Serduszko 4-letniej Tekakwithy łkało z rozpaczy na widok martwych rodziców i brata. Leżeli w wigwamie, nieruchomi i zimni, pokryci wykwitami ospy. Zanim zemdlała, Tekakwitha z przerażeniem pojęła, że Wielki Duch jest równie okrutny, co jej współplemieńcy. Upadając, poczuła na plecach ciepłe dłonie ciotki.

Opowiadano, że na ospę zmarło wtedy wielu Indian. Z wigwamów rozpaczliwy lament unosił się w niebo przez kilka tygodni. Tekakwithę także dopadła epidemia. Przespała prawie cały ten czas. Gdy się budziła, troskliwe dłonie ciotki natychmiast podsuwały jej gorący napar z ziół, po którym od razu zapadała w sen.

 

A teraz Tekakwitha szła wolno przez wioskę, trzymając rękę ciotki. Ostrożnie stawiała kroki. Coś stało się z jej oczami. Wyraźnie widziała jedynie z bliska, reszta zlewała się w wielokolorową plamę światła, cieni, głosów i zapachów.

 

Doskonale słyszała pomruki, szepty i urywane śmiechy Mohawków. Sprawiało jej to przykrość tym bardziej, że wyczuwała nieudolnie skrywane napięcie ciotki.

 

Wreszcie doszły do strumienia. Ciotka bez słowa pomogła jej nachylić się nad wodą. Dziewczynka długo wpatrywała się w swoją twarz. Już nie była gładka! Wyglądała jak podziobana przez ptaki. Mnóstwo małych paskudnych świeżych blizn!

 

Tekakwitha ze złością plasnęła dłonią w wodę. Zerwała się z kolan i popędziła na oślep, potykając się o konary drzew. Poczuła nagle mocny uścisk ciotki.

– Już dobrze, mała, już dobrze. Masz, to znalazłam przy twojej matce. To jedyna pamiątka po niej.

 

Palcami dotknęła drewnianego różańca mamy.

 

Pożeracze ludzi

 

Współplemieńcy nie dali jej zapomnieć o oszpeconej twarzy. Dzieciaki i nastoletni Mohawkowie często dokuczali jej, mówiąc, że nigdy nie znajdzie męża. Gdy już docinki nieco ucichły, to w obozie pojawiała się kolejna grupa jeńców. Ci, którzy przeżyli, znów zaczynali interesować się młodą Indianką z bliznami. Dzieci pokazywały ją sobie palcami, chłopcy zaczepiali niewybrednymi żartami, a kobiety cmokały z westchnieniem.

 

Tekakwitha za to szybko pogodziła się z uszkodzeniem wzroku. Chore oczy okazały się wybawieniem, ponieważ nie musiała patrzeć na okrutne tortury zadawane ofiarom przez jej plemię. Wystarczyło stanąć z tyłu i już obraz robił się zupełnie rozmazany. Jeszcze tylko te krzyki…

 

W dialekcie indiańskim nazwa Mohawkowie oznacza „pożeraczy ludzi”. Tekakwitha truchlała ze strachu za każdym razem, gdy młodzieńcy przechodzili rytuał stawania się mężczyzną, gdy wojownicy wracali z wyprawy wojennej z ludzkimi skalpami przytroczonymi do siodła, gdy pędzili do wioski jeńców, których potem poddawali wymyślnym męczarniom.

 

Wojna i przemoc wyróżniały jej plemię od innych. A Tekakwitha nienawidziła okrucieństwa z całej duszy. Ciotka mówiła, że wdała się w matkę, która przesuwała paciorki w palcach, odmawiając te swoje chrześcijańskie modlitwy.

 

Sami swoi

 

Rok 1667 okazał się przełomowym dla 11-letniej Tekakwithy, do wioski bowiem zawitali trzej jezuici z misją pokojową. Nosili dziwne fryzury i szaty, ich język brzmiał jak skrzeczenie żaby, byli jakby z zupełnie innego świata. Dziewczynkę ujął ich spokój i pokój. Jeden z nich ciągle śmiał się do dzieci, przesuwając coś w dłoni.

 

Pewnego dnia Tekakwitha stanęła jak wryta, wpatrując się w palce jezuity. Sięgnęła do woreczka u szyi, wyciągnęła pamiątkę po matce i pomachała. Tym razem to misjonarz zamarł na chwilę, lecz zaraz roześmiał się i klasnął w dłonie, zapraszając gestem, by podeszła bliżej.

 

Z czasem Indianka nabrała zaufania do białych, chętnie siadała przed chatą, słuchała ich skrzeczenia i oglądała rysunki drapane patykiem na piasku. Wśród wybuchów śmiechu wzajemnie uczyli się podstawowych słów w swoich językach.

 

Mohawkowie krzywo patrzyli na tę przyjaźń, lecz Tekakwitha sercem przylgnęła do „ludzi pokoju”. Przy nich wreszcie czuła się sobą: mogła serdecznie współczuć jeńcom i nie brać udziału w okrutnych rytuałach plemiennych.

 

Z ciekawością otwierała grubą księgę pełną nieznanych słów. Oglądała obrazki, wskazywała na prawie nagiego człowieka wiszącego na drewnianej belce. Jezuici tłumaczyli, że to Syn ich Boga, Wielkiego Ducha, który nauczył ich miłości i łagodności. A ta piękna Pani trzymająca Go w ramionach, to Jego mama. Tekakwitha otarła łzy. Jakże brakowało jej matczynych uścisków i kołysanek! Jakże pragnęła, by kobieta z obrazka przytuliła i ją!

 

Od tej pory dziewczynka zasypywała misjonarzy pytaniami. Uczyła się wiary trochę po indiańsku, trochę po francusku, więcej na migi i przez obrazki. Tekakwitha była szczęśliwa: zasypiała w wigwamie, przesuwając koraliki różańca matki. Umiała się modlić!

 

 

Sakramenty i upokorzenia

 

Wuj z ciotką rozmawiali szeptem po nocach. Tekakwitha zaczęła dorastać, może już rodzić dzieci. Trzeba rozglądać się za odpowiednim kandydatem na męża. Ale nie będzie to proste, bo te jej blizny na twarzy… słaby wzrok… i ta dziwna fascynacja wierzeniami białych… kto z indiańskich wojowników zechce brzydką squaw?

 

Jakież było ich zdumienie, gdy Tekakwitha odmówiła zamążpójścia! Dotychczas łagodna, teraz twardo powiedziała „nie”.

 

W wiosce złośliwie szeptano o schadzkach z tajemniczym kochankiem, gdy ciągle znikała w lesie na długie godziny. Wracała odmieniona, jaśniejąca na twarzy, z tajemniczym uśmiechem, jak zakochana! Tekakwitha tymczasem rzeczywiście zaszywała się w gęstwinie, modląc się przy kapliczce wystruganej na drzewie.

 

Minęło siedem czy osiem lat. Współplemieńcy przyzwyczaili się do „dziwactw” Tekakwithy. Gdy jako 19-latka przyjęła chrzest, ich tolerancja nagle się skończyła. Co innego łazić do misjonarzy i mamrotać coś pod nosem, co innego zaś oficjalnie zdeklarować się jako chrześcijanka, modlić się i odmawiać udziału w odwiecznych indiańskich rytuałach! I jeszcze zmienić imię na Kateri-Katarzynę? Tego było już za wiele!

 

Od tej pory nie dawano Tekakwicie spokoju. W niedziele nie dostawała jedzenia, ponieważ odmawiała pracy. Codziennie słuchała wyzwisk i obelg, wrócił temat oszpeconej twarzy, uszkodzonego wzroku i… kochanka. Niby taka święta a lata do lasu, jakby ją kto gonił.

 

Nieraz przyszło młodej Indiance płakać w nocy w wigwamie. W przypływach złości w wyobraźni zadawała ziomkom za te wszystkie zniewagi najokrutniejsze tortury. Była w końcu z plemienia Mohawków, od dziecka oswojona z okrucieństwem i przemocą. Lecz zaraz przypominała sobie matkę, Maryję i Jezusa, a w sercu wzbierały litość i współczucie. Na nowo postanawiała rezygnować z zemsty. Jakież to było trudne!

 

Dokuczali jej zwłaszcza młodzi Mohawkowie. Doskonale wyczuwali przedziwną siłę w drobnym ciele Kateri. Pewnego dnia jeden z nich zamachnął się tomahawkiem na dziewczynę. Tekakwitha zacisnęła oczy, czekając na uderzenie w głowę. Po chwili, drżąc, uniosła powieki. Zobaczyła twarz chłopaka i jego oczy: zdumione, że nie uciekła, nie narobiła wrzasku; zaskoczone jej gotowością na śmierć. Indianin powoli opuścił tomahawk i odszedł.

 

Po tym zdarzeniu misjonarze przekonali Kateri, by udała się do osady katolickiej (dziś znajduje się tam rezerwat indiański między Quebeckiem, a Montrealem w Kanadzie).

 

Dzikuska wzorem

 

Tam w 1677 r. Indianka przyjęła I Komunię Świętą, a po dwóch latach złożyła ślub czystości. Wraz z innymi kobietami Kateri modliła się i pościła, robiła drewniane różańce i krzyże, które rozdawała napotkanym osobom, opowiadała dzieciom o Bogu, odwiedzała chorych i starszych. Tekakwitha zachwyciła się swoją patronką, św. Katarzyną ze Sieny i chciała naśladować jej życie. Była tak gorliwa w praktykach pokutnych, że nieraz wprawiała jezuitów w konsternację.

 

Francuscy ojcowie czuwali nad jej rozwojem duchowym, będąc jednocześnie pod wrażeniem pobożności dziewczyny. Pewnie niejednokrotnie zastanawiali się w duchu kto kogo uczy wiary. O Indianach mówiło się przecież jako o dzikusach potrzebujących światła Pana, nie jako o wzorze do naśladowania.

 

Tekakwitha zmarła w 1680 r. w wieku 24 lat. Ojciec Chauchetière opiekował się Kateri w ostatnich tygodniach jej życia, towarzyszył w ciężkiej chorobie, rozmawiał, spowiadał, komunikował. W swoich pamiętnikach pisał, że po śmierci Kateri blizny na jej twarzy w sposób niewytłumaczalny zniknęły, że ukazywała mu się we śnie, uśmiechnięta i w poświacie, że wzywał jej wstawiennictwa zwłaszcza w chorobach oczu, że jej kult rozszerzał się szybko wśród tubylców, a następnie dotarł do Francji.

Była pierwszą Indianką-chrześcijanką z Ameryki Północnej, którą ogłoszono błogosławioną (22 czerwca 1980 r.)

 

Cud

 

W 2011 r. papież Benedykt XVI zatwierdził cud niezbędny do jej kanonizacji. Cud wydarzył się w 2006 r. i dotyczył 5-letniego Jake’a Finkbonnera z indiańskiego plemienia Lummi w Stanach Zjednoczonych. Po upadku na boisku baseballowym chłopiec dostał wysokiej gorączki, jego głowa nagle zaczęła puchnąć. W szpitalu okazało się, że organizm zaatakowała groźna bakteria, która szybko zajmowała poszczególne organy. Lekarze byli bezradni. Jake’owi udzielono ostatniego namaszczenia, rodzinę przygotowano na najgorsze. Po jakimś czasie infekcja nagle ustąpiła. Jake wyzdrowiał, choć na twarzy zostały mu blizny. Rodzice nieustannie modlili się za syna do bł. Kateri i to właśnie jej przypisywali niespodziewane i szybkie uzdrowienie.

 

Kateri Tekakwitha została ogłoszona świętą 21 października 2012. Patronuje ekologom, wszystkim miłośnikom przyrody i środowiska naturalnego, wygnańcom i sierotom oraz ludziom wyśmiewanym z powodu ich przekonań religijnych. Jej grób znajduje się w kościele pw. św. Franciszka Ksawerego w Kahnawake niedaleko Montrealu w Kanadzie.

 

Przebacz winowajcom!

 

Czego możemy nauczyć się od świętej Indianki? Nawet jeśli straciliśmy bliskich, nasz świat się nie kończy. Z pewnością jest to ogromna strata, lecz po okresie żałoby można i trzeba żyć dalej.

 

Nawet jeśli w naszej rodzinie była przemoc i okrucieństwo, my nie musimy tak żyć. Możemy pozwolić Bogu, by uleczył rany naszego serca, przebaczyć winowajcom i nie powielać ich błędów, choć są głęboko w nas zakorzenione. Może trzeba czasem opuścić nasze środowisko, jak Kateri, aby rozwijać więź z Chrystusem.

 

Nawet jeśli doświadczamy kpin z naszej wiary, nie musimy chować w sobie urazy i ducha zemsty. Z pomocą naszego Anioła Stróża możemy ćwiczyć się w łagodności i przebaczaniu, jak czyniła to św. Kateri.

Agata Pawłowska

 

 

Artykuł ukazał się we wrześniowo-październikowym numerze „Któż jak Bóg” 5-2017. Zapraszamy do lektury!

 

Zdjęcie: www.kronikamontrealska.com/