Wojna z Chinami, potężny kryzys gospodarczy, upadek Zachodu, przewroty społeczne, rozpad instytucji międzynarodowych i cywilizacyjny regres to futurologiczne koncepcje, które pojawiają się w dzisiejszej publicystyce w odniesieniu do skutków pandemii koronawirusa. Jaka będzie przyszłość? Tego nie wiemy, bo i zbyt wiele czynników wpływa na dzisiejszy świat. Kwestią przyszłości powinni zajmować się politycy i futurolodzy, nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że w zwykłym życiu ludzi pojawiają się już pierwsze owoce epidemii. Niestety, ofiarą padnie także życie duchowe.

Okres wprowadzenia obostrzeń związanych z „narodową kwarantanną” spowodował, że wszyscy znaleźliśmy się w nowej sytuacji. Wielotygodniowe zamknięcie w domu, lęk o zdrowie swoje i najbliższych, praca zdalna lub jej brak, całodobowa opieka nad dziećmi, słabszy dostęp do sakramentów nie pozostają bez echa w naszej psyche. Jako kierownik duchowy przekonany jestem, że dla wielu będzie to sytuacja nie do udźwignięcia. Wbrew pozorom osobowości neurotyczne dosyć dobrze poradzą sobie z sytuacją kryzysową. Nie o nich się martwię. Dla nich życie w stresie i napięciu to „chleb powszedni”. Opinię tę podziela także większość psychiatrów. Problem może pojawić się u ludzi, którzy w normalnych czasach funkcjonowali w miarę dobrze, ale na dłuższą metę zaniedbali swoje zdrowie psychiczne i duchowe. Chodzi tu o „letnich” katolików, którzy być może skorzystali z okazji, żeby odpuścić sobie zajmowanie się na poważnie sprawami ducha pod pretekstem sytuacji nadzwyczajnej. Niestety przekonany jestem, że oni do kościoła po epidemii już nie wrócą. Wiem, że zdania będą tu podzielone. Jedni powiedzą, że dobrze się stało, inni bronić będą poglądu, że nie ma ludzi „niegodnych” zewangelizowania. Jednak, z uporem twierdzę, że ich sytuacja będzie nie do pozazdroszczenia.

Idąc dalej trzeba powiedzieć, że sytuacje nadzwyczajne powodują, że zwiększy się liczba samobójstw, nerwic, depresji, nałogów, zniewoleń i opętań.

Moim zdaniem długoterminowy stan duchowy społeczeństwa zależy w gruncie rzeczy nie tyle od duszpasterstwa ogólnego, ale przede wszystkim od duszpasterstwa małych grup i powszechności kierownictwa duchowego. Duszpasterstwo ogólne radzi sobie w czasach epidemii całkiem nieźle. Środki przekazu i pomysłowość księży zapewnia kontakt z parafianami i wydaje się, że w wielu przypadkach wytworzyły poczucie wspólnoty i odpowiedzialności za dobro parafii. Obudziły się jednocześnie ukryte osobowości społeczne, które z autentycznym poświęceniem wspierają księży. Limity w kościołach nie będą też trwały wiecznie. Pod tym względem wszystko powinno wrócić do normy szybciej niż później.

Moim zdaniem długoterminowy stan duchowy społeczeństwa zależy w gruncie rzeczy nie tyle od duszpasterstwa ogólnego, ale przede wszystkim od duszpasterstwa małych grup i powszechności kierownictwa duchowego.

Idąc dalej trzeba powiedzieć, że sytuacje nadzwyczajne powodują, że zwiększy się liczba samobójstw, nerwic, depresji, nałogów, zniewoleń i opętań. Sytuacja jest na tyle trudna, że dzisiaj dostęp do psychologów, spowiedników i kierowników duchowych jest ograniczony, a nawet niemożliwy. Zresztą nie ma co ukrywać, że niedobór „specjalistów od dusz ludzkich” nie jest problemem nowym. Z bólem serca muszę przyznać, że ta forma duszpasterstwa była w Polsce traktowana po macoszemu. Kierownictwo duchowe traktowane było jako dodatek do duszpasterstwa – jako „hobby” księży zapaleńców, którzy zamiast wziąć się do roboty, tylko gadają z ludźmi o niczym. Można je było prowadzić tylko w przerwach między obowiązkami duszpasterskimi. Zabrakło chęci i profesjonalnego przygotowania. Nigdy, wbrew pozorom, nie brakowało natomiast chętnych do poddania się kierownictwu. Dobrze wiedzą to duszpasterze, którzy od lat siedzą w tym temacie. Dzisiaj braki w tej dziedzinie zemszczą się niemiłosiernie nie tylko na ludziach, ale i na samych księżach. Powtarzany jak mantra apel o to, aby wrócić do duchowości, bo to na niej – a nie na obrzędowości i szkolnej katechizacji – opiera się się autentyczna relacja z Bogiem i miłość do Kościoła, pozostał bez echa. Szkoda, wiele szans zmarnowano bezpowrotnie.

Kierownictwo duchowe traktowane było jako dodatek do duszpasterstwa – jako „hobby” księży zapaleńców, którzy zamiast wziąć się do roboty, tylko gadają z ludźmi o niczym. Można je było prowadzić tylko w przerwach między obowiązkami duszpasterskimi.

Aktualna sytuacja rodzi problem bezpośredniego dostępu do kierowników duchowych i spowiedników. W wielu przypadkach niemożliwe jest spotykanie się w takim wymiarze, jak to miało miejsce w czasach przed epidemią. Szczególnych charakter sakramentu spowiedzi uniemożliwia kontakt wirtualny z penitentem, natomiast kierownictwo duchowe może funkcjonować w pewnych ramach w postaci kontaktu bezosobowego, ale na dłuższą metę będzie domagało się bezpośredniego kontaktu, aby zweryfikować in vivo sytuację penitenta.

Nie wiem, jaka będzie przyszłość, ale też zaryzykuję stwierdzenie, że kondycja duchowa społeczeństwa ulegnie znacznemu pogorszeniu. Być może czeka nas nawet kryzys duchowości, która zamknięta została w czterech ścianach przed ekranem telewizorów, komputerów i telefonów komórkowych. Obym był złym prorokiem!

Bez duchowości zginiemy. Bez niej nie pozostanie po nas absolutnie nic!

Wszystko wskazuje na to, że czekają nas ciężkie czasy, ale jak mawiają Chińczycy, każdy kryzys jest szansą. Może i tym razem będzie tak, że to co nas nie zabije, to nas wzmocni? Ponowię zatem mój osobisty apel: „Bez duchowości zginiemy. Bez niej nie pozostanie po nas absolutnie nic!”.

ks. Mateusz Szerszeń CSMA