Ks. Stanisław Nowak nie odwiedzał redakcji z pustymi rękoma. Prosto z Południowej Ameryki przywiózł nam pełną torbę yerba mate i sztabkę miejscowego przysmaku, będącego czymś pomiędzy naszą chałwą, a czekoladą. Przede wszystkim jednak przywiózł porywające świadectwo i multum pasjonujących opowieści.

Niech ksiądz powie, jak właściwie mówić współczesnemu człowiekowi o Bogu?

Przede wszystkim trzeba mówić w ogóle. Dalej – mówić musimy językiem miłości i szczególnie do tych, którzy nie wierzą lub od wiary odeszli. Ten język przemawia bowiem do każdego, zawiera się w najprostszych rzeczach. Dobroć… zrozumienie… przebaczenie… uśmiech… codzienne pozdrowienie… W ten sposób można komunikować się nawet z ateistami, wystarczy, że są otwarci na tę dobroć.

I to właśnie postanowił ksiądz robić… Mówić o Bogu ludziom, którzy wiedzą o nim zbyt mało… Uczyć ich języka miłości…

Tak… To już niemal 15 lat od kiedy wyjechałem do Paragwaju. Zgłosiłem się jeszcze w nowicjacie. Święcenia przyjąłem już poza krajem, w 1991 roku.

I jak, łatwiej mówić o Bogu Paragwajczykom, niż Polakom?

To jest w żaden sposób nieporównywalne. Mamy całkowicie inną historię, kulturę, tradycję. Wiara Polaków jest wiarą ich przodków, wiarą tysiącletnią. W Ameryce ta historia chrześcijaństwa jest o połowę krótsza. Polacy od dziecka byli przyzwyczajeni do chodzenia na Mszę co niedziela. Taki pozytywny zwyczaj, który wykształciliśmy – szliśmy, niezależnie od pogody, pory roku, odległości. W Paragwaju ten zwyczaj po prostu nie istnieje. W Argentynie, gdzie również posługiwałem przez 3 lata, jest zresztą podobnie.

Statystyki pokazują, że np. w Buenos Aires jedynie 2% spośród osób deklarujących się jako katolicy, chodzi do kościoła. Na prowincji jest to 10, góra 15%. Chociaż ponad 80% Argentyńczyków jest przecież ochrzczonych. Ci ludzie nie widzą zależności między wiarą, którą deklarują, a chodzeniem do Kościoła. A jak ma się rozwijać wiara, bez uczestnictwa w Eucharystii?

Ale przecież swego czasu cieszyła się dużą popularnością w Ameryce Południowej, jak i Środkowej, choćby tzw. teologia wyzwolenia…

W momencie, gdy przybyłem na kontynent ten ruch już powoli wygasał… Zresztą w Paragwaju nie było to nigdy szczególnie silne zjawisko. Tym niemniej pamiętajmy, że, co jest precedensem, prezydentem tego kraju jest były biskup katolicki, Fernando Lugo. Faktycznie, wykazuje on w wielu kwestiach lewicowe poglądy, nie miesza ich jednak z prawdami teologicznymi. Lugo sam zrezygnował zresztą z posługi kapłańskiej.

Skąd się w takim razie biorą te wszystkie tendencje sekularyzacyjne, to całe zeświecczenie, które dotyka społeczeństwa Ameryki Południowej?

Nakłada się na to wiele czynników. Z jednej strony wciąż silny jest wpływ tej całkowicie odmiennej kultury i tradycji, o której wspomniałem. Wciąż żywa jest tu pogańska mentalność, będąca pozostałością po wierzeniach indiańskich. Wartości, które przekazuje chrześcijaństwo, nie mogły zostać na takim podłożu przyswojone szybko. A tymczasem, zanim zdążyły się one zakorzenić, nadeszło zderzenie z tzw. „kulturą zachodu”, z „nowoczesnością”, z tymi wszystkimi prądami liberalnymi i lewicowymi.

Społeczeństwo takie, które nie ma ukształtowanego stabilnego systemu wartości, jest szczególnie podatne na zagrożenia, które za tymi idą – wyuzdanie, narkomanię i wiele innych problemów. Nie ma tu dnia bez gwałtów, kradzieży, napadów. Wielu mężczyzn żyje tylko i wyłącznie z rabunków, wielu urzędników żyje dzięki łapówkom. Przestępczość jest niesamowita, nie tylko w slumsach. A dlaczego? Bo społeczeństwu brakuje moralnego kręgosłupa… Ta fala zła porywa w pierwszej kolejności ludzi o słabej wierze.

Chociaż taka powierzchowna pobożność jest chyba w tym regionie globu dość powszechna. Opowiadał o tym kiedyś Wojciech Cejrowski na przykładzie kultu Matki Bożej z Guadalupe. Widać to zresztą również nawet w produkowanych tu operach mydlanych, gdzie bohaterowie często nie wychodzą w ogóle za próg bez błogosławieństwa ze strony kogoś z domowników.

Na pewno coś w tym jest. Tutaj nawet każdy sklep ma swojego świętego patrona, któremu oddaje się pod opiekę, przynajmniej na szyldzie. Chociaż akurat zwyczaj proszenia o błogosławieństwo, tak popularny w Paragwaju, jest godny pochwały. Sam staram się go propagować. Gdy obejmowałem parafię, o błogosławieństwo po Mszy Świętej prosiły mnie pojedyncze osoby, dzisiaj zaczynają się po nie ustawiać kolejki.

No ale jak ich ksiądz do tego przekonał? Od czego w ogóle trzeba zacząć? Jak skłonić ludzi choćby do modlitwy?

Naukę musimy zaczynać od podstaw. Jak Pan Jezus do którego uczniowie przyszli prosząc, by nauczył ich się modlić. Pierwszą modlitwą, której powinno się uczyć jest „Ojcze nasz”. To modlitwa, która wyszła z serca, umysłu i ust Jezusa Chrystusa – trudno o lepszą. Szukamy dziś wielu różnych technik modlitewnych, a tymczasem w tym „Ojcze nasz” zawarta jest w zasadzie pełnia modlitwy.

Oczywiście, uczę również ludzi nabożeństw do św. Michała Archanioła, bywają one nawet nadawane w lokalnym radio. Kult św. Michała na pewno pomaga „moim” wiernym w budowaniu relacji z Chrystusem; przede wszystkim uświadamia im istnienie szatana, który w tamtejszej kulturze bywa tematem tabu.

Bardzo ważną rzeczą jest, by przypominać ludziom, że modlitwa nie musi zabierać im czasu – mogą się modlić w podróży, czy wykonując domowe obowiązki. Nawet krótkimi wyznaniami swojej wiary i miłości, aktami strzelistymi – mówiąc chociażby: „Panie Jezu kocham Cię”. To takie trochę SMS-y duchowe… [śmiech] Ludzie twierdzą dzisiaj, że brak im czasu na modlitwę, a przecież wysyłają dziennie po kilkadziesiąt SMS-ów…

Może dlatego słychać u nas coraz częściej głosy kapitulujące przed współczesnością? Nawet niektórzy hierarchowie kościelni zdają się czasami sugerować, że może przyszłość Kościoła Katolickiego jest w krajach, gdzie wiedza o Panu Jezusie dopiero dociera. Mówi się, że wcale nie jest powiedziane, że kościół musi przetrwać właśnie w swojej europejskiej, judeochrześcijańskiej kolebce. Jak ksiądz zapatruje się na tego typu postawę z perspektywy takiego właśnie, odległego kraju, gdzie chrześcijaństwo ciągle jeszcze dopiero kiełkuje?

Szczerze powiedziawszy kompletnie nie rozumiem takiego myślenia. Chrystus przyszedł, aby założyć Królestwo Boże wśród wszystkich ludzi; aby zbawić każdego człowieka. Oczywiście, mamy do czynienia z kryzysem chrześcijaństwa na świecie, ale ja głęboko wierzę w jego odrodzenie.

Wiara chrześcijańska sprowadza się do przyjęcia miłości jaką oferuje nam Chrystus. Kryzys pojawia się, gdy nie jesteśmy na tę miłość gotowi, kiedy nie potrafimy jej przyjąć. Ale dlaczego ktokolwiek na świecie miałby nie chcieć przyjmować miłości?

No właśnie – każdy chciałby przyjmować miłość, bo każdy pragnie przecież być kochanym. Dlaczego więc tej miłości nie potrafimy przyjąć? Czy to nie paradoks?

Problem pojawia się, gdy musimy tę miłość, którą przyjmiemy, podawać dalej. A trzeba przecież rozsiewać ten język miłości, o którym mówiłem na początku. Tylko, że czasami po prostu brakuje nam dobroci dla innych…

Z ks. Stanisławem Nowakiem, michalitą i misjonarzem rozmawiali

Piotr Prusakiewicz CSMA i Karol Wojteczek

Artykuł ukazał się w archiwalnym numerze Któż jak Bóg 3/2012. Zapraszamy serdecznie do lektury!