Gdy boję się spowiedzi

Twój najwierniejszy kibic w grze o wieczność. Anioł przy spowiedzi

Dzięki rozwojowi psychologii i pedagogiki wiemy coraz więcej o tym, jak istotną rolę w naszym życiu odgrywają postawy i komunikaty afirmatywne, jakich doświadczamy z zewnątrz, od innych. Inaczej rozwija się dziecko, które jest chwalone, wspierane i doceniane, a inaczej takie, które doświadcza obojętności lub ciągłego strofowania. Inaczej gra drużyna, którą z trybun dopingują fani, a inaczej osamotniony gracz, pozbawiony motywacji w postaci wiernych kibiców, liczących na jego zwycięstwo.

My sami na co dzień zupełnie inaczej pracujemy i w ogóle funkcjonujemy, gdy towarzyszy nam świadomość czyjejś życzliwej obecności i zainteresowania, a inaczej wówczas, gdy, podświadomie nawet, trwamy w przekonaniu, że zasadniczo wszystkim wokół jest obojętne co i jak nam wychodzi.

W najlepszym i naturalnym biegu rzeczy naszymi pierwszymi „kibicami” są najbliżsi – rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Potem może to być dobry nauczyciel, grupa rówieśnicza, przyjaciel. Dla wielu z nas najważniejszym kibicem staje się w pewnym momencie życiowy partner, mąż lub żona. Kibicujemy małemu człowiekowi niemal od zarania – gdy tylko dowiemy się, że jest w drodze na ten świat. Rodzicom spodziewającym się dziecka życzymy z całego serca, „aby zdrowo się rozwijało”; „aby szczęśliwie przyszło na świat”. Ten odruch kibicowania zostaje nam najczęściej do samego końca, każąc nieraz – nawet w oczywiście beznadziejnych z doczesnej perspektywy sytuacjach – powtarzać tej drugiej osobie, że „wszystko się ułoży”, „wszystko będzie dobrze”. Także wówczas, gdy sami już w to nie wierzymy.

W normalnej sytuacji od pierwszej wiadomości o naszym poczęciu do ostatniego naszego tchnienia towarzyszy nam czyjeś życzliwe zainteresowanie i szczera nadzieja na nasze powodzenie. Nieraz nie mają one żadnej mocy sprawczej, a jednak, mając ich świadomość, jakoś łatwiej nam się żyje i raźniej brnie przed siebie przez różne perypetie.

Takim naszym „kibicem” – o czym chyba dość często zapominamy – jest także nasz osobisty Anioł Stróż. Można powiedzieć, że to naprawdę nasz najwierniejszy kibic. Był przy nas zanim nasi rodzice zorientowali się, że zaistnieliśmy. I będzie przy nas do samego końca – także tam, gdzie już nikt inny nie będzie w stanie nam towarzyszyć, jak bardzo by się nie starał. W przeciwieństwie do ludzkich kibiców, wśród których siłą rzeczy i praw biologii następuje w ciągu naszego życia stała rotacja, on jest i trwa przez cały czas, nigdy nie opuszczając „trybun”. Cokolwiek się dzieje, jakkolwiek nam idzie, jakąkolwiek mamy passę – on jest. Ani na chwilę nie odwraca wzroku, nie rozprasza się, nie zajmuje własnymi sprawami. Dla niego zawsze jesteśmy „oczkiem w głowie”, jego zawsze obchodzi „co tam u nas”.


Gra o wieczność
Niewątpliwie nasz Anioł Stróż patrzy na nasze życie i poczynania z nieco innej niż ludzie perspektywy. Różnica ta wiąże się oczywiście z tym, że akurat on jeden nieodmiennie ma na oku właściwy i najważniejszy cel naszej egzystencji – szczęśliwą wieczność w Bogu – i pod jej kątem patrzy na to, co się z nami dzieje i jak postępujemy. Jemu – w przeciwieństwie do naszych ludzkich kibiców – nie da się „mydlić oczu”, oczarować go jakimś rzekomym osiągnięciem, uśpić jego serdecznej czujności. Anioł Stróż widzi nas zawsze w całej prawdzie tego, kim jesteśmy. Każdy nasz zamiar, czyn, osiągnięcie i porażkę widzi wyraźnie i jasno w perspektywie tego, czy przybliża nas do celu, jakim jest zbawienie, czy też od niego oddala. Nic innego go nie obchodzi. Nie zrobią na nim wrażenia otrzymane przez nas odznaczenia, zarobione pieniądze, uzyskane tytuły.

Ale… – i to jest ogromnie ważne – w całym tym absolutnie jasnym i skoncentrowanym na naszym zbawieniu widzeniu nas, Anioł Stróż jest zawsze po naszej stronie. Nieraz i nie dwa rwie pewnie przysłowiowe włosy z głowy, patrząc na to, co wyprawiamy i w czym grzęźniemy, ale nigdy się od nas nie odwróci, nie wygwiżdże nas, ani nie porzuci. Do ostatniej naszej nanosekundy będzie mu na nas zależało i będzie robił wszystko, by pomóc nam osiągnąć nasz najważniejszy cel – także wówczas, gdy my o tym celu zupełnie zapominamy.

Tu metafora „kibica” wyczerpuje się, jeśli chodzi o naszego Anioła Stróża. A to dlatego, że ten „kibic” jest gotów w każdej chwili – jeśli tylko sobie tego zażyczymy – wbiec na boisko (czy też ring) naszego życia i z całym impetem swojej anielskiej mocy walczyć ramię w ramię z nami. Czasem podczas transmisji rozgrywek w sportach drużynowych kamera zatrzymuje się na chwilę na skraju boiska, na tzw. ławce rezerwowych. Zobaczyć wtedy można zawodników, którzy w ogromnym napięciu i z wielka nadzieją czekają aż trener każde im dołączyć się do gry, zastępując kontuzjowanego lub zmęczonego zawodnika. Podobnie nasz Anioł Stróż czeka pewnie nieraz na skraju naszej codzienności, marząc o tym, że wreszcie go zawołamy, wezwiemy, poprosimy o pomoc. Zwłaszcza w sytuacjach podbramkowych…

Duchowe „sytuacje podbramkowe”

Różne sytuacje w naszym życiu skłonni bylibyśmy uznać za „podbramkowe”, czy, mówiąc nieco poważniejszym językiem, skrajne, graniczne, dramatyczne. Z perspektywy wieczności i zbawienia, które jest przecież naszym najważniejszym celem, niewątpliwie najpoważniejszą (bo najbardziej niebezpieczną) sytuacją, w jakiej możemy się znaleźć, jest grzech – zwłaszcza grzech ciężki. Z pewnością nasz Anioł Stróż jest nieodmiennie gotów nam pomagać w całym naszym życiu, w najróżniejszych sprawach. Ale możemy sobie tylko wyobrazić, jak bardzo chciałby „włączyć się do gry”, kiedy widzi, że przegrywamy z pokusą i grzechem. Ileż razy próbujemy o własnych siłach toczyć tę nierówną walkę z naszymi grzesznymi skłonnościami, wadami, złymi nawykami.

A gdyby tak – zamiast oszukiwać się, że może tym razem będzie inaczej, choć wszystko robimy znów tak samo – wezwać na pomoc swojego Anioła Stróża? Powiedzieć mu: „Chodź tu! Teraz! Potrzebuję cię! Znowu brnę w to samo. Znowu mnie nosi i znosi… Pomóż mi! Pilnuj mnie! Stań między mną, a moimi pokusami i okazjami do grzechu, jak kiedyś Anioł stanął między przerażonym Izraelem, a wojskiem faraona nad brzegiem Morza Czerwonego. Zagrodź mi drogę do grzechu, jak kiedyś zagrodziłeś drogę prorokowi Balaamowi, który spieszył, by przeklinać lud Boży. Przybądź prędko na moje wołanie, jak kiedyś Anioł przybył na wołanie proroka Daniela!”.

 

Ten, który zaprowadzi cię do spowiedzi

A jeśli zapomnimy (lub nie zechcemy) przyzwać naszego Anioła do walki z pokusą i znów upadniemy? Nadal możemy (i tym bardziej potrzebujemy) poprosić go, by pomógł nam dotrzeć do punktu reanimacyjnego, zwanego konfesjonałem. Warto to zresztą robić nie tylko wówczas, gdy jesteśmy śmiertelnie ranni grzechem ciężkim, ale przy każdej spowiedzi.

Najpierw dobrze będzie zaprosić Anioła Stróża do naszego rachunku sumienia. Poprosić go, by nam podpowiedział – a jeśli trzeba „wskazał palcem” – to, czego sami nie potrafimy dostrzec i uznać. Próżno szukać, poza samym Bogiem, kogoś drugiego, kto znałby nas tak dobrze, jak nasz Anioł.

Jeśli mamy tendencje do zwlekania ze spowiedzią, poprośmy Anioła Stróża, by sam nas do niej zaprowadził – jeśli trzeba: wręcz zaciągnął, choćby i „za uszy”. Czasem idziemy do kościoła lub siedzimy w ławce bez pewności, czy doczekamy zjawienia się spowiednika. Może warto wówczas poprosić naszego Anioła, by po koleżeńsku zagadał do Anioła Stróża tego księdza, który jest nam potrzebny, byśmy mogli się wyspowiadać? Niech tamten Anioł zmotywuje swojego podopiecznego kapłana, by na czas dotarł do konfesjonału.

Kiedy z jakichś powodów obawiamy się spowiedzi lub nie mamy pewności, czy zdobędziemy się na pełne i szczere wyznanie naszych grzechów – czemuż by nie wyznać tego w cichej myślnej modlitwie Aniołowi i nie poprosić go o wsparcie? Choćby tak: „Boję się, obawiam. Widzisz przecież. A chciałbym się uczciwie, dobrze wyspowiadać. Pomóż mi, proszę! Oddal lęk, rozproszenie. Pogoń złego ducha, który chce mi mącić w głowie i sumieniu, abym coś ominął, zataił, zapomniał”.

 

Wspólne świętowanie

Po spowiedzi nie zapomnijmy ucieszyć się nią i świętować odzyskanego stanu łaski wraz z naszym Aniołem! Kiedy otrzymawszy rozgrzeszenie po szczerej spowiedzi wstajemy od konfesjonału, nasz Anioł tańczy wokół nas z radości. I najpewniej chciałby nas porwać do swego anielskiego tańca. Kto wie, może nawet z dumą pokazuje nas Aniołom Stróżom naszych sióstr i braci, którzy jeszcze czekają w kolejce do konfesjonału: „Zobaczcie! Widzicie! Mój święty! Czysty, czyściutki – niczym prosto spod chrzcielnej wody! Udało nam się! Znowu! To my już idziemy… Idziemy dalej do nieba, dogonicie nas”.

Może niekoniecznie należy puszczać się w pląsy i tany w kościelnej nawie z naszym niewidocznym dla ludzkich oczu przyjacielem. Ale czemu by nie uklęknąć, nie usiąść w ławce i szepnąć: „Dziękuję ci. Dzięki za pomoc. Bez ciebie, mój Stróżu, mogłoby nie pójść tak dobrze. Pomóż mi teraz w dziele zadośćuczynienia. Dopilnuj mnie, proszę, bym nie zaniedbał naprawy tego, co mogę naprawić. I pokazuj mi okazje do współdziałania z łaską, jaką otrzymałem w miejsce moich grzechów. Pokaż mi jak i do czego mogę ją wykorzystać – jaki kawałek Bożego królestwa w sobie i w innych mogę teraz zbudować; do czego uzdolnił mnie Jezus, darując mi moje winy”.

Może warto – zapraszając do tego także swojego Anioła Stróża – pomodlić się po spowiedzi tym pełnym zachwytu psalmem: „O Panie, nasz Boże, jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi! Tyś swój majestat wyniósł nad niebiosa. Sprawiłeś, że na przekór Twym przeciwnikom nawet usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę, aby poskromić nieprzyjaciela i wroga. Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz? I czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od Aniołów, uwieńczyłeś go czcią i chwałą. Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich, złożyłeś wszystko pod jego stopy: owce i bydło wszelakie, a nadto i polne stada, ptactwo powietrzne oraz ryby morskie, wszystko, co szlaki mórz przemierza. O Panie, nasz Panie, jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi!”.

 

ks. Michał Lubowicki

Artykuł ukazał się w dwumiesięczniku “Któż jak Bóg” (6/22)