Niegrzeczny chłopak w sutannie – recenzja filmu „Boże Ciało”

Z całą stanowczością, wybierając się do kina na najnowszy film Jana Komasy pt. „Boże Ciało”, należy przed seansem odpowiedzieć sobie na pytania: „Po co tu jesteśmy? Dlaczego tu jesteśmy?”. A przez następne dwie godziny należy na te pytania szukać odpowiedzi. Aby jednak ułatwić widzom to trudne zadanie, posłużę się słowami, które wypowiada ksiądz Tomasz, jeden z bohaterów ekranizacji: „Jesteśmy tu po to, żeby sobie przypomnieć coś ważnego”. I chyba to zdanie jest kwintesencją całej produkcji.

Ten film przeraża, fascynuje i onieśmiela zarazem, hipnotyzując od samego początku. Wachlarz wywołanych w widzu skrajnych emocji przejawia się w tak samo fascynujących, hipnotyzujących i przerażających oczach odtwórcy głównej roli Daniela, aktora Bartosza Bielenia. Te oczy, na których często koncentruje się kamera – skłaniają do refleksji. Mówią wiele. Mówią też usta, chociaż zaciśnięte. Za każdym razem, gdy filmowy Daniel analizuje rzeczywistość, jego usta zaciskają się w lewą stronę. Dzięki temu i widz ma czas na zebranie myśli. Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. I faktycznie, mogłoby się podpisać pod nim wielu z nas.

Daniela poznajemy w momencie, gdy ma opuścić zakład poprawczy, który był jego domem przez ostatnie lata. Ukazuje nam się jako chłopak pewny tylko jednej kwestii – że nie wyobraża sobie życia bez Boga. W poprawczaku nawiązuje duchową relację z księdzem Tomaszem, dzięki któremu pogłębia swą wiarę. Ten sam ksiądz, który stał się dla tego młodego, zagubionego człowieka ostoją i przewodnikiem ku życiu zgodnym z przyjmowanymi normami, najpierw otwiera przed nim drzwi wiary i możliwości, aby tuż po chwili brutalnie je zamknąć. I nie jest to wcale wina kapłana, ale zasad, jakie sami sobie wypracowaliśmy.

Daniel chciałby wstąpić do seminarium duchownego, ale z powodu wyroku, nie może. Po opuszczeniu zakładu poprawczego, skierowany do pracy w stolarni, udaje się do miejsca, gdzie ma zacząć pracę. Szybko jednak je opuszcza, i od tej chwili to już los kieruje jego życiem. Poniekąd przypadkiem trafia na pobliską plebanię, gdzie podaje się za księdza. Ma zostać tam na chwilę, a zostaje na dłużej. I chociaż toczy walkę pomiędzy tym, kim był, a kim jest teraz, to jednak decyduje się brnąć w swe fikcyjne kapłaństwo.

„Boże Ciało” nie jest tylko opowieścią o niegrzecznym chłopaku w sutannie. To historia o ludzkiej hipokryzji. Hipokryzji wobec wartości, norm i uczuć drugiego człowieka. Na kanwie losów Daniela maluje się obraz zagubionego człowieczeństwa, które próbuje zagłuszyć głos Boga, jednocześnie wyciągając do Niego ręce. Może dlatego jest to produkcja wywołująca tak wiele emocji. Na ekranie jawi się ból, cierpienie i poczucie niesprawiedliwości. Jednak bystre oko widza dostrzeże również zrozumienie, głód wynikający z pragnienia zmiany i wiele pokładów empatycznej miłości. I być może odbiorca sam zada sobie pytanie, jak rozumie chrystusowy krzyż? I czym jest dla niego miłosierdzie?

Film nie koloryzuje rzeczywistości, chociaż przedstawia barwną – na pierwszy rzut oka – historię. Momentami rozbawi trafnymi dialogami, jednak częściej widza wzruszy, a nawet pokusi się o odrobinę złości. Doszlifowaniem całości jest doskonale dobrana obsada aktorska. Obok znanych już nazwisk: Łukasza Simlata, Leszka Lichoty, Aleksandry Koniecznej, Tomasza Ziętka i Zdzisława Wardejna, pojawiają się obiecujący aktorzy – Bartosz Bielania w roli głównej i Eliza Rycembel. A czemu „Boże Ciało”? Może dlatego, że w obliczu Bożego, a nie ludzkiego rozumowania – wszyscy jesteśmy sobie równi. Każdy z nas należy do Boga. „Wszyscy jesteśmy kapłanami Chrystusa” – jak mówi filmowy ksiądz Tomasz. I może istotą jest słowność, co do wyznawanych wartości. A także i właściwa interpretacja zasłyszanych słów.

Ewa Rygalik – Redaktor Któż jak Bóg