Jezus powiedział do swoich apostołów: „Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”.

Życie nie jest przykrym obowiązkiem żyjącego. Jedną z umiejętności w sztuce życia jest odnajdywanie swojego miejsca, które nazwać można również odkrywaniem własnego powołania. Świadomość, że to nie ja wybieram powołanie, ale że „jestem powołany” przez kogoś innego, może frustrować człowieka. Pogodzenie się z tym faktem ma jednak kolosalne znaczenie dla naszej przyszłości. Skoro jestem powołany, to znaczy, że mam do wykonania bardzo konkretne zadanie, z którego zostanę rozliczony.

W sytuacjach, gdy coś staje na przeszkodzie naszemu powołaniu ważne jest, aby – mówiąc kolokwialnie – do końca robić swoje. Nie można oglądać się na innych i wybiegać w przyszłość. Tylko „tu i teraz” realizuję to, co Bóg mi polecił. Wypełniam obowiązki, znam swoje siły i wartość, we wszystkim poszukuję Boga. Tu nie chodzi o skuteczność, ale o nieużyteczność. Im słabszy jestem, tym więcej łaski potrzebuję i nagle z niczego wychodzi coś, bo przecież wykonałem tylko to, co powinienem wykonać.

Ks. Mateusz Szerszeń CSMA