„Możemy zrozumieć, że po wielkim znaku Jego miłosierdzia, nie trzeba było dodawać już innego. Istnieje jednak pewne wyzwanie, jest miejsce na znaki dokonane przez nas, którzy otrzymaliśmy Ducha miłości i jesteśmy powołani do szerzenia miłosierdzia” – mówił kilka lat temu w trakcie homilii w łagiewnickim sanktuarium Ojciec Święty Franciszek. I rzeczywiście, Pan Jezus powiedział przecież do Faustyny: „Wybrałem Cię na sekretarkę, w tym życiu i w przyszłym”. Jaką spuściznę pozostawia nam ta „sekretarka” w 80 lat po odejściu do domu Pana? Co jest najważniejsze w „Dzienniczku”, który podyktował jej Chrystus? I jak my wszyscy możemy włączyć się w misję, którą Faustynie powierzono?

W jakich okolicznościach odkryła siostra postać św. Faustyny i nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego?

Można powiedzieć, że stało się to przypadkiem, choć wiemy, że przypadków nie ma. Przy okazji pielgrzymki do Sanktuarium Matki Bożej w Kalwarii Zebrzydowskiej kupiłam jakąś książeczkę, w której była wzmianka o Siostrze Faustynie. Wtedy bardzo zapragnęłam przeczytać również jej „Dzienniczek”. Wybrałam się więc do Łagiewnik, a tam, w klasztorze, w małym pokoiku naprzeciwko furty, ukryty był miniaturowy „sklepik”, posiadający w ofercie dosłownie kilka rzeczy poświęconych Faustynie. Pamiętajmy, że były to czasy komunistyczne. Nieżyjąca już siostra Eustela wyciągnęła z biurka „Dzienniczek” – pierwsze wydanie, drukowane w Rzymie. Mam ten egzemplarz do dzisiaj, choć już się prawie rozleciał i wymagał nowej oprawy. Przeczytałam go niemal od razu, gdyż jest to lektura, która niesamowicie wciąga.

Takich świadectw osób, które po pierwszej lekturze „Dzienniczka” nie potrafiły się już z nim rozstać, zna siostra chyba wiele…

Podam przykład. My, jako Zgromadzenie, na stronie internetowej faustyna.pl oferujemy prenumeratę „Dzienniczka”; czytelnicy odbierają jego fragmenty na skrzynkach mailowych bądź przez aplikację. I są tak do tej „usługi” przywiązani, że jak coś nie zadziała i nie otrzymają myśli na dany dzień, to od razu nas alarmują. Tak są przyzwyczajeni do tego, że „Dzienniczek” towarzyszy im każdego dnia.

A co z czytelnikami, którzy pierwszy raz sięgają po „Dzienniczek” i skarżą się, że niewiele rozumieją? Dlaczego dla jednych ta lektura jest prostsza, dla innych trudniejsza? Czy są jakieś etapy poznawania prawdy o „Dzienniczku”?

To chyba jest jak z Pismem Świętym. Jedni biorą do rąk Ewangelię i na ile na danym etapie życia duchowego mogą ją zrozumieć, na tyle ją chłoną. Natomiast dla innych jest ona po prostu za trudna i nie do przyjęcia. Historie lektury „Dzienniczka” bywają tak przedziwne, że można by napisać o tym osobną książkę. Znam takie wypadki, gdy ludzie otrzymali „Dzienniczek” przy jakiejś okazji, np. w prezencie ślubnym, i odkładali go na półkę. Sięgali po niego dopiero wówczas, gdy coś niedobrego zaczęło się w ich życiu dziać. Zwykle trafiali na słowa Jezusa, które zmieniały ich życie, zapalały światło nadziei… Nie mogę zapomnieć historii pewnego mężczyzny, któremu posypało się życie i w takim dopiero momencie sięgnął do „Dzienniczka”. Czytając to dzieło, ciągle wracał na pierwszą stronę, żeby sprawdzić, czy nie ma w podtytule: bajka albo opowiadanie, ponieważ rzeczywistość, o której czytał, wydawała mu się tak fantastyczna, że właściwie nierealna. Znam też jednego z teologów duchowości, który już w seminarium przeczytał „Dzienniczek” i stwierdził, że wszystko jest dla niego jasne, ale dopiero po rzymskim studium duchowości dostrzegł głębię tego dzieła, i dopiero wtedy mógł powiedzieć, że zaczyna coś rozumieć. „Dzienniczek” na pozór może się wydawać dziełem łatwym, ale teologowie czy tłumacze dokładnie widzą, jak to dzieło jest trudne, jak wiele ma warstw znaczeniowych. To prawda, że słowa, których używa Siostra Faustyna, wszyscy rozumiemy, ale ich głębię znaczeniową odkrywamy w miarę doświadczenia życia duchowego i wiedzy teologicznej. Dla wielu ludzi „Dzienniczek” jest modlitewnikiem lub podręcznikiem życia duchowego. Ludzie w świecie nie mają zwykle czasu na to, by studiować teologię życia wewnętrznego. Nawet studenci teologii nie mają takiej wiedzy o życiu wewnętrznym, jaka jest zawarta w „Dzienniczku” Siostry Faustyny. Dlatego i kapłani, i „zwykli” wierni traktują to dzieło jako podręcznik życia duchowego. A jest to podręcznik wyjątkowy, bo Mistrzem Siostry Faustyny był sam Jezus. Dzięki takiej formacji, którą otrzymała od Jezusa, i łasce charyzmatu, wnosi ona do historii Kościoła nową szkołę duchowości, całkowicie opar tą na tajemnicy Miłosierdzia Bożego, szkołę głęboko ewangeliczną, a zarazem uniwersalną, do której może chodzić każdy, by poznawać Boga w tajemnicy miłosierdzia, uczyć się kontemplacji w codzienności, postawy zaufania Bogu i miłosiernej miłości wobec ludzi. Czy w takim razie są ludzie, o których można powiedzieć, że „Dzienniczek” nie jest dla nich? Czy np. dziecko jest w stanie coś z „Dzienniczka” wyczytać? W ubiegłym roku nasze siostry zorganizowały Ogólnopolski Konkurs Wiedzy o św. Siostrze Faustynie dla gimnazjalistów i uczniów szkół podstawowych. Rozmawiając z młodymi ludźmi, którzy byli jego  finalistami i uczestniczyli w ostatnim etapie konkursu w Krakowie-Łagiewnikach, byłam zdumiona tym, w jaki sposób odbierają oni „Dzienniczek”. Nam się może wydawać, że ta mistyka, o której pisze Siostra Faustyna, to jest tak wysoka półka, że sięgać do niej mogą tylko osoby wyrobione duchowo czy świadomie dążące do doskonałości. A tymczasem Jezus powiedział do Faustyny, by pisała „dla pociechy i pokrzepienia wielu dusz”. Dlatego, mimo że siostra Faustyna należy do największych mistyków Kościoła, a jej „Dzienniczek” należy do pereł literatury mistycznej, to okazuje się, że jej dzieło adresowane jest do wszystkich, także do grzeszników, a może przede wszystkim do nich, by poznali miłość Boga i wrócili do Niego. Nie powiem, że jest to lektura dla przedszkolaków, bo na pewno nie, ale młodym ludziom, którzy już w jakiś sposób kształtują swój światopogląd, swoją tożsamość, mogę ją jak najbardziej polecić.

Co w takim razie można poradzić tym, którzy biorą „Dzienniczek” do ręki po raz pierwszy?

Myślę, że nie ma uniwersalnej porady co do tego, jak się do „Dzienniczka” zabrać. Trzeba po prostu zacząć czytać. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie w danej sytuacji życiowej, a na pewno będzie mógł odkrywać miłosierną miłość Boga, także do siebie. Nie bez powodu św. Jan Paweł II powiedział o tym dziele, że jest jakby „Ewangelią Miłosierdzia”.

Czy jest więc siostra w stanie wskazać najważniejsze zdania z „Dzienniczka”?

Najważniejsze zdanie to takie, które wpływa na nasze życie w sposób najmocniejszy. Dla mnie osobiście najważniejszym zdaniem jest: „NIE SZUKAM SZCZĘŚCIA POZA WNĘTRZEM, W KTÓRYM PRZEBYWA BÓG. CIESZĘ SIĘ BOGIEM WE WŁASNYM WNĘTRZU”. To właśnie zdanie w moim życiu zdziałało najwięcej. Odkryłam dzięki niemu coś, o czym pisze Ewangelia, ale czego wcześniej nie dostrzegłam. Coś niezwykle ważnego dla mojego życia duchowego – prawdę o tym, że Bóg jest bliżej niż drugi człowiek, że żyje we mnie, że ja nie muszę być cały czas w kościele, aby spotykać się z Panem Bogiem. Mogę być z Nim wszędzie, gdziekolwiek jestem, bo On żyje we mnie, a ja w Nim, jeżeli mam czystą duszę. Pamiętam też świadectwo człowieka, dla którego ważne były inne słowa. Był alkoholikiem i chciał popełnić samobójstwo, zapijając się na śmierć. Zamknął się więc w pokoju i pił, ale śmierć nie przyszła. Sięgnął wtedy po małą czerwoną książeczkę: „Jezu, ufam Tobie” i otworzył na zdaniu: „NAJWIĘKSI GRZESZNICY MAJĄ PRAWO DO MOJEGO MIŁOSIERDZIA”. To zdanie z „Dzienniczka”, te słowa Jezusa, uratowały jego życie.

Mało jednak brakowało, by „Dzienniczek”, za sprawą szatańskiej interwencji, nigdy nie ujrzał światła dziennego…

Rzeczywiście. W trakcie pobytu w Wilnie Siostra Faustyna, z nakazu Jezusa potwierdzonego przez spowiednika, zaczęła spisywać „Dzienniczek”. Ale gdy ks. Sopoćko wyjechał do Ziemi Świętej, zobaczyła ona postać „anioła”, który powiedział, że jej zapiski nie mają znaczenia i że powinna je spalić. A ponieważ nie miała się kogo poradzić, zrobiła tak, jak powiedział rzekomy anioł: spaliła swoje zapiski. Ksiądz Sopoćko kazał jej potem odtworzyć to, co zapisała wcześniej, i prowadzić dzienniczek na bieżąco. Dlatego ta chronologia, zwłaszcza w pierwszym zeszycie, jest tak zaburzona. Możemy się oczywiście zastanawiać, dlaczego Faustyna nie rozpoznała Szatana, prawda? Wydaje mi się, że jeżeli Pan Bóg dopuścił do tego, to dla naszego dobra, abyśmy wiedzieli, że takie rozeznanie nie jest prostą sprawą, i że jesteśmy ludźmi omylnymi, którzy nie mogą nigdy ufać sobie samym, a wszelkie tego rodzaju doświadczenia czy natchnienia muszą konfrontować z kompetentnymi osobami.

Życie wewnętrzne Faustyny nie ograniczało się jednak jedynie do roli Sekretarki Bożego Miłosierdzia. To wiele mistycznych darów: zaślubiny, dar poznania dusz, dar prorokowania, ukryte stygmaty…

Najważniejszą misją św. Faustyny było przekazanie orędzia Miłosierdzia, z którym została wysłana do całego świata. Przypomina w nim biblijną prawdę o miłości miłosiernej Boga do człowieka i wzywa do jej głoszenia z nową mocą. Częścią tego orędzia jest nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego w formach, jakie przekazał jej Jezus. Ale w „Dzienniczku” znajdziemy także opis niezwykle bogatego życia duchowego Siostry Faustyny z wieloma nadzwyczajnymi darami. Należą do nich objawienia nie tylko Pana Jezusa, ale także Matki Najświętszej, aniołów i świętych, spotkania z duszami czyśćcowymi, mistyczne przeżycia nieba, piekła, czyśćca i wiele innych łask, a wśród nich także ukryte stygmaty. Ten dar ukrytych stygmatów bardzo pasował do Siostry Faustyny w tym sensie, że były one ukryte. Tego typu dary zawsze wzbudzają ciekawość. Faustyna bardzo kryła się ze swoim życiem wewnętrznym i na pewno ogromnie by ją krępowało, gdyby to były stygmaty otwarte, widoczne dla innych. Jak piszą mistycy, te ukryte stygmaty nie są mniej bolesne od tych, które zostawiają widoczne ślady na ciele. Siostra Faustyna cierpiała je w czasie Mszy św. oraz przy zetknięciu z osobami, którym Pan Bóg chciał dać łaskę nawrócenia poprzez jej cierpienie. Poza tymi stygmatami na rękach, nogach i boku Siostra Faustyna cierpiała też ból korony cierniowej.

A dar czytania w ludzkich duszach? Słyszałem, że Faustyna zwracała się do pozostałych sióstr ze zgromadzenia z poradami, znała ich rozterki…

Siostra Faustyna miała dar czytania w duszach ludzkich, ale korzystała z niego tylko wówczas, gdy zachodziła stosowna sytuacja, w której mogła pomóc danej osobie w nawróceniu czy w ogóle w życiu duchowym. Ze wspomnień sióstr wynika, że miały one wrażenie, jakby Siostra Faustyna dogłębnie je znała, wiedziała, co się w ich duszach dzieje. Podam tu przykład s. Justyny. Kiedy Siostra Faustyna wyjeżdżała z Wilna do swojej umierającej matki, do rodzinnego domu, chciała zostawić swoje zapiski pod czyjąś opieką. Spakowała więc je i dała s. Justynie, dla której była „Aniołem”, czyli po prostu starszą siostrą w nowicjacie. Siostra Justyna opowiadała później, że coś ją podkusiło, by te notatki otworzyć i zacząć je czytać. Zorientowała się jednak, że rzecz dotyczy życia duchowego i objawień. Szybko zamknęła zeszyty, ale w sumieniu czuła się nie w porządku, poszła więc do spowiedzi, a za pokutę otrzymała zakaz mówienia o sprawie komukolwiek. Siostra Justyna czuła jednak silną potrzebę przeproszenia Siostry Faustyny, a nie mogła tego zrobić; do tego miała wrażenie, że Faustyna już o wszystkim wie, więc pokuta ze spowiedzi była dla niej bardzo bolesna. Ten dar czytania w duszach przejawiał się także w rozmowach z osobami  świeckimi: czy to w szpitalu, czy w stosunku do osób, które przychodziły do furty. Siostra Faustyna nawet wtedy, gdy spotykała się z osobami, które ją skrzywdziły, a ona o tym wiedziała, nie postępowała z nimi po ludzku, lecz zawsze zadawała sobie w duszy pytanie o to, jak postąpiłby z nimi Jezus.

Kolejne mistyczne doświadczenie związane było z postępującą chorobą Faustyny. Jeszcze przed śmiercią doświadczyła ona tzw. „grozy konania”…

Siostra Faustyna chorowała na gruźlicę przewodu pokarmowego i płuc, i ta choroba długo pozostawała u niej nierozpoznana, nawet gdy Faustyna była badana w Warszawie na trzeciej probacji. Mistyczka wyjechała więc do Wilna, gdzie choroba została rozpoznana w stadium już bardzo zaawansowanym. Ale już wcześniej Siostra Faustyna doświadczyła pewnego tajemniczego przeżycia. Było to mianowicie coś na kształt udaru słonecznego, połączonego jednak z poczuciem, a w zasadzie ze świadomością umierania. Siostra Faustyna zażądała wtedy spotkania ze swoim spowiednikiem, ks. Sopoćką, z którego rąk, po spowiedzi, przyjęła sakrament namaszczenia chorych. Myślę, że doświadczenie to było jej dane także dla nas, aby pozostawić przesłanie, że musimy być stale przygotowani na ostateczne spotkanie z Bogiem i nie możemy odkładać spowiedzi. Może bowiem dojść do sytuacji, gdy człowiek, mimo chęci, nie będzie już się w stanie wyspowiadać. Pamiętajmy również, że działo się to w czasach, gdy panował ogromny lęk przed sakramentem namaszczenia chorych. Nawet mówiło się o nim „ostatni sakrament”. Do dzisiaj zresztą można spotkać osoby, które boją się tego sakramentu, uważając, że po przyjęciu go będą musiały umierać. A Siostra Faustyna po przyjęciu go wraca do zdrowia, pokazując tym samym jego moc. Oczywiście, sakrament ten usposabia człowieka do przejścia na drugą stronę życia, ale też daje łaski potrzebne do dobrego przeżycia choroby, a jeśli jest taka wola Boża, przynosi także zdrowie i to właśnie pokazuje ten epizod z życia św. Faustyny.

Może był on potrzebny Faustynie również dla jej posługi wśród osób konających…

Z osobami chorymi Siostra Faustyna spotkała się w czasie pobytu w szpitalu na Prądniku w Krakowie. Był to szpital, w którym wiele osób umierało na nieuleczalne wówczas szkarlatynę i gruźlicę. Przełożeni, z uwagi na stan zdrowia Siostry Faustyny, zabronili jej chodzić do konających. Wtedy modliła się ona za nich w swojej separatce, o ofiarując Bogu swoje posłuszeństwo, i doświadczając mocy modlitwy, zwłaszcza Koronki do Miłosierdzia Bożego. W tym czasie ujawnił się też dar bilokacji, dzięki któremu Siostra Faustyna wspierała konających odchodzących z tego świata nieraz i kilkaset kilometrów od Krakowa. Miała także dar poznania tego, co dzieje się z duszą człowieka w chwili śmierci. Widziała walkę złych duchów o ludzką duszę i przeganiała je wodą święconą, aby np. jej współsiostra mogła umierać w pokoju. Niektóre siostry były oburzone, gdy Siostra Faustyna, nie będąc kapłanem, kropiła umierającą współsiostrę wodą święconą, a wiele lat później same kropiły tak konającego ks. Sopoćkę. Woda święcona – bardzo prosty środek, a jakże skuteczny! Wobec ludzkiej śmierci jesteśmy bezradni, często ludzie nie wiedzą, co czynić. A Pan Jezus przez Siostrę Faustynę podaje nam środki do skutecznego wspierania konających. Kolejnym po wodzie święconej jest Koronka do Miłosierdzia Bożego, z którą związane są szczególne obietnice dotyczące szczęśliwej i spokojnej śmierci. Siostra Faustyna miała okazję jako pierwsza sprawdzić, jak realizują się te obietnice w praktyce.

Na czym polega potęga tej Koronki?

Na tym, że o ofiarujemy Bogu Jego Syna. Nie ma nic większego, co moglibyśmy o ofiarować Bogu, niż ciało i krew, dusza i bóstwo Jego najmilszego Syna, a Pana naszego Jezusa Chrystusa. Każdy, kto z ufnością odmawia Koronkę, o tej mocy się przekonuje. Odmawiając tę modlitwę, którą sam Jezus podyktował Siostrze Faustynie w języku polskim, a którą dziś odmawiają wierni nawet w językach plemiennych, uczestniczymy w powszechnym kapłaństwie Chrystusa: składamy Bogu w sposób duchowy w o erze To, co kapłan składa w o erze sakramentalnej w czasie Eucharystii. Wreszcie dla samej Siostry Faustyny również nadeszła godzina konania… Ze szpitala na Prądniku wróciła 17 września 1938 roku. Została umieszczona w separatce dla ciężko chorych sióstr, które czekały już tylko na przejście do wieczności. Aby nie narażać młodszych sióstr na zarażenie gruźlicą, przy Siostrze Faustynie czuwały tylko siostry starsze. 5 października 1938 roku o godzinie 16:00 Siostra Faustyna po raz ostatni wyspowiadała się u o. Józefa Andrasza SJ. Wieczorem przy jej łożu modliły się siostry wraz z księdzem kapelanem. Siostra Faustyna zmarła o 22:45 w obecności dwóch sióstr. Na ten dzień długo i z tęsknotą czekała, wiedziała bowiem, że jest to brama do wiecznego przebywania z Bogiem, którego poznała jako samą Miłość i Miłosierdzie.

Pan Jezus powiedział jednak: „Wybrałem Cię na sekretarkę, w tym życiu i w przyszłym”…

Siostra Faustyna miała świadomość tego, że jej prorocka misja głoszenia światu orędzia o miłosiernej miłości Boga nie skończy się wraz z jej śmiercią, ale wtedy dopiero się zacznie. Jezus powiedział przecież: „Przygotujesz świat na powtórne przyjście Moje”. I ona to czyni nadal nie tylko przez swój „Dzienniczek”, ale także wypraszając łaski wszystkim ludziom, którzy w jakikolwiek sposób włączają się w jej misję. Jak w takim razie interpretować proroctwo o iskrze, która wyjdzie z Polski? Interpretacje były różne. Ojciec Święty Jan Paweł II przy okazji ostatniej wizyty w Krakowie wskazał, że nie chodzi tu o żadną konkretną osobę, a właśnie o orędzie o miłosierdziu Bożym, zapisane w „Dzienniczku” św. Siostry Faustyny. Iskrę tę roznoszą po świecie wszyscy apostołowie Bożego Miłosierdzia, głosząc miłosierną miłość Boga całym swoim życiem – słowem, czynem i modlitwą. To nie jest zadanie tylko dla kapłanów i sióstr zakonnych. To jest misja całego Kościoła, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w encyklice „Dives in misericordia”

Czy dlatego diabeł tak nienawidzi nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego?

Szatan nienawidzi miłosierdzia Bożego, bo ono wyrywa z jego rąk największą liczbę grzeszników. Ludzie, poznając miłosierną miłość Boga w stosunku do siebie, po prostu odwracają się od swojego dotychczasowego życia i zwracają się ku Bogu. Diabeł pracuje, by człowieka zwieść rzeczami na pozór dobrymi. I on nie może znieść tego, gdy się napracuje, a miłosierdzie Boże daje człowiekowi po kolejnym upadku szansę rozpoczęcia życia od nowa. Miłosierdzie Boże to bowiem dla człowieka nieustanna szansa zaczynania od nowa, szansa, która kończy się dopiero z chwilą jego śmierci. I dlatego właśnie szatan tak nienawidzi orędzia Miłosierdzia Bożego. Do tego stopnia, że  fizycznie atakował Siostrę Faustynę.

Jak takie ataki wyglądały?

Zdarzyło się np., że gdy Faustyna modliła się w kaplicy, szatan rozbił doniczkę. Niszczył też parawan w jej celi, ukazywał się jej pod postacią psów, by ją wystraszyć. Ale były też podejścia „delikatne”, gdy przychodził jako „anioł” lub podsuwał jej myśli w rodzaju: „Nie mów o tym miłosierdziu Boga, żyj tak jak wszystkie siostry, nie musisz starać się o wszystkich grzeszników…”

Jak Faustyna broniła się przed takimi atakami?

Bardzo prostymi środkami: znakiem Krzyża Świętego, który zawsze jest pierwszym środkiem obrony, a następnie wezwaniem na pomoc Boga albo Anioła Stróża. W życiu Siostry Faustyny widać kapitalnie, jak bardzo Anioł Stróż, wkładany często pomiędzy bajki, potrzebny jest człowiekowi i jaką odgrywa rolę w naszym życiu. Podobnie zresztą jak św.

Michał Archanioł. Może Siostrze Faustynie było jednak w tej walce duchowej łatwiej, skoro widywała aniołów?

Być może? Myślę jednak, że z jednej strony łatwiej, a z drugiej trudniej. Z doświadczenia świętych wiemy, że nadprzyrodzone doświadczenia nie czynią życia duchowego łatwiejszym, wręcz przeciwnie. My natomiast, jako ludzie niedoświadczający ekstaz czy objawień, mamy zapewnione tyle łaski Bożej, żeby wzrastać w wierze w sposób bezpieczny. Jeżeli Bóg dał Siostrze Faustynie objawienia, to po to, by przekazać czy przypomnieć pewne prawdy nam. Dary Boże nie kierują ku myśleniu egoistycznemu, są one przeznaczone dla dobra ludzi.

Co do św. Michała jeszcze – on objawił się Faustynie tylko raz, mówiąc, że zło nienawidzi jej szczególnie, ale Bóg kazał mu mieć o nią szczególne staranie. Zakończył słowami „Któż jak Bóg”…

Siostra Faustyna miała świadomość, że towarzyszy jej św. Michał Archanioł. I miała dla niego wielką cześć za to, że on, nie mając przykładu, doskonale wypełnił wolę Bożą. Związek Faustyny ze św. Michałem nie ograniczał się więc do jednego spotkania. Słowa: „Któż jak Bóg” są zresztą znamienne, choć z mojej perspektywy wypadałoby powiedzieć: „Któż jak miłosierny Bóg”. Życzę czytelnikom „Któż jak Bóg” takiej miłości Boga, która wyzna, że nie ma od niej nic większego.

z s. M. Elżbietą Siepak ZMBM
rzecznikiem Zgromadzenia Sióstr
Matki Bożej Miłosierdzia
rozmawiał
ks. Piotr Prusakiewicz CSMA

Tekst ukazał się w numerze 4/2018 „Któż jak Bóg”