Są takie miejsca, w których czas płynie inaczej, gdzie nie dociera pośpiech, chaos i zgiełk – nieodłączni towarzysze życia większości ludzi. W takich miejscach życie toczy się utartymi i niezmiennymi pomimo upływu czasu koleinami. Dni, tygodnie, miesiące i lata zdają się być takie same, podobne bliźniaczo jeden do drugiego. Lecz pomimo tego pozornego podobieństwa, każdy jest inny. Godziny zdają się być długie jak dni, a dni niczym lata, jedne zaś i drugie zamieniają się w ogrom nieogarniony dla ludzkiego umysłu. Nosi on imię WIECZNOŚĆ.

Dla ludzi tu żyjących nie liczą się pieniądze, prestiż, towarzyskie, biznesowe czy polityczne powiązania i układy. Wszystko to są rzeczy nietrwałe i ulotne, nie mające dla nich znaczenia. Są jak dym lub mydlana bańka – równie liche i mało warte. Bo mieszkańcy tych miejsc, choć mają niewiele, są uśmiechnięci i szczęśliwi z dokonanego przez siebie wyboru. Tym zaś co mają, zawsze gotowi są podzielić się z tymi, którzy potrzebują pomocy, gdyż nie mają prawie nic.

Czy rzeczywiście istnieją jeszcze takie miejsca, czy też to tylko opowieść o utopii lub piękna bajka? A jeśli istnieją, to gdzie ich szukać? W sięgających nieba górach Tybetu, gdzie w swych klasztorach żyją buddyjscy lamowie? W hinduskich aśramach, gdzie żyją jogini? A może w dalekiej puszczy amazońskiej, wśród tamtejszych plemion, od pokoleń żyjących w prawie niezmieniony sposób? Albo gdzieś wśród mieszkańców pustyń Sahary lub Kalahari?

Nie trzeba jechać aż tak daleko. Miejsca takie istnieją tuż obok nas, wrosłe w krajobraz tak trwale, że dla wielu niedostrzegalne. To klasztory kontemplacyjne, oddzielone od zgiełku świata wysokimi murami i solidnymi bramami, by ich mieszkańcy mogli w ciszy i skupieniu modlić się i pracować, jak nakazują im zakonne ustawy i reguła. Jednym z takich miejsc – enklaw innego świata – jest krakowski erem kamedulski, znajdujący się na Bielanach, w miejscu zwanym Srebrną Górą.

Magnackie fortele

Historia krakowskiego eremu zaczęła się od… wyrzutów sumienia pewnego magnata. Był nim marszałek wielki koronny i starosta krzesicki, Mikołaj Wolski z Podhajec. Ów magnat, jeden z najbogatszych ludzi w ówczesnej Polsce, podróżnik, dyplomata, przyjaciel króla Zygmunta III i cesarza Rudolfa, przez dłuższy czas pobierał pensję z poznańskiej komandorii zakonu kawalerów maltańskich. Pobierał ją nieprawnie, gdyż do owego rycerskiego zgromadzenia nie należał. W ramach pokuty za swe winy postanowił więc w swych dobrach ufundować klasztor i osadzić w nim zakonników.

Pomysł ten na pozór nie odznaczał się niczym oryginalnym. Magnackich fundacji było w ówczesnej Litwie i w Koronie sporo. Lecz Wolski zdecydował się na pewną innowację – nie osadził w swych dobrach któregoś z popularnych w owym czasie zakonów –  franciszkanie, dominikanie czy karmelici jakoś nie przypadli do serca panu marszałkowi. Postanowił on osadzić na swojej ziemi kamedułów. Ich surową regułę poznał podczas swych poselskich podróży do Włoch i duchowość ta najbardziej przypadła mu do gustu. Nie zwlekając zwrócił się do papieża z prośbą, o oddelegowanie do Polski grupy zakonników. To oni mieli nadzorować budowę klasztoru i stanowić „grupę założycielską”.

Papież wyraził zgodę, zaznaczając, iż Wolski ma zabezpieczyć zakonnikom nie tylko dach nad głową, ale również i ich byt tak, aby mogli bez specjalnej troski o sprawy materialne, żyć i funkcjonować. Marszałek przyjął postawione warunki.

W roku 1603 z macierzystego klasztoru we Włoszech przybyła do Krakowa grupa zakonników. Ich zadaniem było wybranie odpowiedniego miejsca na budowę klasztoru – eremu. Zgodnie z założeniem reguły św. Benedykta, która jest podstawą zakonnych ustaw i konstytucji, miejsce to powinno być położone wśród lasów, na wzgórzu, oraz w oddaleniu od ludzkich siedzib. Zakonnicy znaleźli takie miejsce. Były to leżące poza Krakowem „pagórki św. Stanisława”. To tutaj kanonik Jan Długosz, autor słynnych kronik i fundator krakowskiego klasztoru paulinów Na Skałce, planował osadzić zakon kartuzów. Zgromadzenie to także ma charakter pustelniczy.

Lecz wraz z wyborem miejsca pod przyszłą siedzibę, pojawił się problem. Pagórki nie należały do dóbr marszałka Wolskiego, lecz były własnością magnackiej rodziny Lubomirskich. Ci zaś nie zamierzali się tego terenu pozbywać. Marszałek postanowił więc sprawę załatwić fortelem. Zaprosił Sebastiana Lubomirskiego na wystawną ucztę i przy wszystkich uczestnikach zwierzył mu się z kłopotu jaki ma z kamedułami. Oto zakonnicy uparli się i nie chcą zbudować klasztoru w innym miejscu. Oprócz wspomnianych pagórków nic innego nie wchodzi w rachubę. Tylko tam, nigdzie indziej. Rad nierad Lubomirski podpisał stosowny akt darowizny. W zamian za to Wolski odwdzięczył mu się duża ilością srebrnych naczyń, używanych podczas uczty. Na pamiątkę tego wydarzenia miejsce pod przyszły erem nazwano Srebrną Górą, zaś od koloru mnisich habitów, okolicę nazwano Bielanami. Obie te nazwy funkcjonują do dziś.

Niespokojna dusza

Kościół i klasztor noszący wezwanie Wniebowzięcia Matki Boskiej zbudował włoski architekt Andrea Spezza. Mówi się iż Wolski nie tylko był fundatorem, ale i autorem części planów budowli. Nie bez jego wpływu dokonano też wyboru dekoracji we wnętrzu kościoła.

 Budowa, której zakończenia Wolski nie dożył, kosztowała 500 tys. ówczesnych złotych, co stanowiło niewielką fortunę. Fundator spoczął w klasztornym kościele Lecz próżno by szukać jego wytwornego nagrobka, zgodnego z modą i kanonami estetycznymi epoki baroku. Zamiast niego grób donatora przykrywa, umieszczona w posadzce przy drzwiach kościoła, prosta płyta z czarnego marmuru. Wyryte są na niej imię i nazwisko zmarłego oraz słowa, które podaję w przekładzie na język polski. To fragment mszy za zmarłych, który mówi: „Ze strachem myślę o czynach moich i przed Tobą się rumienię. Gdy przyjdziesz sądzić Panie, nie chciej mnie potępić”. Takie epitafium było wyborem samego Wolskiego, który w swym testamencie nakazał pochować się w kamedulskim habicie i w prostej trumnie. Na znak pokory i pokuty wybrał też miejsce swego grobu – spoczął tuż za progiem kościoła, w krypcie pod posadzką.

 Podobno pomimo swej pobożnej fundacji oraz diametralnej zmiany stylu życia pod koniec swego ziemskiego bytowania, marszałek Wolski nie spoczął w spokoju. Jego duch krąży nocami po eremie oraz najbliższej okolicy. Napotkanych na swojej drodze ludzi nie krzywdzi. Prosi tylko o modlitwę w intencji zbawienia duszy. Nocne wędrówki mają być karą za zajmowanie się alchemią i czarną magią – zajęciami modnymi na dworze króla Zygmunta III i cesarza Rudolfa.

Dla mnichów i partyzantów

Przez furtę znajdującą się w wolnostojącym budynku przechodzimy na niewielki dziedziniec. Na wprost furty wznosi się fasada kościelna z figurą Matki Boskiej umieszczoną na szczycie. Wnętrze kościoła, w zwykłe dni ciche i puste, różni się od tych powszechnie znanych. Nie posiada ono ambony ani chóru muzycznego, a nawa główna ma niezwykle skromną dekorację. Jej przeciwieństwem są wnętrza kaplic w nawach bocznych, wręcz kipiące ozdobnikami. Nim zaczniemy wędrówkę po wnętrzu kościoła, zatrzymajmy się chwilę po przekroczeniu progu. Prawie na wprost drzwi zobaczymy umieszczoną w posadzce płytę nagrobną fundatora, o której wspominałem wcześniej. Natomiast wysoko nad drzwiami zobaczymy portret marszałka Wolskiego. Warto zatrzymać się też, aby obejrzeć wnętrze Kaplicy Królewskiej, dedykowanej królowi Zygmuntowi III Wazie. Jej dekorację wykonał malarz Tomasz Dolabella, Włoch, osiadły i pracujący w Krakowie między innymi dla zakonu dominikanów i benedyktynów tynieckich. Nieopodal znajduje się kaplica Matki Boskiej. Jej obraz, zwany Królową Eremitów, wykonał zakonny malarz, także Włoch, brat Wenanty z Subiaco, kameduła żyjący i pracujący przez pewien czas w tutejszym klasztorze. Warto też zwrócić uwagę na dekorację jednej z sąsiednich kaplic. Zdobiące ją malowidła przedstawiają dzieje zakonu kamedulskiego.

Po bokach głównego ołtarza znajdują się schody prowadzące do chóru zakonnego i do grobowców zakonników. Pomieszczenia te sąsiadują ze sobą i mieszczą się pod prezbiterium. Grobowce to półkoliste nisze w ścianach, zamurowane od strony kościoła i pobielone wapnem. Na białym tle czarną farbą wypisane jest imię zakonnika w wersji łacińskiej, ilość lat przeżytych w zakonie oraz ilość lat przeżytych na ziemi. Epitafia nie zawierają nazwisk. Kameduli żyją długo, więc spotyka się groby 80- i 90-latków. Na marginesie: najściślejsza nawet klauzura nie uchroniła eremitów od wojny. Dwaj bracia uczestniczyli w kampanii wrześniowej, a w klasztornym sadzie przechowywano radiostację należącą do członków organizacji podziemnej. Erem dawał też schronienie uciekającym z terenów objętych działaniami wojennymi i wysiedleniami oraz pomagał partyzantom.

***

Mijają lata. Wysyłamy sondy na Marsa, badamy kosmos, Internet i telefony komórkowe to część codziennego życia. Jednak w życiu białych mnichów nie zmieniło się wiele. Jest w klasztorze i w kościele prąd, jest bieżąca woda, domki eremitów mają obecnie centralne ogrzewanie, a dzięki rozmaitym funduszom i dotacjom – także unijnym – zniszczony i zaniedbany przez lata erem, odzyskuje dawną świetność. W krakowskiej książce telefonicznej można znaleźć numer telefonu klasztornej furty, a nad eremem przelatują rejsowe samoloty. Reszta w zasadzie pozostała bez większych zmian. Jak dawniej, zakonnicy żyją w milczeniu i w odosobnieniu od świata – tak jak nakazują wymogi reguły – oraz modlą się i pracują w klasztornym ogrodzie i niewielkim gospodarstwie rolnym. Jak dawniej, niektórzy z nich zamieszkują osobne domki – pustelnie, tak jak czyniły to poprzednie pokolenia białych mnichów, żyjących i modlących się w samotności. Jak dawniej pali się wieczna lampka przed głównym ołtarzem oraz światło przed Królową Eremitów. I jak dawniej ostatnia ziemska droga zakonników kończy się w klasztornych katakumbach. Po zmarłym pozostaje epitafium na ścianie niszy grobowej, zapis w klasztornej kronice, pamięć oraz modlitwa współbraci i paląca się przez trzy dni świeca, stojąca przed drzwiami celi lub też domku – eremitorium, w którym żył i mieszkał zmarły…

 Andrzej Nazar

fot. Jerzy Opioła/Wikipedia | CC BY-SA 4.0