Z fascynacją patrzymy na świętych, którzy godzinami trwali na modlitwie.
Z podziwem i zazdrością spoglądamy na ludzi wpadających w skupienie i ekstazę na spotkaniach modlitewnych i modlitwie osobistej, podczas gdy nam się to zupełnie nie udaje. A tak bardzo pragniemy.

 

Czy modlitwa jest sztuką? Czy można się jej nauczyć?

 

Modlitwa nie jest sztuką. Jest przede wszystkim aktem odwagi do stanięcia w prawdzie przed Bogiem. A pierwsza prawda o nas brzmi: Jesteśmy słabi i nędzni. Jednak paradoksalnie ta nędza nie tylko nie jest przeszkodą w modlitwie, ale wręcz jej treścią. Modlitwa jest przede wszystkim dziełem Ducha Świętego, który buduje na naszej słabości. Więc nauczyć się można jedynie pewnych metod modlitwy, ale nie samej modlitwy.

 

Jęk Ducha Świętego

 

Kto szczerze pragnie się modlić, ten musi uwierzyć w słowa św. Pawła: „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru” (Rz 8, 26-28).

 

Warto tu dodać, że zdanie które w pawłowym tekście przetłumaczono po polsku jako „…Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”, w języku greckim (oryginalnym) brzmi: „Pneuma stenagmois”, dosł. „Duch Święty jęczy w nas…”. Ten jęk, który skłonni jesteśmy traktować jako oskarżającą nas nieudaczność, jest właśnie językiem Ducha Świętego, dialogującego w nas właśnie z Ojcem i Synem.

 

Ów jęk Ducha Świętego najchętniej odzywa się w nas, gdy dotyka trzech naszych „modlitewnych” słabości: uporczywych roztargnień, oschłości i bólu tzw. modlitw niewysłuchanych. Jak sobie z nimi radzić? Jak odkryć w nich moc Ducha Świętego?

 

Roztargnienia

 

Mistrzowie życia duchowego radzą, by przy tej trudności dokonywać na początku modlitwy, do której stajemy, tzw. explicatio desideriis, czyli wyjawienia Bogu naszych roztargnień, głodów, lęków…, wszystkiego, co nam przeszkadza w skupieniu. Łacińskie słowo „explicatio” pochodzi od słowa „plica” – dosł. fałda. Zły duch, który jest księciem ciemności, uwielbia kryć się w takich fałdach i z nich atakować, szydzić i przedrzeźniać.
Na początku modlitwy trzeba więc te fałdy niejako rozprasować i w ten sposób udaremnić siłę pokus. One zostaną zdemaskowane, czyli oddane Bogu, wystawione na Jego działanie. Bóg chce, żebyśmy oddali Mu najpierw własną niemoc, wówczas On zastąpi ją swoją mocą. Warto zatem kilka pierwszych minut modlitewnego spotkania z Bogiem spędzić na nazywaniu po imieniu swoich trudności i tak, pośród „jęków” Ducha Świętego, zanurzyć je w Bogu. Bóg się nimi nie brzydzi, On je przemieni na miłosny dialog Ojca z ukochanym dzieckiem, a potem da pociechę, światło i umocnienie.

 

Oschłości

 

Każdy, kto poważnie traktuje Boga, miał taki czas, gdy jego modlitwa była miłym, pięknym i błogosławionym przeżyciem. Ale każdy miał i takie dni (miesiące, lata?), gdy modlitwa stawała się udręką, nudą, stratą czasu… Jedną wielką pustynią. W ślad za tym doświadczeniem szło poczucie bezsensu i pokusa ustawicznego oskarżania siebie. Otóż rzadko się zdarza, by oschłości na modlitwie były skutkiem osobistej winy. Najczęściej są dopustem Bożym, rodzajem oczyszczenia i egzaminu z wierności Bogu. Skutkiem winy człowieka jest natomiast oziębłość – stan, w którym człowiek porzucił modlitwę, duchowe czuwanie, w wyniku czego stał się zimy jak głaz. Siedzi w grzechu i niewierności i… nic sobie z tego nie robi, podczas gdy w oschłościach boleje nad swoim doświadczeniem.
I ten właśnie ból jest piękną modlitwą – muzyką dla Pana Boga. Pozostaje mu trwać, dziękować, wielbić i wołać: „Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, zlituj się nade mną!”.

 

Piękną radę dla dusz, które przeżywają oschłości, dał wielki mistrz życia duchowego, biskup Genewy św. Franciszek Salezy (1567-1622). W dziele pt. „Teotym, czyli traktat o miłości Bożej” pisał:

„Jeden z najznakomitszych w świecie muzyków, wspaniale grający na lutni, został w krótkim czasie dotknięty zupełną głuchotą, tak że całkowicie stracił słuch. Mimo to nie przestał śpiewać i grać na lutni w sposób niezwykle subtelny i dźwięczny, a to dzięki wielkiej wpra­wie, którą nabył uprzednio i której nie stracił pomimo głuchoty. Jednak zarówno pieśni jak i dźwięk lutni nie sprawiały mu już żadnej przy­jemności, gdyż będąc głuchym, nie mógł ocenić ich piękna i uroku – grał więc i śpiewał nadal wyłącznie dla zadowolenia pewnego księcia, któ­rego był poddanym. Wielka chęć przypodobania się księciu a zarazem świadomość wielkiego obowiązku wdzięczności za to, że od najwcze­śniejszych jego lat był przez niego wychowywany, stała się powodem, iż możność sprawienia księciu przyjemności była dla niego największą radością. Ilekroć książę okazywał, że miłe mu jest to śpiewanie, muzyk nie posiadał się ze szczęścia. Niekiedy jednak zdarzało się, że książę, aby wypróbować miłość swego kochanego muzyka, kazał mu śpiewać, a pozostawiając go w swej komnacie, sam udawał się na łowy. Śpiewak, ożywiony jedynie pragnieniem dostosowania się do życzeń swego pana, śpiewał dalej z taką samą starannością, jak gdyby książę mu się przy­słuchiwał, mimo że sam nie doznawał ze swego śpiewu żadnego zado­wolenia. Nie sprawiało mu przyjemności piękno melodii, której nie sły­szał z powodu głuchoty, nie miał też zadowolenia z przypodobania się księciu, skoro książę był nieobecny, i nie mógł cieszyć się dźwiękiem prześlicznych pieśni, które śpiewał”.

 

Modlitwy niewysłuchane

 

Znamy osoby, które całymi latami modliły się w jakiejś intencji, prosiły Boga i… nie zostały wysłuchane. Miejsce ufności zajął głuchy ból i pretensje do Boga. Oskarżanie siebie o niegodność, a nawet Boga o to, że może nie istnieje zamieszkały w ich sercach. Żal, smutek i beznadzieja stały się ich trwałym pokarmem. A przecież prosiły w pięknej intencji! Nie chodziło o karierę, pieniądze i wygodę, ale o życie i zdrowie, o wolność od zniewoleń i trwanie w łasce dla siebie i swoich bliskich; prosiły i… nic! Czy źle się modliły? Czy nie podobały się Bogu ich prośby? – Nie!

 

Jaka jest rada dla takich dusz? – Ponowne zaufanie. Na ślepo, jak doświadczany przez Stwórcę Hiob niech wołają: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam” (Hi 13, 15). Ich niewysłuchane dotąd prośby zapewne były dobre, ale w relacji z Bogiem obowiązuje zasada: „My prosimy według potrzeby, a Bóg daje według zbawienia”. I tylko Bóg wie czy wysłuchanie naszych próśb pomogłoby nam w zbawieniu czy nie. My zobaczymy to dopiero po śmierci. Więc w każdym położeniu: Jezu, ufam Tobie!

 

***

 

I jeszcze jedno – Czy praca jest modlitwą? – Nie! Praca jest pracą, a modlitwa – modlitwą. Ale rada: “Kiedy się modlisz – nic nie rób; kiedy coś robisz – zawsze się módl!”.

 

Ks. Ryszard Andrzejewski CSMA

 

Artykuł ukazał się w lipcowo-sierpniowym numerze „Któż jak Bóg” 4-2017. Zapraszamy do lektury!