Wierzę w istnienie mojego Anioła Stróża. Tak. Ufam, że jest przy mnie także teraz, gdy piszę ten tekst. I że był pamiętnego dnia, gdy ksiądz Piotr, naczelny naszego dwumiesięcznika, zaproponował mi własną rubrykę. Rubrykę, w której miałem pisać właśnie o Aniele Stróżu. O przygodach przeżywanych wraz z Nim. Zwykle o tych bardziej niebezpiecznych.

 

Bo – co tu ukrywać – taka nasza natura. W przypadku tych właśnie przygód Jego interwencje stają się jakby bardziej namacalne, jakby bardziej drastycznie odmieniające nasze postrzeganie rzeczywistości duchowej.

Choć o przygodach bardziej pozytywnych pisać też będę. A i owszem. Bo skoro On jest przy mnie zawsze, i w noc, i w dzień, to jest obecny również przy tych drugich. Na dobre i złe. Dziś jednak o przygodzie z gatunku tych groźniejszych, znacznie bardziej niebezpiecznych.

Działo się to pamiętnego zimowego dnia. W lutym przed dwoma laty. Zupełnie niedawno. Gdy wraz z przyjaciółką miałem przyjemność podróżowania po dalekiej Australii. Tego dnia nic nie zwiastowało, że może wydarzyć się prawdziwa tragedia. Że ten dzień może okazać się zarazem naszym ostatnim. Ale po kolei…

 

W drogę na Cape Tribulation

– Masz pewność, że sobie poradzisz? – od samego ranka w głosie Magdy dawało się wyczuć nutkę troski. I niepewności zarazem. Chyba faktycznie bała się jechać ze mną autem z kierownicą umieszczoną po prawej stronie.

– Pewności nie mam żadnej. Jadę takim autem po raz pierwszy – odpowiedziałem z uśmiechem. Dodając po chwili z humorystyczną przekorą – Na pocieszenie mogę ci tylko zdradzić, że odcinek z wypożyczalni samochodów do naszego hostelu przejechałem bez wypadku. Ufam, że to cię przekona, aby wejść.

– Bardzo śmieszne, Stefan, bardzo – Magda chyba naprawdę się martwiła. – Pamiętaj, że mamy dziś do przejechania ponad sto kilometrów… Na pewno czujesz się na siłach, aby jechać? Dasz radę?

– Nie mam wyjścia. Wizja dzikich plaży wschodniego wybrzeża kusi mnie aż zanadto. Bądź spokojna, będę uważał.

I rzeczywiście. Tego dnia jechałem wyjątkowo uważnie. Poza notorycznym włączaniem wycieraczek na przedniej szybie (znajdująca się przy kierownicy w systemie europejskim dźwignia od migacza jest w systemie prawostronnym odpowiedzialna za wycieraczki), wszystko szło dobrze. Pogoda dopisywała. Jak na luty, mieliśmy prawdziwe tropiki. Z nieba lał się żar. Ani kawałka chmurki. I to cudnie zroszone morską wilgocią powietrze. Warunki do odpoczynku wprost wymarzone!

Trudno się dziwić, że z każdym kolejnym kilometrem humory dopisywały nam coraz bardziej. Lęk został daleko w tyle. Przed nami zaś roztaczała się przepyszna perspektywa fantastycznego czasu. Spędzonego w dziewiczym zakątku Przylądka Tribulation. Tam jechaliśmy.

 

Przylądek boleści

„Cape Tribulation” można tłumaczyć w języku polskim jako „Przylądek Utrapienia”. Niektórzy dodają „Przylądek Kłopotów”. I faktycznie. Spore kłopoty miał na nim niejaki James Cook. Kapitan okrętu „Endeavour”, którym to pokonywał swego czasu Wielką Rafę Koralową. Wraz z załogą wypłynął przeszło dwa lata wcześniej z brytyjskiego portu w poszukiwaniu owianego legendą Południowego Kontynentu (tzw. „Terra Australis”). Cook był przekonany, że gdzieś tam, na południowych morzach, musi znajdować się wielki, nieodkryty kontynent. Z pewnością pełen wszelakich bogactw. Gdy w 1770 roku doszło do zderzenia kadłuba jego okrętu z jedną z raf, Cook nakazał załodze wyrzucić za burtę niemal cały zapas żywności. Próbował odciążyć statek.

Decyzja okazuje się strzałem w dziesiątkę. Zacumowany statek podnosi się, a Cook wraz z załogą są uratowani. Przybijają do wybrzeży dzisiejszej Australii w okolicach Cooktown. O pamiętnym przylądku, gdzie miała miejsce cała groźna historia, kapitan wspomni w swoim dzienniku. To właśnie tam po raz pierwszy użyje sformułowania „Cape Tribulation”: „Oto tu, w tym miejscu, zaczynają się wszystkie moje problemy i boleści (tribulations)”.

Faktycznie, kapitan Cook miał prawo mówić o pechu. I o „boleści”. Ale czy ja – po niespełna 250 latach od tych wydarzeń – miałem prawo spodziewać się podobnych perypetii?

 

Pierwsze ostrzeżenie

Patrząc dziś zupełnie uczciwie, trzeba odpowiedzieć: „Tak. Miałem prawo”. Wystarczy przecież otworzyć pierwszy lepszy ranking klasyfikujący „najbardziej niebezpieczne plaże świata”, by zorientować się, że obrany za cel naszej dzisiejszej wycieczki Cape Tribulation zawsze znajduje się w topie.

W jednej z podobnych klasyfikacji przeczytałem swego czasu taki opis plaży: „Tamtejsza plaża stanowi dom dla meduz, jadowitych węży, krokodyli i kazuarów.”. Póki co jednak nic o moich „odkryciach” nie mówiłem Magdzie. Uznałem, że nie ma jej co denerwować. Będziemy decydować na miejscu.

Po ponad dwóch godzinach dojechaliśmy. Naszym oczom ukazała się pocztówka ze świata zaginionego. Prawdziwy dziki świat. Ocean, plaża, busz. I nikogo wokół. To było zastanawiające. Od dobrych kilkudziesięciu minut nie mijaliśmy żadnego auta. Droga była na naszą wyłączność. Nikt nas nie mijał. Nie było też widać żadnego pieszego. Powoli wszystko to zaczynało wydawać się podejrzenie dziwne.

Co gorsza nie było kogo zapytać. Wkoło ani żywej duszy. Po kilku chwilach zastanawiania się postanowiliśmy jednakowoż ruszać dalej.

Dojechaliśmy w ten sposób do miejsca, gdzie drogę finalnie przecinała rzeka. Obok wbita była w ziemię tabliczka z informacją, że dalej przejedzie wyłącznie auto z napędem 4×4. Nasze osobowe maleństwo nie miał prawa sforsować tej wody.

Wychodzę z samochodu. Pora rozprostować nogi. Jest przecież ku temu fantastyczna okazja. Wokoło szum wody. Zielone liście australijskiego buszu. Przelatujące ponad głowami papugi. Tajemniczy szelest w zaroślach.

– Stefan! Stefan! – krzyczy w moim kierunku siedząca nadal w samochodzie Magda. – Spójrz tam, na tę tabliczkę!

Tabliczka faktycznie jest. Inna niż poprzednia. Stoi wbita przy brzegu rzeki, do której sforsowania potrzebne jest rzekomo auto z napędem na cztery koła. Ta tabliczka jednak nie mówi już nic o samochodach. Mówi o… krokodylach. Lojalnie ostrzega. Uprzedza.

„Uwaga na krokodyle. To ich teren. Spotkanie może skończyć się śmiercią”. Informacja na tablicy nie przebiera w słowach. Jest konkretna i dosadna. Może jednak wrócę do auta.

 

Niedowierzający turysta z łodzi

Przez kilka chwil jedziemy w milczeniu. Sami nie wiemy, czy przed chwilą ktoś znowu nie uratował nam skóry. Czy przypadkiem przez cały ten czas spaceru wzdłuż brzegu rzeki jakieś drobne oczka nie obserwowały trasy naszego marszu. Czy czasem nie czekały na najlepszy moment. Tego się już raczej nie dowiemy.

Dojeżdżamy wreszcie do upragnionej plaży. Takiej wyjętej z pocztówki. Są palmy, jest biały piasek. Jest wreszcie seledynowa toń ciepłego Morza Koralowego. Przed wejściem na plażę pustki. Nie ma ani aut, ani ludzi. Nikogo. Stoi jedynie znak. Znowu. Tym razem przedstawiający meduzę i tonącego obok człowieka.

Owszem, słyszałem już coś o toksycznych i niebezpiecznych meduzach patrolujących australijskie wody, ale bez przesady…

– Magda, idziemy się kąpać? – wypalam bezceremonialnie.

– A widziałeś ten znak?

–Tak, widziałem. I co?

– No… – Magda na chwilę daje zbić się z tropu. – No… Przecież tam było napisane, że tutaj są jakieś niebezpieczne meduzy…

– A daj spokój. Muszą coś napisać, żeby potem na wszelki wypadek mieć alibi. Ja tam wchodzę. Przy takim słońcu i upale nie wykąpać się? Przecież to by było niedorzeczne.

Chlupoczę się już kilka, może kilkanaście minut. Po tym czasie dołącza do mnie Magda.

– Spójrz na tę łódkę – wskazuję znajomej niewielką zatrzymującą się w pewnej odległości od nas motorówkę z turystami. Pierwszymi ludźmi, jakich widzimy od pewnego czasu. – Ha-ha! Pewnie pokazują sobie, jakich to cymbałów udało im się znaleźć na morzu. Ha-ha!

Po niemal półgodzinnej kąpieli wracam na plażę. Dopiero teraz z łódki wychodzą ludzie. Jeden z nich zbliża się do nas i z miną człowieka, który dopiero co zobaczył ducha, oznajmia:

– Widzieliście znak?

– Jaki znak? – odpowiadam spokojnie, nie przerywając wycierania się ręcznikiem.

– Tam… Tam, przy wejściu na plażę.

– A, ten z meduzami? Tak, to widzieliśmy.

– Wiesz, co właśnie zrobiłeś? Masz pojęcie, jak bardzo ryzykowałeś?

– Po pańskiej minie podejrzewam, że chyba nie do końca – powoli tracę rezon i pewność siebie. Ten facet naprawdę wygląda na przejętego.

 

Jedź podziękować Bogu za życie

Dziś już wiem. Ta plaża to była żyjąca śmierć. Przeszło pięciometrowe krokodyle, lubujące się w słonej wodzie wschodniego wybrzeża Australii. Cechujące się najsilniejszym uściskiem szczęki ze wszystkich znanych żywych i wymarłych zwierząt na świecie. Wynoszącym 3700 funta na cal kwadratowy [psi] (dla porównania: hiena może pochwalić się 1000 psi, zaś żarłacz biały i lew ledwie 600 psi). Prócz krokodyli również potężne morskie węże. I coś jeszcze. Twarz naszego rozmówcy robi się coraz bardziej blada.

– Zatrzymaliśmy się łodzią, aby was obserwować. Z przerażeniem. Które z was pierwsze zginie.

– Ale dlaczego? Chodzi o te krokodyle?

– Nie tylko. Również o miliony maleńkich meduz.

– Tych, przed którymi ostrzegają na znaku?

– Dokładnie. To cisi zabójcy. Uśmiercają w kilkanaście minut. Nie zdążylibyśmy dowieźć was nawet do szpitala. Bylibyście bez szans…

– I dużo ich jest?

– Zwykle nie, ale teraz w lutym mają swój okres rozmnażania się. Pojawiają się wraz z pływami. Obecnie jest ich najwięcej.

– Najwięcej, to znaczy ile? – dopytuję namolnie.

– Człowieku, miliony. Rozumiesz? Miliony!

– … – tym razem nic już nie odpowiadam.

– Jedź do domu i dziękuj Bogu za ocalenie życia.

 

Obietnica bez pokrycia

Tym razem nasza podróż powrotna była już znacznie cichsza niż po poprzedniej przygodzie. Jechaliśmy, bojąc się odezwać. Jedno przed drugim. Ja przed Magdą, że ją namawiałem. Ona przede mną, że nie odwiodła mnie od tego szalonego pomysłu.

Po dziś dzień nie wiem, jak daleko moja zagarniająca wodę przy pokonywaniu stylem grzbietowym kolejnej fali dłoń mijała się z nadciągającą przeźroczystą minimeduzą. Czy to był metr, 50 centymetrów, a może ledwie kilka milimetrów? Nie wiem.

Wiem jedno. Że także i tym razem był ze mną mój Anioł Stróż. I chociaż moje zachowanie było absolutnie lekkomyślne i niedopuszczalne, ufam, że skoro mnie uchronił po raz kolejny, to taka była wola dobrego Boga. Widziałem to w oczach tego mężczyzny. On nie rozumiał, dlaczego wciąż żyjemy. Dlaczego nikomu z nas się nic stało. Skoro turystom pływającym na łódkach wokół Cape Tribulation zabrania się nawet wkładania palców do tej wody…. Dlaczego tym białym przybyszom z Polski się udało?

Pójdę więc zaraz na klęczkach do modlitwy i raz jeszcze podziękuje Mu za tak fantastycznego Opiekuna. Najlepszego z możliwych. Bo cóż mogę zrobić więcej? Poza obiecywaniem sobie, że już nigdy więcej takich głupot nie popełnię.

I będzie to kolejna obietnica z rzędu.

 

Stefan Czerniecki

czerniecki.net

 

Artykuł ukazał się w styczniowo-lutowym numerze „Któż jak Bóg” 1-2019. Zapraszamy do lektury!