Szczęść Boże! Pragnę podzielić się z Wami świadectwami Miłości i Łaski, których dane mi było doświadczyć w blasku Bożego Światła. Doznania moje i przeżycia stały się bowiem źródłem największego szczęścia jakiego doznałam w życiu.

 

Wszystko zaczęło się jednak od ciężkiej choroby mojego ojca. Zbliżyła mnie ona do modlitwy, do rozmowy z Bogiem. Wierzyłam, że on jako Wszechmocny, zdoła w swym miłosierdziu przemienić ciemność w moim życiu w jasność dnia. Modliłam się więc, prosząc o łaskę życia i powrotu do zdrowia dla mojego chorego ojca; modliłam się o uzdrowienie jego duszy i ciała zawierzając Bogu całkowicie.

 

Znaki na zdjęciach

Dzisiaj widzę, że pierwszego znaku zapowiadającego przyszła wydarzenia doświadczyłam jeszcze zanim ojciec zachorował, w listopadzie 2008 r. Różaniec, który w postaci obrączki nosiłam na palcu zaczął się samoistnie deformować. Niedługo później, w kwietniu kolejnego roku zaczął mi codziennie spadać noszony przeze mnie krzyżyk – odpinał się bowiem trzymający go łańcuszek. W końcu zdecydowałam się założyć zamiast niego medalik z wizerunkiem Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus. Od tej pory łańcuszek nie odpiął się ani razu.

Kilka miesięcy później mój ojciec ciężko zachorował. Jego stan gwałtownie pogarszał się tak, że lekarze przestali dawać mu nadzieję na przeżycie. Spędzałam więc po kilka godzin na gorliwej modlitwie, prosząc Boga o miłosierdzie nad tatą. Pewnego dnia na jego zdjęciu, które stało w moim mieszkaniu, pojawiły się czerwone ślady, przypominające krople krwi. Było to święto Miłosierdzia Bożego. Ogarnął mnie ogromny lęk i przerażenie. Pytałam Boga, co ma oznaczać ten znak? Dowiedziałam się jeszcze tego samego dnia – ojciec niespodziewanie odzyskał przytomność! Miłosierny Bóg darował mu życie, nie oszczędzając jednego dalszego cierpienia.

 

Tajemnicze światła

Takich Bożych znaków i interwencji było następnie w moim życiu jeszcze wiele. W grudniu 2010 r., na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, cierpienie mojego ojca przytłaczało mnie już do tego stopnia, że straciłam wszelką nadzieję i radość życia. Tego dnia obudziłam się o 5.30. Spojrzałam za okno i ujrzałam przepiękną pełnię księżyca. Jak się później dowiedziałam była to tzw. „eklipsa”, rodzaj pełni widoczny na niebie raz na 270 lat. Zrobiłam temu zjawisku kilka zdjęć i w tym momencie poczułam niesamowitą lekkość. Straciłam poczucie istnienia mojego fizycznego ciała; moje serce i umysł wypełnione zostały przez miłość i pokój. Wierzę, że w tym niezwykłym wydarzeniu Bóg objawił mi w swym świetle cząstkę tajemnicy swojej Miłości.

Tydzień później, gdy pozostawałam pogrążona w modlitwie i świątecznej kontemplacji usłyszałam nagle dochodzący z balkonu hałas. A był to dzień bezwietrzny i bardzo mroźny. Gdy podeszłam do okna dojrzałam na balkonie przepięknego białego gołębia, który po chwili uniósł się ku niebu i zniknął. Poczułam ogromną radość i ciepło wypełniające moje ciało.

Niedługo później, gdy uczestniczyłam w adoracji na pierwszy czwartek stycznia 2011, doznałam kolejnej ogromnej łaski. A było to akurat w święto Trzech Króli. Modląc się zauważyłam nagle małe światło zbliżające się w kierunku monstrancji, które po chwili zaczęło mi przysłaniać hostię. W świetle tym dane mi było dojrzeć Pana. Poczułam niewymowną radość, ciepło, spokój i błogość, a moje oczy zalały potoki łez. Jednocześnie bałam się, że gdy adoracja dobiegnie końca nie zobaczę Pana już więcej. Na ok. pół godziny przed jej zakończeniem ujrzałam okrywające monstrancję niewidzialny welon. Było to przepiękne doznanie – widok Jezusa Chrystusa żegnającego się ze mną. Od tamtego dnia minął ponad rok, a ja podczas każdej, comiesięcznej adoracji dziękuję Bogu za tę niezwykłą łaskę, której doznałem stając przed obliczem Pana. Do tej pory, podczas każdej Eucharystii, widzę go, gdy tylko kapłan podnosi hostię do góry. Dziękuję Bogu za to, że moje oczy mogą oglądać, a ja zgłębiać i wielbić tę niezwykłą tajemnicę.

 

Gołąb na skórze

W połowie roku 2011 choroba mojego ojca znowu się nasiliła. Lekarze nie dawali mu żadnych nadziei odmawiając dalszego, bezsensownego ich zdaniem, leczenia, a on sam cierpiał do tego stopnia, że pragnął umrzeć. Tego dnia wróciłam ze szpitala zrozpaczona. Uklękłam przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i rozpoczęłam głęboką, gorliwą modlitwę powierzając chorobę mojego ojca Panu Jezusowi. Prosiłam, by miłość Boga stała wypełniła serca ludzi, od których zależało życie i los taty. Następnie pełna wiary udałam się na spoczynek. Gdy tylko się obudziłam dostrzegłam, że fotografia z wizerunkiem Najświętszej Panny pojaśniała. Wkrótce miłość naszego Boga „przywróciła mojego ojca do życia”. Otrzymał opiekę medyczną i poddawszy się ciężkiej operacji serca, cieszyć się dziś może pięknem tego świata. Panie Boże, dziękujemy Ci za to!

Dodać chcę jeszcze, że cudowne uzdrowienie mojego ojca nie było jedynym, którego byłam świadkiem. Ponieważ pracuję jako terapeutka, niejednokrotnie zdarza się, że trafiają do mnie ludzie, którzy w równym stopniu co uzdrowienia ciała, potrzebują uzdrowienia duszy. Przyszła kiedyś do mnie zapłakana kobieta, której twarz wskutek porażenia nerwowego uległa zdeformowaniu. Gdy przytuliłam ją, polecając jej chorobę Bożej Miłości, poczułam w swym ręku drętwienie i pieczenie, a ciepło, miłość i radość wypełniły me serce. W miejscu, w którym doznałam dziwnego uczucia, pojawiło się znamię w kształcie gołębia. Zanim zniknęło zdążyłam utrwalić je na zdjęciu. Następnego dnia kobieta, którą dotknęłam powróciła uzdrowiona. Wszechmocny i Miłosierny Pan Bóg uzdrowił ją, posługując się mną jako instrumentem!

Panie, dziękuję Ci za piękno, miłość i pokój, które wlałeś w moje serce!

 

Maria Belka, Kanada

 

Artykuł ukazał się w archiwalnym numerze „Któż jak Bóg” 1/2013