Ks. Bogdan Świerczewski CSMA to chodząca encyklopedia wiedzy o Papuasach, ich zwyczajach, wierzeniach i życiu codziennym. Nic dziwnego, w końcu posługuje wśród nich już 22 lata. Gdy więc odwiedzał na krótko nasz kraj, grzechem byłoby z nim nie porozmawiać.

 

Nie bał się ksiądz tej rzeczywistości, którą przychodziło księdzu zastać pierwszy raz jadąc do Papui-Nowej Gwinei?

Miałem na szczęście tę świadomość, że przede mną byli tam już obecni misjonarze, że ktoś tam na mnie czekał. Oczywiście miałem pewne obawy odnośnie tego jak zostanę przyjęty przez miejscową ludność. Zastana rzeczywistość była skrajnie różna od naszej, europejskiej. Papuasi są społeczeństwem klanowym. Nawet między poszczególnymi klanami, szczepami wzajemna nieufność jest niekiedy bardzo duża. A co dopiero względem białych. Zawsze jest pewnego rodzaju badanie przybyszów, sprawdzanie, czy są oni godni zaufania. Ale z drugiej strony większość Papuasów jest ochrzczona. Wiedzą już kim są misjonarze, wiedzą, że przychodzimy do nich z czymś dobrym.

 

No dobrze, ale jak z nimi rozmawiać? Jacy są Papuasi? Bo niektórzy misjonarze, nawet z długim stażem, nie są w stanie ich jednoznacznie opisać… Dla każdego przykładu można podawać kontrprzykład, cały czas zaskakują…

To prawda. Pracuję na Papui już ponad 20 lat i cały czas spotykam się z nowymi sytuacjami, cały czas zdarza się, że przychodzi ktoś z jakąś kompletnie niespodziewaną sprawą.

Co jeszcze można powiedzieć o Papuasach? Są niesamowicie uparci. Jeśli chcą kogoś do czegoś przekonać będą do tego dążyć z uporem i próbować na wszystkie możliwe sposoby. Można ich tutaj cenić za pomysłowość. Co by tu jeszcze… Z pewnością ogromnie lubią przemawiać, zabranie głosu jest dla nich niezwykle nobilitujące…

 

A jaki jest ich stan ducha? W co wierzą? Słyszy się głosy, że rzeczywistość Papuasów jest „rzeczywistością duchów”…

Myślę, że faktycznie, można tak to określić. W tym względzie misjonarze chrześcijańscy mieli nieco ułatwione zadanie, ponieważ Papuasi już wcześniej mieli jakieś swoje wierzenia, wierzyli w istnienie właśnie świata duchów… Nauka o Bogu nie jest więc dla nich niczym zupełnie nowym. Paradoksalnie, ich wcześniejsze wierzenia ułatwiają nam nawet czasami krzewienie wiary chrześcijańskiej.

 

Ale czy ta wiara, którą formalnie wyznaje większość mieszkańców Papui, przekłada się na ich postawy? Wciąż mamy tam do czynienia z ogromną przestępczością, szerzącą się narkomanią…

To prawda, te problemy nawet narastają. Ale to też częściowo owoce cywilizacji, która przyszła do Papuasów. Natomiast przyznać trzeba, że gdy dochodzi do konfliktu np. pomiędzy różnymi szczepami, wartości chrześcijańskie schodzą często na dalszy plan.

Pamiętam taką sytuację z początku mojego pobytu, z 1991 r. Byłem jeszcze wtedy na tzw. okresie wprowadzającym, pod opieką innego misjonarza, michality, ks. Janusza Bieńka, który akurat tego feralnego dnia wyjechał na urlop. Było to tuż przed Bożym Narodzeniem, w okresie wydawałoby się szczególnie ważnym dla chrześcijan. Tymczasem na terenie mojej parafii niespodziewanie wybuchła wojna pomiędzy klanami. Nie mogłem się z tym pogodzić, tym bardziej, że brało w niej udział wielu katolików. Postanowiłem, że muszę za wszelką cenę przerwać ten rozlew krwi. Założyłem habit, wziąłem do ręki Krzyż i Pismo Święte i, odmawiając modlitwę, pobiegłem na pole bitwy. Ze strony miejscowych nie było jednak żadnej reakcji, co najwyżej pobłażliwe uśmiechy. Strzały dalej latały mi nad głową. Poszedłem więc do wioskowych liderów, by załagodzić sytuację. Ci jednak, bez większego przejęcia, odpowiedzieli, że po prostu muszą się pobić, rozwiązać konflikt, a potem i tak przyjdą do kościoła.

 

Nie miał ksiądz w takich momentach chwil zwątpienia? Niektórzy kapłani porównują pracę misyjną na Papui do pracy niemalże syzyfowej… Widzi ksiądz przez te 22 lata zmiany na lepsze? Czy to jednak przemiana rozłożona na pokolenia?

Nie możemy się nastawiać negatywnie. Praca ewangelizacyjna jest właśnie niczym innym jak pracą mimo trudności. To, że zmiany są powolne, czasem niemal niewidoczne, nie oznacza, że mamy się poddawać. Cały czas mamy ogromne zapotrzebowanie na kapłanów, misjonarzy, apelują o nich nawet miejscowi biskupi. A to oznacza, że jest zapotrzebowanie.

 

Wiara nie łagodzi obyczajów?

To nie tak. Papuasi muszą po prostu dojrzeć do tego, by zobaczyć Boże wartości w sobie samych i w ludziach, którzy ich otaczają. Muszą oczywiście pojawić się jednostki, z których można by brać przykład, jak np. błogosławiony Piotr To Rot, który za wiarę zginął męczeńską śmiercią z rąk Japończyków. I to chyba najlepszy przykład tego, jak Papuasi mogą się zmienić, jak mogą żyć swoją wiarą. Oni oczekują żywych przykładów, ale przede wszystkim przykładów wywodzących się od nich samych.

 

Ale jak sprawić, by biały ksiądz stał się dla miejscowych lepszym przykładem, większym autorytetem niż wioskowy wódz, którego ci znają od wielu lat? Wielu misjonarzy wprost pisze o tym, że dochodzi do tego rodzaju rywalizacji…

Dlatego w pierwszej kolejności próbujemy się porozumieć z miejscowymi liderami. Idealna sytuacja jest wtedy, gdy lider wioski staje się jednocześnie liderem religijnym. Ksiądz niejako automatycznie zyskuje wtedy autorytet, staje się… drugim wodzem.

 

Pewien szacunek kościół jako instytucja zdobył sobie zresztą już w XIX w. Poprzednich zarządców wyspy takie rzeczy jak edukacja, czy opieka zdrowotna dla miejscowych nie zawsze interesowały. I w te miejsca wkraczali misjonarze…

Misje w swoim założeniu niosły i niosą rozwój nie tylko duchowy, ale i cywilizacyjny. Może ten nacisk na kwestie cywilizacyjne był swego czasu nawet zbyt wielki… Sprawiło to, że teraz Papuasi mają wobec nas takie, a nie inne oczekiwania, a my musimy ich uświadamiać, że powinni je kierować wobec rządu. Uczymy ich, że sami są również odpowiedzialni za budowanie swojego dobrobytu. Z roszczeniowego myślenia mieszkańców Papui wziął się zresztą między innymi tzw. „cargo cult”, opierający się właśnie na dążeniu do posiadania dóbr materialnych. A my jako misjonarze powinniśmy się jednak zajmować przede wszystkim sprawami duchowymi.

 

Ilość pojawiających się w Papui sekt i zborów pokazuje jednak, że jej mieszkańcy pragną nie tylko dóbr materialnych. Są też „głodni” strawy duchowej. Dochodzi więc wręcz do walki o ich dusze. Szczególnie głośny był tu przykład wrogo nastawionych do kościoła katolickiego adwentystów.

Tak, chociaż większości z tych pojawiających się sekt czy kościołów wcale nie chodzi o ducha. Wręcz przeciwnie, koncentrują się na korzyściach materialnych, jakie mogą czerpać od swych członków.

Jeśli idzie o „konkurencję”, to rzeczywiście, dostrzegam silny wpływ, jaki na młodych ludzi mają kościoły protestanckie. To widać szczególnie w liturgii, w pieśniach, których Ci młodzi ludzie używają. Nie negujemy tego, ale staramy się podkreślić jaką wartość powinna mieć dla chrześcijanina Eucharystia. I to nas właśnie odróżnia od protestantów. Nie nazwałbym tego jednak rywalizacją.

Charakterystyczne dla tutejszych mieszkańców jest zresztą zakładanie nowych zborów, gdy tylko coś przestaje im pasować w ich rodzimym kościele. Niektórzy odchodzą z kościoła katolickiego dlatego, że np. zakazuje on, wciąż powszechnej w Papui, poligamii. I w ten sposób mam w swojej wiosce 5 różnych świątyń na dystansie niespełna 3 kilometrów.

 

Mówi się jednak, że czasem trudniej dotrzeć do jakiejś wioski, niż potem do serc jej mieszkańców…

To prawda. Wiele wiosek znajduje się z dala od dróg, do niektórych trzeba iść nawet po osiem godzin przez busz. Do bardzo wielu Papuasów cywilizacja jeszcze nie dotarła. Ale Jezus do nich dociera i to jest najważniejsze… <śmiech>

 

rozmawiał Karol Wojteczek

 

 

Artykuł ukazał się we wrześniowo-październikowym numerze „Któż jak Bóg” 5-2012. Zapraszamy do lektury!