Być Aniołem

W jednym z gimnazjów Pani Dyrektor zorganizowała jakąś dotację na nagrody przeróżnych konkursów – to była jej ulubiona metoda mobilizacji uczniów do ciekawych prac. Na początku września, podczas uroczystej inauguracji roku szkolnego ogłosiła konkurs na pracę o wakacjach. Praca miała być pisemna, ale wszyscy usłyszeli, że wskazane jest ozdobienie jej zdjęciami, najlepiej samodzielnie wykonanymi.

Do gimnazjum tego chodziła w większości młodzież z domów dość zamożnych. Dlatego zastanawiano się, czy pierwszą nagrodę zdobędzie Patrycja, która była na Wyspach Kanaryjskich, a wszyscy wiedzieli, że jej tata jest fotografem, wiadomo – takich zdjęć nikt nie przebije, czy Robert i Piotr – dwaj bliźniacy, którzy z rodzicami wyjechali w Alpy i tam zapisali się do szkółki wspinaczkowej. Może jeszcze Dominika, która wprawdzie nie wyjeżdżała w odległe kraje, ale pasjonowała się archeologią i przez ponad pół wakacji pomagała jakiejś ekipie, która dokonała ciekawych odkryć.

Po trzech tygodniach upłynął termin składania prac. Przez 10 dni poloniści i pan od geografii solidnie je sprawdzali, a było ich dużo, bo każdy z uczniów szkoły musiał coś napisać. Na początku października ogłoszono wynik: pierwsze miejsce zajęła Marcelina, bardzo lubiana, ale cicha koleżanka z trzeciej klasy, o której wiedziano, że z powodu wielu kłopotów rodzinnych nie mogła w tym roku nigdzie wyjechać przez całe wakacje.

Gdy w specjalnym wydaniu szkolnego biuletynu opublikowano nagrodzone prace wszyscy przyznali rację – opowiadanie Marceliny było najlepsze. Opisała spokojnie, jak jeszcze w czerwcu wpadła na pomysł, że zajmie się dziećmi sąsiadów. Wiedziała, że w domach, gdzie jest kilkoro dzieci, mama zwykle nie ma czasu i możliwości na załatwienie wielu spraw, nawet na pójście do lekarza czy do fryzjera. Akurat w osiedlu, gdzie mieszkała, było kilka takich rodzin. Porozmawiała ze swoją ciotką – pielęgniarką i na jej działce, obok domu zorganizowała plac zabaw. Ciotka zerkała przez okno, czy wszystko bezpiecznie się odbywa, a Marcelina, czasem wspomagana przez kogoś z kolegów czy koleżanek, bawiła się z kilkorgiem dzieci.

Praca była napisana z pasją, czytało się ją ciekawie i każdy musiał ze wzruszeniem przyznać, że zdjęcia uśmiechniętych dzieci dopełniały reszty. Sama Marcelina wspomniała, że wprawdzie chętnie by gdzieś wyjechała, ale tak radosnych wakacji nie miała nigdy, wakacji pełnych wesołych zabaw, ale też poczucia sprawianej komuś radości.

 

Ks. Zbigniew Kapłański

 

 

Artykuł ukazał się we wrześniowo-październikowym numerze „Któż jak Bóg” 5-2012. Zapraszamy do lektury!