Kiedy jest się najbardziej samotnym? Czy nie boimy się bodaj najbardziej opuszczenia przez wszystkich? Kto wtedy może być ci bliski?

 

Przyroda bywa matką, ale i macochą, jeśli w ogóle tak o niej myśleć można. Nieludzka jest w tropikach, ale i na północy też. Ciężkie i długie zimy, zwłaszcza na odludziu, przetrwać mogą tylko najtwardsi. Do takich należał Drwal, życzliwy ludziom, ale mieszkający od lat sam jak pustelnik. Był on jak stara, sękata i mocna jodła. Ludzie z najbliższej osady znali Drwala, lubili go i czasem odwiedzali, jak i on ich. Podczas cięższych zim było to jednak trudne lub niemożliwe. Drwal radził sobie jednak w swojej samotni, bo kochał ciszę, spokój i samotność.

Tego roku wróżono zimę stulecia i radzono Drwalowi, by zamieszkał w osadzie. Odmówił. Kiedy spadły wcześniejsze śniegi, zakupił więcej niż zwykle żywności i innych niezbędnych rzeczy, narąbał drewna dwa razy więcej niż innymi laty i uwziął się nie dać zawieruchom i mrozom. Nie pamiętano jednak takiej zimy i wspominano w osadzie o Drwalu, myśląc, jak on sobie tam radzi odcięty od świata. Modlono się też za niego, gdy im było trudno przetrzymać mrozy. A Drwalowi mijał piąty miesiąc od ostatniego pobytu w osadzie. Sterta drewna zmalała, a o ścinaniu nowych przy takich zaspach i mrozach nawet nie było co marzyć. Szyby w chacie Drwala były wciąż zamarznięte, a on siedział na łóżku skulony i opatulony w co tylko miał. Myślał już o wyprawie do osady, ale za dnia by nie doszedł, a nocą by zamarzł.

Tego wieczoru skończyło mu się drewno, a na zewnątrz drzewa z hukiem pękały od mrozu. Drwal zgrabiałymi dłońmi przewracał kartki Biblii i w końcu zaczął modlić się o śmierć, byle tylko bezbolesną. Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Drwal otworzył i oniemiał. W progu stał jasnowłosy chłopiec, bosy, a ubrany tylko w lekką białą tunikę. Drwal pomyślał, że śni lub ma zwidy, ale chłopiec wszedł do środka realny i dotykalny.

– „Skądżeś się tu wziął, biedaku? – wyjąkał Drwal – Kto cię wygnał w taką zimnicę?” Chłopiec uśmiechnął się i rzekł: „Nie jest mi zimno.” No tak, jego gołe ramiona były stokroć cieplejsze niż skostniałe dłonie Drwala, gdy chciał rozgrzać małego. – „Ale kto cię wygnał na taki mróz, nie miał serca!” – powiedział Drwal. Na to chłopiec: „Nikt mnie nie wygnał, lecz posłał mnie do ciebie mój ojciec. Mam tu zostać z Tobą przez noc, a rano wyruszymy do naszego domu.”

Drwal nie mógł wierzyć oczom i uszom, tym mniej jeszcze we wspólną wędrówkę z bosonogim chłopcem. Jednak ten miał taką jasną i śmiejącą się twarz, że powoli zaczął mu wierzyć, gdy rozmawiali długo w noc. W końcu chłopiec opatulił Drwala w co mógł i szepnął: „Gdy się obudzisz, będę tutaj.” Następnego dnia mróz nagle zelżał i ludzie w osadzie nie mogli uwierzyć pierwszym ciepłym promieniom słońca. W końcu była to pora wiosny. Kilku mężczyzn ruszyło do chaty Drwala. Dostali się tam po kilku godzinach. Wewnątrz wszystko było oszronione, a Drwal na łożu jakby spał, spokojny i młodszy o wiele lat… Jeden z nich zaczął modlić się za zmarłego, gdy inny z zewnątrz zawołał ich, czymś zdumiony. Otóż, na śniegu były widoczne wyraźne ślady bosych stóp dwóch osób podążających w stronę, gdzie zwykle wschodziło słońce.

 

***

Czy śmierć jest tak straszna jak jej wyobrażenia na większości obrazów czy nagrobków? Czy nie jest to czasem uśmiechnięty Anioł przysłany przez Ojca, by przeprowadzić kogoś tam, gdzie sercem jakoś podążał?

 

Br Tadeusz Ruciński SSP

 

Artykuł ukazał się we wrześniowo-październikowym numerze „Któż jak Bóg” 5-2012. Zapraszamy do lektury!