Od zawsze wiem, że mam świetną Babcię, od 2 listopada wiem, skąd ona to ma. Ma poczucie humoru, ma specyficzny luzik, nie byłoby prawdą, gdybym powiedziała, że się niczym nie przejmuje, ale robi to „na swój sposób”. Wiedziałam od urodzenia, że dziadek, mąż Babci, był strażakiem, i że zginął ratując z pożaru jakieś dziecko. Było to jeszcze przed moim urodzeniem.

Drugiego listopada poszliśmy wspólnie na cmentarz, między innymi odwiedziliśmy grób dziadka. I tam spotkaliśmy pewnego mężczyznę, w wieku moich rodziców. Okazało się, że to był ten – kiedyś mały chłopiec – wyniesiony z ognia przez mojego dziadka. Babcia wiedziała, że on odwiedza grób jej męża, znali się doskonale. I przy okazji usłyszałam jej ciekawe słowa. Zobacz – mówiła do tamtego pana – to jest takie miejsce na świecie, gdzie są tysiące ludzi, którzy nie mają problemów, a jeśli czymś się martwią, to tym, że jeszcze nie są w niebie. Tylko – zastanawiała się dalej – czy wszyscy zdążyli zauważyć, że miłość jest czymś najważniejszym w świecie i czy zdążyli komuś to powiedzieć. Tamten uratowany przez dziadka mężczyzna teraz jest lekarzem i – jak mówił – stara się przez swoją posługę oddawać Panu Bogu, to, co dostał od Niego dwukrotnie, w tym raz poprzez służbę mojego dziadka.

Gdy wróciłam do domu dziękowałam Panu Bogu, że jeszcze mam jakieś problemy, ale też zastanawiałam się, czy umiem je rozwiązywać tak, by świat widział, że najważniejsza jest miłość. Wiem, że nie wyniosę nikogo z ognia, ale też wiem, że mogę sama ugasić w sobie a czasem w kimś płomień gniewu, płomień niezdrowej ambicji, zazdrości czy innej głupoty.

 

Słowa babci spisała Asia

 

Artykuł ukazał się w styczniowo-lutowym numerze „Któż jak Bóg” 1-2019. Zapraszamy do lektury!