Słuchałam niedawno wywiadu, który mnie poruszył, a wręcz zszokował. Udzielał go w radiu prof. Janusz Heitzman, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Wskazał on, że polska młodzież jest na drugim miejscu w Europie w statystyce dokonywanych samobójstw i jest to problem narastający.

 

30% młodych ludzi wymaga opieki psychiatrycznej bądź psychologicznej. Jeżeli przeliczymy to na liczbę młodzieży do dwudziestego roku życia, to są miliony – podsumował znany i ceniony lekarz. Profesor w wywiadzie nie analizował przyczyn takiego stanu rzeczy, ale skupił się na działaniach i rekomendacjach dotyczących poprawy opieki psychiatrycznej nad dziećmi i młodzieżą.

Te zatrważające liczby wskazują na poważne problemy oraz wyzwania, z jakimi obecnie i w najbliższej przyszłości, będą musiały się zmagać zarówno rodziny, jak i szkoły. Niepokojące sygnały o zachowaniach młodych ludzi, docierają do nas niemal każdego dnia, by wspomnieć tylko niedawny, śmiertelny w skutkach, atak nastoletniego nożownika na kolegę w szkole podstawowej. Nie zamierzam podejmować tutaj dogłębnej analizy przyczyn słabej kondycji psychicznej dzieci i młodzieży. Chciałabym jedynie wskazać na jeden aspekt, który, moim zdaniem, może mieć wpływ na osłabienie odporności psychicznej najmłodszych.

 

Czy nauczyciel może zastąpić rodzica?

Jestem przekonana, że ostatecznie to brak właściwych relacji z obojgiem rodziców, poświęcającymi czas na bycie i rozmowy z dziećmi, okazuje się podstawowym źródłem zaburzeń w rozwoju młodego człowieka. Głęboka relacja rodziców z dziećmi jest fundamentem dającym poczucie bezpieczeństwa i bycia kochanym, niezależnie od tego, co się wie lub co się osiągnęło.

Przedłużeniem takich zdrowych i niezbędnych relacji, a w przypadku ich braku, pewnym ich zastąpieniem, mogą i powinni być nauczyciele. Dziś jednak coraz trudniej znaleźć wśród nich prawdziwych „mistrzów”. Nie sprzyja temu sam system oświaty, nastawiony na zdobywanie przez uczniów dużej ilości wiedzy, która następnie musi być sprawdzona. Przekazywana w szkole wiedza jest tak szeroka, jak gdyby każdy uczeń miał zostać omnibusem. Taki system nauczania istnieje w Europie od dawna. Jego mankamenty usiłował ograniczyć już błogosławiony ksiądz Bronisław Markiewicz:

„Sądzę, że młodzież powinna w szkole siedzieć dziennie nie dłużej jak cztery godziny, nie wyłączając nawet młodzieńców ostatniej klasy gimnazjalnej. Należy uczyć przedmiotów wskazanych potrzebą, ale nie robić uniwersytetu ze szkół niższych i średnich. Zbyt wiele uczyć nie zaleca się, natomiast powinno się raczej obudzić w młodzieży pociąg i zamiłowanie do przedmiotów, do których ma powołanie. Wówczas bardzo wielu zacznie już w gimnazjum pracować samodzielnie w obranym kierunku i zrobi dalsze postępy, ucząc się prywatnie (tj. samemu), niż gdyby czynili to pod przymusem, jak to bywa dzisiaj w szkole. W dzisiejszych bowiem czasach nawał materiałów przygniata umysły młodzieży i zabija w nich wrodzone talenty” (ks. Bronisław Markiewicz, Trzy słowa do starszych w narodzie, s. 126).

Co więcej, młodzi ludzie, jak nigdy dotąd, od wczesnych lat wystawiani są dziś na rywalizację, która, w rozsądnej mierze, może kształtować zdrową ambicję i pobudzać do rozwoju, ale w przesadnej formie prowadzi do frustracji, wynikającej z nieuchronnych na każdym etapie wzrostu błędów i porażek. Stojąc jakiś czas temu w kolejce w piekarni, słyszałam małą, kilkuletnią dziewczynkę, śpiewającą sobie wyliczanki… po angielsku. Zasada „wiedzieć i umieć więcej” może wytwarzać u dzieci presję począwszy od przedszkola.

 

Dlaczego Jezus nie skończył uniwersytetu?

Kiedy sięgamy do Pisma Świętego, możemy tam dostrzec jakby dwa modele zdobywania wiedzy i umiejętności: żydowski i grecki. Widzimy Jezusa, Syna Bożego, który, będąc zwyczajnym rzemieślnikiem i cieślą, wypełniony jest niezwykłą mądrością; do tego stopnia, że gromadzi wokół siebie uczniów, nazywających go Nauczycielem. Podobnie św. Paweł, wykształcony w Prawie u boku nauczyciela Gamaliela w Jerozolimie (por. Dz 22, 3), zajmował się rzemiosłem wyrabiania namiotów (por. Dz 18,3). Wyuczenie się rzemiosła dawało potrzebny i przydatny zawód, gwarantujący utrzymanie, i jednocześnie wzbogacało osobę nabywaną bardzo praktyczną mądrością.

Natomiast pewien rys greckiego modelu nauczania dostrzec możemy w komentarzu św. Łukasza do pobytu Pawła w Atenach. Stwierdza on, że „wszyscy Ateńczycy i mieszkający tam przybysze poświęcają czas jedynie albo mówieniu o czymś, albo wysłuchiwaniu czegoś nowego” (Dz 17, 21). Z jednej strony mamy więc praktyczne umiejętności, podparte mądrością życiową, z drugiej – teoretyczną wiedzę na temat świata. Patrząc na to, czego uczymy się od wczesnego dzieciństwa w szkole, możemy zauważyć, że przejęliśmy w zdecydowanym stopniu sposób zdobywania wiedzy i umiejętności grecki, a nie ten zakorzeniony w Biblii, oparty na Bożej mądrości. Z jakim skutkiem?

 

Joanna Krzywonos

 

Artykuł ukazał się w lipcowo-sierpniowym numerze „Któż jak Bóg” 4-2019. Zapraszamy do lektury!