Zamartwianie się, życie w bezustannym lęku, który nie pozwala na podjęcie kroku i okrada nas z radości, lub beztroskie oderwanie się od ziemi, zajmowanie jedynie „sprawami Bożymi”, a de facto ucieczka z rzeczywistości – to dwie postawy, które nie powinny cechować chrześcijanina. Niestety, są dość popularne wśród ludzi wierzących.

Jeśli chodzi o pierwszą postawę, którą cechuje nieustanne zamartwianie się o przyszłość, rodzinę, byt materialny, zdrowie, powodzenie – wydaje się, że częściej jest przywoływana podczas kazań, kiedy jest mowa o tym, by to „Bóg był na pierwszym miejscu, bo wtedy wszystko jest na swoim miejscu”. Wiadomo, że paraliżujący lęk (jeżeli oczywiście nie mamy do czynienia już z chorobą) i zamartwianie się jest sprzeczne z taką kolejnością. Padają wówczas również słowa o tym, że pandemia przypomniała nam, że jesteśmy na ziemi tylko chwilowo; często w tym kontekście słyszymy krytykę, że dzisiejszy świat chce sprawić, byśmy zapomnieli o śmierci.

Zamartwianie się to „wchodzenie w śmierć”. Wiemy jak na nas wpływa stan bezradności, osamotnienia i poczucie bycia opuszczonym. Trochę jakbyśmy naprawdę stali się „martwymi”. Czym innym jest troska. Troszczymy się wówczas, gdy mamy wpływ. Martwimy się, gdy wpływu nie mamy.

Lęk przed stratą jest naturalny, jednak Bóg mówi, że „w Miłości nie ma lęku”, a sam Jezus powtarzał wielokrotnie, byśmy się nie bali. Oczywiście nie wystarczy powiedzieć sobie: nie będę się martwił. Taka przemiana serca może dokonać się jedynie na modlitwie i poprzez Sakramenty. Kiedy mamy doświadczenie Bożej Obecności i prowadzenia. Kiedy zamiast skupienia się na swoim bólu, zaczynamy patrzeć i adorować Jezusa. Zmiana raczej nie jest możliwa siłą autosugestii.

Inaczej rzecz ma się z drugą postawą, która cechuje się zajmowaniem jedynie „sprawami Bożymi”, bo życie nie jest celem samym w sobie. Taka osoba raczej nie jest zainteresowana wydarzeniami politycznymi, cenami w sklepie, a na wszelkie problemy świata (począwszy od rozładowanego akumulatora w samochodzie, bólu gardła, wypadku samochodowego, skończywszy na wojnie w Syrii) odpowie: pomódl się, jednocześnie zapominając, że ma być świadkiem Boga nie tylko w słowie, lecz także w czynie i prócz pięknej modlitewnej rady, warto, by zadeklarowała realną pomoc fizyczną, albo chociaż nie dokładała bagażu. Jednak ta druga postawa jest rzadziej przywoływana podczas homilii jako niewłaściwa, a wręcz z pozoru wydaje się być idealną.

Oczywiście, że życie na ziemi nie jest celem i jako chrześcijanie – ludzie nadziei – dążymy do nieba i świętości. Jednak nie oznacza to, by się od tego życia oderwać i jak najszybciej chcieć umrzeć. Mamy przeżyć życie z całą jego złożonością, cierpieniem i radościami, blaskami i cieniami, a nie poszukiwać nirvany; dzięki której przestalibyśmy czuć ból. Tak jak słyszymy o tym, że świat chce sprawić, byśmy zapomnieli o śmierci, tak i w tej postawie chrześcijanin zdaje się zapomnieć, że śmierć ma również konsekwencje fizyczno-psychiczne. Bo jesteśmy ludźmi, nie aniołami. I Jezus wcielił się w człowieka, a nie anioła. Nie znaczy więc, że mamy na siłę szukać śmierci męczeńskiej, by „jak najszybciej spotkać się z Bogiem”, ani, że inni nie mają prawa do strachu przed śmiercią. Nawet jeżeli wierzą w Boga.

Chrześcijanin nie jest kosmitą, oderwanym od rzeczywistości, który po śmierci członka rodziny, będzie krzyczał „ciesz się, bo zmarł w Święto Miłosierdzia Bożego”, „dobrze, że umarł w listopadzie, bo można uzyskać odpust zupełny”, czy po ciężkim wypadku samochodowym do niepełnosprawnej osoby powie „chodź na Mszę o uzdrowienie”. Przekazywanie takich informacji osobie, która właśnie przeżyła tragedię jest co najmniej nie na miejscu i świadczy raczej o pewnej dysfunkcji osoby i karykaturalnej, wypaczonej postawie wiary.

Najpierw potrzebna jest obecność. Chrześcijanin musi BYĆ. Z głową w chmurach, stopami twardo chodząc po ziemi. Imię Boga brzmi „Jestem” i my jesteśmy powołani do „bycia” ze świadomością, że jesteśmy ukształtowani na obraz i podobieństwo Boże, ale jednocześnie nie jesteśmy Bogiem.

Ks. Krzysztof Wons SDS w książce pt: „Przyjaciele Jezusa. Marta, Maria i Łazarz” przytacza znaną przypowieść o dwóch siostrach, w której najczęściej skupiamy się na postawie Marii, która słucha Jezusa i Marty, która troszczy się o dom. Wielokrotnie słyszeliśmy, że to Maria ma być wzorem życia chrześcijańskiego. Jak jednak trafnie zauważa Salwatorianin:

„Dwie siostry wyrażają pięknie jedność miłości, nierozdzielność miłości Boga i bliźniego. Nie ma chyba nic gorszego od schizmy miłości Boga i bliźniego. Taka schizma jest owocem złego myślenia, przeciwstawiania, antagonizowania, schizma miłości jest owocem grzechu.

Zanim Jezus zgani Martę, a zgani ją przecież nie za troskliwość, pracowitość, wcześniej pochwali ją z czułością „Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele” (Łk 10, 41). Marta przypomina wszystkim Mariom siedzącym u stóp Jezusa, że miłość do Jezusa ma kolor ziemi, że trzeba umieć usiąść przy stopach Jezusa, by pobyć z Nim, i trzeba jednocześnie umieć mocno stąpać po ziemi. Stopy Jezusa, przy których siadała Maria, noszą kurz ludzkiej codzienności, ślady przebytych dróg do służenia innym.

Marta chroni wszystkie Marie przed idealizacją miłości, przed romantyzmem i teoretyzowaniem.”

I to jest fajne w chrześcijaństwie, że nie musimy być nadludźmi; możemy wątpić, możemy przeżywać, ale mamy wsparcie o jakim nam się nie śniło i sami mamy być wsparciem dla innych, choćbyśmy się bali i cierpieli. A może właśnie przede wszystkim wtedy, „bo moc w słabości się doskonali”. Jak powiedział papież Franciszek podczas pielgrzymki do Iraku, „Bóg chce dokonywać cudów właśnie poprzez nasze słabości”. Pozwólmy Mu działać nie popadając w skrajne postawy, które mogą raczej innych odstraszyć i zgorszyć.

Idźmy twardo, choćby krwawiły nam stopy, ufając, że Bóg uleczy nasze rany. „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.

Karolina Zaremba

(fot. Alicja Zinn/ pexels)