Pogrzebowo zaczął się marzec, a tym samym tegoroczny Wielki Post.

 

Przesypywałem akurat popiół na mały talerzyk do wieczornej liturgii, gdy telefon dał znać, że przyszła wiadomość. Odczytałem: „Dzisiaj rano, w Środę Popielcową, zmarł brat Marek Rozborski”. Nasz współbrat, z którym poznaliśmy się 35 lat temu, o rok młodszy. Przeżył pięćdziesiąt lat i kilkanaście dni. Wiedziałem, że wieczorem będę wypowiadał słowa: „W proch się obrócisz”. Nie dawała spokoju myśl, że za jakiś czas zaczną się one ukonkretniać w ciele Marka. Później będzie to samo ze mną. Kiedy? Odsunąłem te dociekania, ale jakże śmieszne, miałkie, absurdalne wydały się w tym momencie wszystkie ludzkie niezdrowe ambicje, chorobliwe dążenia szukania uznania i zauważenia, wyniszczająca zazdrość (ta „kościelna” i „świecka”). Zwyczajne plewy, zdmuchiwane z nadejściem śmierci. Pozostaną ziarna prawdy, zwyczajnej dobroci i ukrytej prostoty.

 

Dwa dni później niespodziewanie zmarł najstarszy syn pani Marii, która codziennie i chyba od zawsze prowadzi w naszej parafii modlitwę różańcową przed Mszą świętą. Zabrakło mu kilku dni do pięćdziesiątki. Chociaż mieszkał z rodziną w Mińsku, chowany był w rodzinnej parafii, prawie sto kilometrów stąd. Pojechałem na pogrzeb z grupką parafian. Gdy wyszedłem z samochodu, podeszła pani Maria, opatulona na czarno i powiedziała takie dziwne słowa: „Ksiądz Krzysztof, śpi mój synoczek. Nie obudziłam go”…

 

Tu pogrzeb wygląda wciąż inaczej, pożegnanie jest boleśnie namacalne. Gdy ciało zostanie przywiezione do domu, całą noc czuwają przy nim bliscy. Dlatego tak ważne są „płaczki”, czyli kobiety umiejące śpiewać przy trumnie. Ich pieśni wydają się nie mieć końca. Trumna z ciałem zmarłego, po wyniesieniu z domu, zatrzymuje się na przedostatnie pożegnanie przy krzyżu stojącym na skrzyżowaniu albo skraju wioski. Trumna jest otwarta, ciało widoczne. Tutaj ktoś z bliskich umarłego, w jego imieniu, prosi by ci, którzy zostają, nie nosili w sercu żadnego żalu do niego, by przebaczyli jakiekolwiek krzywdy.

 

Ostatnie pożegnanie jest już na cmentarzu. Trumna cały czas jest odkryta. W określonym momencie każdy kto chce, może podejść do zmarłego, powiedzieć do niego kilka słów i ucałować go – w policzek, czoło, rękę. Trwa to nieraz bardzo długo, bo ludzie za życia nie zdążają sobie powiedzieć często najważniejszych rzeczy.

 

Ukochani! Gdy piszę te słowa, nadchodzą święta spotkania z Tym, który naprawdę oswoił śmierć i odebrał jej ostatnie słowo, tępiąc oścień. Ostatnim słowem nie jest już pustka i rozpacz, ale nadzieja. Dziękuję każdemu z Was, drodzy Czytelnicy „Któż jak Bóg”, za dobro nam okazywane, które przecież ma swój początek w Zmartwychwstałym Panu. Spotkaliśmy Go razem przy łamaniu chleba. Usiedliśmy na brzegu jeziora, by spożyć upieczoną rybę. Serce zabiło żywiej, bo właśnie wstawał poranek i budziło się życie.

 

Ks. Krzysztof Poświata CSMA
i parafianie z Gatowa na Białorusi

 

Artykuł ukazał się majowo-czerwcowym numerze “Któż jak Bóg” 3-2017. Zapraszamy do lektury!