„Proszę księdza, prawie wszyscy ludzie w kościele płaczą, czy coś się stało?” – z tymi słowami trzech lektorów weszło do zakrystii w niedzielę, w dniu rozpoczęcia rekolekcji w naszej Parafii. Kończyła się Msza Święta, podczas której spowiadałem poza główną świątynią, nie umiałem nic chłopcom wyjaśnić. Ale zrodziło się zaciekawienie. Gdy wyszedłem do ołtarza pomagać przy udzielaniu Komunii Świętej, obserwacje lektorów się potwierdziły. Bardzo wielu wiernych, nie tylko kobiety, podchodziło do Stołu Pańskiego z zaczerwienionymi oczami.

 

Częściowo sprawa wyjaśniła się za kilka minut. Powodem tego wzruszenia okazały się być słowa Ojca Rekolekcjonisty. Klerycy, którzy mu towarzyszyli półżartem dodali: „zawsze, jak Ksiądz Marek jedzie na rekolekcje, można by zarobić sprzedając chusteczki higieniczne w kruchcie kościoła”.

Za dwie godziny ja sam odprawiałem Mszę Świętą. Gość głosił naukę. Wtedy nie tylko zrozumiałem całą sytuację, wtedy też postanowiłem, że poznam Go bliżej, dla samego siebie i dla czytelników DROGI, którzy na pewno skorzystają na przybliżeniu tej postaci.

 

Księże Marku, jak myślisz, czemu ludzie płakali? Nie opowiadałeś przecież o bohaterskiej matce, z narażeniem życia ratującej niemowlę spod nadjeżdżającego pociągu ani o strażaku balansującym na gzymsie dziesiątego piętra, by wydobyć z płomieni sparaliżowaną staruszkę…

Owszem, opowiadanie o takich faktach wzrusza słuchaczy, zresztą bez wątpienia tacy bohaterowie są godni podziwu. Ale nasi wierni czekają nie tyko na ogromne bohaterstwa. Jak słyszałeś, ja po prostu opowiadam o cudach w swoim życiu, cudach, którym codziennie od nowa nie mogę się nadziwić. Mówię o cudach, przez które Pan Bóg pokierował moim życiem. Moja relacja jest autentyczna, to nasi wierni czują i to ich wzrusza. BO LUDZIE W DZISIEJSZYM ŚWIECIE POTRZEBUJĄ AUTENTYZMU. Ale nie chcą autentycznej depresji, takie sytuacje są aż nadto widoczne wokół nich; chcą autentycznego zachwytu, autentycznej pasji, chęci i radości życia…

 

Mówisz, że nikogo z pożaru, ani z topieli nie wyciągnąłeś…

Ale sam zostałem wyciągnięty, uratowany…

 

To opowiedz trochę o cudach Twojego życia…

Pierwszym cudem jest to, że żyję – urodziłem się jako wcześniak, przy porodzie miałem wylew krwi do lewej półkuli mózgu, przez parę tygodni trwała batalia o moje życie. Mama modliła się na Różańcu, płakała, ufała i – była cierpliwa. Reszta Rodziny jej wiernie towarzyszyła. I przeżyłem: niewidomy i niechodzący.

 

A lekarze?

Mówili, że nie ma szans pomocy, że jedyną radą na prawostronny paraliż jest wieloletnie ćwiczenie, a na ślepotę… tylko cud.

 

Ale przecież chodzisz i widzisz!

Właśnie to są następne cuda. Od samego początku moje życie było otoczone modlitwą. W czasie batalii o życie, na początku Różaniec Mamy i Msze Święte w przyszpitalnym kościele księży orionistów. Potem – gdy byłem w domu pomiędzy kolejnymi szpitalami – pamiętam codzienny Różaniec w pokoju Babci, gromadziliśmy się tam wszyscy: Babcia, Dziadek, Rodzice, potem brat i siostra. Modlili się o cud dla Marka. A ja tęskniłem, aby kiedyś zobaczyć twarze Rodziców, aby zrozumieć, co to znaczy, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona.

 

Czy na „płaszczyźnie medycznej” zaniechano pomocy?

Nie, ale zawsze Rodzice słyszeli: „proszę sobie nie robić wielkich nadziei”. Znam i Konstancin i Ciechocinek, znam wielu masażystów; wiem, ile wysiłku włożyli Rodzice ćwicząc ze mną godzinami, gdy byłem w domu. I jak miałem 7 lat zacząłem powoli chodzić…

 

Nadal jako niewidomy?

Tak. Lekarz ordynator na oddziale okulistycznym mówił, że operacja nie ma szans powodzenia i nie chciał się jej podjąć. Gdy wyjechał na dłużej zagranicę, jego zastępca – obecnie bardzo znany okulista – powiedział Rodzicom, że właściwie nie ma nic do stracenia i. że może warto spróbować. Po piątej operacji zaczął się pojawiać skutek… choć oczy nie od razu zgrały się z mózgiem.

 

To znaczy?

Oczy są tylko odbiornikiem, dopiero mózg te informacje przetwarza na coś użytecznego. Na początku mały kamyk leżący na asfalcie wydawał mi się tak duży, że trzeba wysoko podnieść nogę, aby go przekroczyć. Ale widziałem… i asfalt i kamyk. Widziałem Rodziców, niebo i trawę. Miałem wtedy 9 i pół roku.

 

Czy to koniec cudów?

Skąd! Chyba następnym cudem jest sprawa nauki. Przecież pierwsze lata szkolne spędziłem w szpitalach i na rehabilitacji, no i jeszcze nie widziałem. Miałem lekcje indywidualne, pracowało ze mną bardzo wielu życzliwych ludzi. I ostatecznie razem ze swoimi rówieśnikami zdałem maturę w Liceum Ekonomicznym w Białej Rawskiej.

 

A dalej?

Poczekaj. Najpierw powiem, że gdy pojechaliśmy z klasą przed maturą na Jasną Górę, to po Mszy Świętej moje koleżanki i nieliczni koledzy rozpierzchli się w poszukiwaniu pamiątek, a ja na dwie i pół godziny zostałem przed Cudownym Obrazem. I tam zapragnąłem zostać księdzem. Przedtem nie śmiałem patrzeć tak wysoko.

Po maturze podjąłem to wyzwanie… Odwiedziłem ponad 20 seminariów diecezjalnych i zakonnych i wszędzie słyszałem: „Nie poradzisz sobie” albo „Ludzie będą źle patrzyli” – rzeczywiście, chodzę powoli, schody są dla mnie pewną trudnością, noszę grube okulary. Ale, czy przekonanie sprzed Jasnogórskiego Wizerunku było złudzeniem?

Pojawiła się możliwość audiencji u Księdza Biskupa Władysława Miziołka (biskup pomocniczy warszawski, obecnie już nieżyjący – przyp. Z.K.). Ksiądz Biskup powiedział: „Patrząc realnie, nie masz szans. Jest jednak coś w tobie, co mi mówi, że będziesz księdzem. Odmawiaj codziennie Różaniec, a tak się stanie.” Na razie nic nie wskazywało na spełnienie tych marzeń. Zacząłem się rozglądać za studiami humanistycznymi: może polonistyka, może historia.

We wrześniu, 3 miesiące po maturze, byliśmy z Mamą i siostrą w Warszawie na zakupach. Jadąc na Dworzec Zachodni, aby już wrócić do domu musieliśmy skorzystać z autobusu miejskiego. Mama szukając w torebce biletu, znalazła jeszcze jedną kartkę z adresem: Księża Orioniści, ulica Barska. „Pójdź, to niedaleko” – powiedziała.

 

I poszedłeś?

Jak widać… Nie chciałem sobie później wyrzucać zmarnowanej okazji. Przyjął mnie kapłan o ascetycznej twarzy, w drucianych okularach, z ogoloną głową, podobny trochę do świętego Maksymiliana Kolbego. Zapytał: „Czego chcesz?”. „Wstąpić do zgromadzenia” – odpowiedziałem. „Złóż podanie” – zakończył krótko.

Po pozytywnym rozpatrzeniu podania przez władze prowincji rozpocząłem nowicjat 26 września 1981 roku.

 

I to był koniec kłopotów?

Oczywiście, przełożeni mocno się zastanawiali, czy dam radę, czy jest to moja droga. Ale mój pierwszy rozmówca, ówczesny wiceprowincjał, ks.Antoni Miś wypowiedział zdanie, które przeważyło szalę na moją stronę. Ponieważ on pamiętał jeszcze naszego założyciela, św. Ks. Alojzego Orione, został zapytany: „Jak Ksiądz myśli, jak postąpiłby Ojciec Założyciel?”. Ksiądz Miś odpowiedział po krótkim namyśle: „KSIĄDZ ORIONE BYŁ ODWAŻNY, ON BY GO PRZYJĄŁ”.

 

Z ks. dr Markiem Chrzanowskim FDP,

moderatorem Centrum Duchowości Oriońskiej i poetą

rozmawiał ks. Zbigniew Kapłański CSMA

 

Artykuł ukazał się w marcowo-kwietniowym numerze „Któż jak Bóg” 2-2012. Zapraszamy do lektury!