznymi księżmi”. Bohaterem opowieści jest ksiądz, który podczas prześladowań religijnych w Meksyku w latach trzydziestych XX wieku ucieka przed karą śmierci. Jest alkoholikiem i tchórzem, w dodatku ma dziecko z pewną wieśniaczką. Gdy zostaje złapany przez wojskowych, w rozmowie z porucznikiem wypowiada niezwykłe i mocne słowa:

„Praca nad osiągnięciem pana celów ma tylko wtedy sens, jeśli ludzie pracujący nad tym będą dobrzy i uczciwi. A nie zawsze będą dobrzy ludzie w pańskiej partii. Wtedy znowu będzie pan miał starą nędzę, bogacenie się bez skrupułów. Natomiast to, że ja jestem tchórzem i w ogóle niegodnym człowiekiem, jest bez znaczenia. Mimo wszystko mogę wkładać Boga w usta ludziom i odpuszczać im grzechy w imieniu Boga. I gdyby nawet wszyscy księża byli do mnie podobni, nic by to nie zmieniło”.

Nie my tu jesteśmy najważniejsi. Bez Boga nasze grzechy będą przyczyną naszej zguby, bo nie uwolnimy się od nich, a grzechy innych ludzi będą kłuć nas w oczy, bo nie będziemy patrzeć na sposób Boży.

 

Tomasz Powyszyński

 

Artykuł ukazał się w marcowo-kwietniowym numerze „Któż jak Bóg” 2-2018. Zapraszamy do lektury!