Czy można zostać mamą nie mając swoich dzieci? Czasem chyba tak, bo panią Ritę wszystkie dzieci z kilku podwórek nazywały Mamcią, choć miały przecież swoje własne mamy. Jednak to Mamcia Rita miała zawsze dla nich czas, jakieś cukierki w torbie i opowiadane bajki wymyślane na poczekaniu.

Kiedyś marzyła, by mieć swoje rodzone dzieci, ale jeden jej mąż zginął w wypadku, drugi umarł na raka, a trzeci gdzieś zaginął. Została więc sama, ale chyba nigdy nie była całkiem sama, bo zawsze było przy niej jakieś dziecko czy dzieci, zwłaszcza te smutne, głodne i niczyje. Niektóre dzieci mówiły nawet: „Wolę Mamcię Ritę od swojej mamy, bo jest taka kochana i dobra. No i taka swojska”. Bartek z domu dziecka, który nie cierpiał dziewczynek, kobiet, mam i nauczycielek, mówił o niej: „To nie kobieta, ale anioł”.

Ale Mamcia Rita z wyglądu nie przypominała Anioła – nie miała ani złotych włosów, ani skrzydlatej lekkości, ani bielutkich sukni, ani ślicznego głosu. Była dość gruba, ubierała się w ciemne kolory, no i piękna jak anioł także nie była. Ale była za to dobra, czuła i troskliwa, jak żadna mama w okolicy. Każde dziecko znała po imieniu, wiedziała, co je boli, co ono lubi i co mu kupić na imieniny. Mówiła, że musi być grubsza, bo w swoim sercu chce zmieścić wszystkich, dla których inni może nie mają czasu i serca. No i że musi mieć sporo miejsca do przytulania.

Bartek czasem uciekał z domu dziecka i spał u niej na poddaszu, zwłaszcza przed niedzielą. Dlaczego? Bo w domu dziecka nie wolno było iść do kościoła, a on bardzo lubił iść z Mamcią Ritą na poranną Mszę. Szedł z nią dumny, jakby była jego własną mamą, a potem jedli razem naleśniki z dżemem na śniadanie. Tak było przez wiele lat, aż któregoś dnia Mamcia Rita zniknęła, jakby przeprowadziła się tam, skąd nikt już nie wraca. Dużo było płaczu po niej.

Po kilku latach przyjechał tam dorosły już Bartek. Był teraz rzeźbiarzem i na skwerku pojawiła się któregoś dnia śliczna figura anioła. To było jego arcydzieło. Kiedy zapytano go, co to za anioł, pan Bartek-artysta powiedział, że właśnie tak mu się przyśniła Mamcia Rita. I że ona o wiele ładniej jeszcze wygląda w niebie. A potem podpisał tego anioła: „Naszej Mamci Ricie”. Ten anioł stał tam cały czas – śliczny i biały – nawet ptaki go nie pobrudziły, jakby sama Mamcia Rita dbała o niego, tak jak kiedyś troszczyła się o nieswoje dzieciaki.

br. Tadeusz Ruciński FSC

Artykuł ukazał się w marcowo-kwietniowym numerze „Któż jak Bóg” 2-2017. Zapraszamy do lektury!