Święci Wojciech, Stanisław i Andrzej. Tych wymienimy najszybciej, gdy zapyta nas ktoś o polskich patronów ojczyźnianych. Od lat sprawują opiekę nad Polską. Hiszpanią i Portugalią zajmuje się szczególnie św. Jakub Starszy. Naszymi południowymi sąsiadami opiekuje się św. Jan Nepomucen. Rycerskimi Anglikami św. Jerzy. Pytanie, kto zajmie się pozostawionymi gdzieś na marginesie codziennego życia światowego mieszkańcami pewnej egzotycznej wyspy, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie naturalne.

 

– To prawdziwy dramat. Te kobiety potrafią wdrapywać się na wysokie drzewa… A następnie… – po minie opowiadającego to misjonarza wnioskuję, że nie jest do dla niego łatwy temat. – A następnie skaczą…

– Prosto w dół? – dopytuję podchwytując temat. – Na samą ziemię?

– Dokładnie tak. Wszystko po to, aby pozbyć się płodu…

– Wywołują poronienie, skacząc z gałęzi, chcąc pozbyć się dziecka? – upewniam się, nie do końca wierząc w to, co słyszę.

– Niestety – zawiesza głos w smutnym nastroju. Bo chwili jednak dodaje: – Są gorsze historie. Ostatnio miałem u siebie w domu pewną młodą matkę. Siedzimy wspólnie, jemy posiłek, rozmawiamy. I dopiero, kiedy ona wstała od stołu, dostrzegłem, że nosi na biodrach szeroki pas. Zapytałem, co to, podejrzewając, że to jakaś ozdoba. Dziewczyna tylko się zmieszała. Po chwili milczenia zaczęła kluczyć w wyjaśnieniach. Uświadomiłem sobie, że jest w stanie błogosławionym, a ten pas ma za zadanie tak uciskać brzuch, aby pozbyć się dziecka…

 

Duch z jeziora

– Kiedyś wędrowałem do odległej, położonej po drugiej stronie gór, parafii. Wiedziałem, że przede mną długa i niełatwa droga. Przez las, przez busz, przez wezbrane potoki. Pod górę. Wziąłem więc ze sobą tylko to, co niezbędne. Rzeczy do odprawienia Mszy Świętej, stułę do ubrania się podczas spowiedzi i kilka sucharków jako prowiant. Pamiętam, jak prowadził mnie mój kościelny. Dobry chłopak. Znał trasę. Pomagał mi, jak umiał. Niósł mój plecak. Szliśmy tak już całkiem długi czas. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się. W pewnej chwili mój przewodnik zatrzymał się. Zgłupiałem. Nie miałem pojęcia, w czym rzecz.

– Zobaczył coś? – przerywam niegrzecznie ojcu. Nie wytrzymałem. Łapię się na tym dopiero teraz. Niezwykle zainteresowała mnie ta opowieść. Teraz milczę skonfundowany, czekając aż ksiądz dokończy.

– Ja tam nic nie widziałem. Poza niewielką sadzawką. Ot, taki oczkiem wodnym schowanym w głębokim buszu.

– To jeziorko tak go przestraszyło? – pytam ponownie. Tym razem zupełnie skołowany.

– O tym miałem się dopiero przekonać – kontynuował michalita. – Mój przewodnik spojrzał na mnie, przykładając palec od ust w geście milczenia. „Stało się coś? Jakieś zwierzę?”, zapytałem. Okazało się, że nie chodziło o żadne zwierzę. Ten człowiek bał się duchów. „Musimy być cicho, aby ich nie obudzić. Mieszkają w tej wodzie”. Przez kolejne kilkanaście minut mój towarzysz nie odezwał się ani słowem. Zaczął dopiero, gdy byliśmy ładnych kilkaset metrów za oczkiem.

 

Zemsta

– Zdarza się, że wykopują zmarłego z ziemi… – rozpoczyna.

– Nieboszczyka? – nie dowierzam, robiąc oczy jak przysłowiowe złotówki.

– Tak. Nawet po dłuższym czasie po pogrzebie. Wszystko dla zemsty…

– Nie bardzo rozumiem…

– Rodzina kierowana chęcią zemsty, ucina fragment ciała swego zmarłego. Na przykład opuszek palca. A następnie przygotowuje na bazie tego truciznę…

– Nie wierzę…

– Takie są niestety fakty, mój drogi. Tak sporządzona miksturę najczęściej podstępem podaje się sprawcy zabójstwa, bądź temu, którego podejrzewa się o jego dokonanie. O zgrozo, nie zawsze oskarżony jest tym, który zabił. To się nie mieści w głowie, Stefan.

 

Potężny Patron

Tego typu historii usłyszanych na michalickiej misji w Papui Nowej Gwinei mógłbym jeszcze mnożyć i mnożyć. Podczas kilkutygodniowego pobytu tamże usłyszałem ich bowiem na pęczki. Wyłania się z nich obraz społeczeństwa zupełnie odmiennego od wszystkich tych, do których przywykliśmy, mieszkając w krajach Europy czy Ameryki. Pierwotna kultura plemienna bardzo często niesie ze sobą przywiązanie do zgubnie pojmowanej tradycji. Tak jest niestety bardzo często w wojowniczo nastawionym społeczeństwie Papuasów. Podzieleni na ponad tysiąc plemion i klanów, posługujący się około 800 językami… Po części nadal żyjący w epoce kamienia łupanego. Z tą różnicą, że do ich lepianek raz na jakiś czas przybędzie członek plemienia, który będąc w mieście nabył sobie telefon komórkowy. Tak odbywa się tutaj niespotykany nigdzie wcześniej w historii człowieka przeskok cywilizacyjny. Bez przygotowania, bez etapów przejściowych, bez żadnego stopniowania. Śpiący na twardej ziemi, w gliniastych lepiankach, kupujący żony za świnie, a jednocześnie znający na pamięć numer telefonu do teściowej.

Nie ma co ukrywać. Warunki życia na Papui się zmieniają. Dziś zamiast wysyłać gońca z informacją o śmierci członka do krewnych mieszkających za górami, wystarczy mieć zasięg. Pogańskiej wiary w gusła już tak łatwo jednak wyplenić się nie da. Potrzeba pomocnika. Kogoś silniejszego. Sam człowiek nie da rady. Choćby nie wiem, jak bardzo się starał.

W niespełna dwa lata po odzyskaniu przez Papuę Nową Gwineę niepodległości, w 1978 r., po licznych dyskusjach i przemyśleniach samych księży pracujących na wyspie, Jan Paweł II przychylił się do prośby biskupa stolicy nowopowstałego kraju, Port Moresby: Hermana To Paivu, aby patronem Papui ogłosić św. Michała Archanioła.

Jak wyjaśniał to swego czasu jeden z największych znawców Papui, nieżyjący już śp. o. Zdzisław Kruczek CSMA, chodziło o takiego świętego, który da siłę w rozmowach z mieszkańcami wyspy, wśród których wiara w duchy zmarłych przodków była wciąż nader silna. „Św. Michał Archanioł jest duchem – doskonałym, dobrym, asystującym życiu każdego. Dlaczego zatem nie nawiązywać do tradycyjnej religijności i nie dopatrzyć się pewnych odniesień, znaleźć punkt styczny?” – wnioskował o. Kruczek.

Znamienny jest również fakt, że pierwsi misjonarze, którzy przybyli na Papuę ewangelizować i głosić Dobrą Nowinę, zaczęli swą działalność 29 września. Chyba nie musimy tłumaczyć naszym Czytelnikom, co to za data…

Dzień wspomnienia św. Michała Archanioła stał się wiec w Papui-Nowej Gwinei pierwszym dniem w młodej i krótkiej póki co historii Kościoła katolickiego na tej drugiej co do wielkości wyspie świata.

 

Przesuwająca się góra

W kościele panuje przyjemny półmrok. Nastrój modlitwy. Część wiernych od dłuższego czasu ma zamknięte oczy. Są pogrążeni we wspólnym uwielbieniu. Modlą się za papieża, modlą się za Kościół, modlą się o jedność. W pewnej chwili do mikrofonu podchodzi ojciec Józef. Rozpoczyna anielski manifest. Ten sam, którego nauczył nas odmawiać papież Leon XIII. Zaczyna powoli.

– Santu Arkensel Maikel, sambai na helpim mipela long pait…

Po kilku chwilach modlitwę podłapuje cały kościół. Robi się coraz głośniej i głośniej…

– …sanap olsem banis bai belhat na ol giaman bilong seten i no ken faunim mipela. Mipela i pre bai God i sakim em… – chyba nie ma w tej chwili w kościele nikogo, kto by nie powtarzał słów dobrze znanej modlitwy do św. Michała Archanioła. Znają ją tu wszyscy. Kilka lat temu została przetłumaczona na język pidgin. Od tej pory modlitwą do świętego Patrona kraju kończy się tutaj każde nabożeństwo.

Jego dostojna szczupła i umięśniona sylwetka stoi na pospiesznie skonstruowanym piedestale ulokowanym na szczycie wzgórza. Znam tę postać. Znam tę figurę. Szeroko rozpostarte skrzydła. Czerwony płaszcz. „Sandały-rzymianki” na nogach. Dodatkowo w pasie Anioł przepasany jest żółto-zielonymi frędzlami. Ktoś nałożył na głowę Świętego opaskę w analogicznych barwach. To św. Michał Archanioł. A te barwy to barwy bractwa służącego potężnemu Archaniołowi. Gromadzącego się na świętej górze Muk.

– Papuasi lubią takie miejsca – tłumaczy mi ojciec Bogdan. – Dla nich to taka namacalna metafora podążania w życiu za tym co trudne, po co trzeba się wspiąć. No i skąd widoki na wszystko dokoła są niczym z nieba.

Faktycznie. Msza polowa na szczycie na długo pozostanie w mojej pamięci. Przystrojony kwiatami ołtarz. Zielone krzewy dokoła. Pogrążeni w modlitwie członkowie bractwa św. Michała Archanioła. I sam Patron. Stojący jakby nieco z boku. Ale prawdopodobnie znajdujący się bardzo blisko serc każdego ze stojących tutaj ludzi. Mam wrażenie, że gdyby powiedzieli w tej chwili owej górze, aby się przesunęła, ona bezzwłocznie by to zrobiła. Taka jest ich wiara.

I taki jest efekt pracy św. Michała Archanioła w tym zapomnianym przez świat zakątku ziemi. Zakątku, w którym kobiety potrafią abortować własne dzieci skacząc z wysokich drzew, gdzie nadal wierzy się w duchy i oddaje im cześć, gdzie potrafi się wykopać nieboszczyka dla uskutecznienia zemsty. Ale także zakątku, w którym potężny Anioł zaczął właśnie wprowadzać porządki. Z włoskim Gargano już Mu się udało (po odprawiającym się tamże niegdyś kulcie mitycznego wróżbity Kalchasa nie ma dziś śladu). To i z Papuą poradzi sobie bez trudu. Zmarły w 1981 r. biskup Herman To Paivu dobrze wiedział, kogo proponuje papieżowi. Nie pomylił się.

 

Stefan Czerniecki

 

 Artykuł ukazał się w majowo-czerwcowym numerze „Któż jak Bóg” 3-2016. Zapraszamy do lektury!