W Uroczystość Wszystkich Świętych, 1. listopada wszedł  do polskich kin film „Nieplanowane”. Powstał on na podstawie książki o tej samej nazwie i oparty jest na faktach z życia Abby Johnson – jednej z dyrektorów najpotężniejszej kliniki aborcyjnej w całych Stanach Zjednoczonych.

           

 

            Chcę zaznaczyć już na samym początku, że to będzie bardzo subiektywna recenzja. I choć bardzo chciałabym opowiedzieć dlaczego, to musi wystarczyć to, że czasem w sercu każdego z nas jest takie miejsce, które wie, że się nie myli. Mając już kilka tygodni wcześniej wiadomość o tymże filmie, wiedziałam, że chcę zobaczyć go od razu po wejściu do kin. Po pierwsze dlatego, że temat jest dramatycznie złożony (prawnie i religijnie), a po drugie ukończone studia z Nauk o Rodzinie naprawdę zobowiązują. Głęboko czułam, że ten film będzie wielkim przełomem. Nie tyle dla mnie, ale i dla całego świata. Nie mówię już nawet, że dla naszego kraju, ale właśnie dla całego globu. Jeśli zaczęło się od Zachodu, czyli największego imperium tego świata, to czy może pozostać to bez echa w innych zakątkach? Pytanie retoryczne.

 

            Gdy ma się dwadzieścia kilka lat i całe życie przed sobą (choć kto z nas wie ile go zostało?) to naprawdę chce się żyć. Najlepiej, najmocniej, z całych sił w ciele. Zazwyczaj. Wiadomo, że są też gorsze dni, ale w większości zdrowy człowiek chce podejmować się rozmaitych zadań, które rozwiną jego duszę, serce i głowę. Każdy z nas chce być pionierem czegoś ważnego w swoim życiu i życiu innych. Nie bez powodu wspominam tutaj o rozwoju, ponieważ młodziutka Abby, jeszcze w trakcie studiów, będąc na targach kariery swego uniwersytetu trafiła na stoisko kliniki Planned Parenthood. Szukała swojej ścieżki. Studiowała psychologię. Przypadek? Została zachęcona do wolontariatu w klinice, zresztą bardzo zręcznie i obiektywnie dobrze. Kto nie skusiłby się na pomoc kobietom, które w świadomy sposób miałyby dbać o swoją płodność i poszerzać wiedzę o swoim ciele? Pokuszę się o stwierdzenie, że każdy z nas. Jednak to, co nastąpiło w ciągu następnych kilku tygodni, miesięcy, a wreszcie lat, pozwala zobaczyć odbiorcom tego filmu, jak zarysowany na samym początku obraz „czynienia dobra dla drugiego” zostaje przekuty w coś naprawdę…niepokojącego. Piszę tutaj „niepokojącego”, ponieważ tak naprawdę nie wiadomo jak i kiedy ta z początku dobra perspektywa pomocy kobietom się tak zmieniła. 

 

           Patrząc na życie tej dziewczyny, widziałam, że była pogubiona. Co prawda wychowana została w mocno wierzącej rodzinie, więc wydawać mogłoby się, że jej życie będzie przebiegało mocno stereotypowo pięknie. Czyli, że skończenie studiów, małżeństwo, dzieci. Tymczasem to wszystko potoczyło się zupełnie inaczej… Wyjazd na studia, zajście w ciążę, strach, pierwsza aborcja. Szybkie małżeństwo. Pomyłka. Rozwód. Kolejna ciąża. Kolejna aborcja. Strach. Kariera w klinice. Kolejne małżeństwo. Dalsza kariera. To tylko kawałek z układanki elementów życia tej dziewczyny. Czy można było pokierować nim inaczej? Na pewno. Ale czy wtedy wydarzyłyby się cuda, które spowodowały walkę z bezdusznym systemem aborcyjnym w całych Stanach?

 

           Siedziałam na kinowym fotelu we łzach i zastanawiałam się jak to jest możliwe, że codziennie tak wiele mówimy o ekologii (wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej, życie zero waste – bez plastiku, bez wyrzucania jedzenia) i o niejedzeniu mięsa, a więc niezabijaniu zwierząt, a chcemy jako świat móc zabijać maleńkich ludzi? Nie rozumiem tego. Chcemy przejąć kontrolę nad wszystkim. Nawet nad własnym organizmem, który nie został tak po prostu zaprojektowany, ale że stworzył nas wielki Bóg. On stworzył życie i my również jesteśmy zaproszeni do niesienia życia. Od początku. I nie ma tu ustępstw, bo takie są fakty, a idąc za Bułhakowem można śmiało powiedzieć, że „fakty to najbardziej uparta rzecz pod słońcem”. Bo… z faktami się nie dyskutuje. Tak jest i już.

 

            Chuck Konzelman i Cary Solomon – reżyserzy filmu „Nieplanowane” w znakomity sposób oddali fabułę filmu. Nie tylko poprzez szczerą grę aktorską, realistyczną scenografię czy nieprzeszkadzającą muzykę. Ale także przez niesamowicie subtelne zaznaczenie wątków religijnych. Uważam, że jest to fenomen, ponieważ cały przekaz filmu nie opiera się tylko o wiarę i o to kto jest tutaj lepszym człowiekiem – ten wierzący czy ten niewierzący. Sedno filmu zostało tutaj ujęte w tym, że to nie tylko wiara decyduje, że coś jest złe. Nie ma tu gotowych odpowiedzi i potwierdzenia, że jeśli zostało się wychowanym w wierzącej rodzinie to już wszystko jest przesądzone i z góry wiemy, że będzie dobre. Na szczęście w tym filmie został przedstawiony cały ciąg sytuacji, które mają nam pokazać, że bycie człowiekiem to najwyższy wymiar dobra. Samo istnienie jest już czymś niezwykłym i aby to odkryć czasem trzeba przejść przez naprawdę wiele przykrych sytuacji w życiu. W każdej z tych sytuacji jest z nami wierny Bóg, nawet jeśli my nie chcemy Go widzieć i mieć w swoim życiu. A poza Bogiem, tak jak za Abby Johnson modliły się tysiące osób, tak za nami stoi szereg rozmaitych aniołów. Możemy nie widzieć, możemy nie czuć, ale one codziennie wytrwale modlą się. Bo jesteśmy ważni. Każdy z nas. Został stworzony z Miłości do Miłości.

Redaktor „Któż jak Bóg” – Marta Kobylska