Zamek szczęścia

Pewnego wiosennego ranka, gdy tylko słońce ukazało się na horyzoncie, dwaj podróżni wyruszyli w drogę. Obaj byli młodzi, przystojni i silni. Jeden nazywał się Gnuśny a drugi Aktywny.

Gdy promienie słońca okazały całą swoją moc – oświetliły złociste wieże wspaniałego zamku, znajdującego się na najwyższej górze, na krańcu horyzontu. Była to wspaniała budowla z białego marmuru, o srebrzystych oknach i złocistych dachach, błyszcząca jak kryształ.

Dwaj młodzieńcy patrzyli na nią w zachwycie. Bardzo pragnęli się tam dostać i postanowili pójść w tym kierunku.

Nagle zauważyli, że wielki złotosrebrny motyl szybując lekko zbliża się do nich. Gdy był już blisko, zobaczyli, że to nie motyl, ale piękna wróżka, ubrana w delikatny i powiewny jedwab, cienki niczym pajęczyna, błyszczący perłami jak rosą. Wróżka miała na głowie koronę z diamentów, a aureola złocistego światła płynęła wraz z nią szybko niczym wiatr.

Przelatując pomiędzy dwoma młodzieńcami spojrzała na nich i uśmiechnęła się:

– Chodźcie za mną – powiedziała.

Gnuśny usiadł na trawie.

– Byłbym głupi! Przecież nie mam skrzydeł! – zrzędził.

Tymczasem Aktywny szybko pobiegł za błyszczącą wróżką i chwycił ją za brzeg sukni.

– Kim jesteś? Gdzie lecisz? – zapytał.

– Jestem szczęściem – odpowiedziała wróżka – a tam w górze jest mój zamek. Możecie być tam dziś jeszcze, jeżeli nie stracicie czasu po drodze. Jeżeli dotrzecie do zamku przed ostatnim wybiciem zegara godziny dwunastej – przyjmę was i będę waszą przyjaciółką przez całe życie. Ale już sekundę po północy będzie za późno, drzwi się więcej nie otworzą.

Wróżka oswobodziła suknię z rąk Aktywnego i szybko zniknęła mu z oczu. Chłopak powrócił do przyjaciela i opowiedział mu o tym, co mu wyjawiła wróżka.

– Co za pomysł! – zrzędził Gnuśny – Gdybyśmy mieli choć konia. Ale iść pieszo! Nie, dziękuję!

– A więc żegnaj – powiedział Aktywny – Ja idę!

I zaczał maszerować szybkim krokiem, mając wzrok utkwiony w zamku szczęścia.

Gnuśny tymczasem ziewnął i położył się na trawie, uprzednio spojrzawszy na wieże z białego marmuru.

– Gdybym miał dobrego konia! – westchnął.

W tym momencie poczuł ciepły oddech na szyi i zaraz potem usłyszał głośne rżenie. Odwrócił się i zobaczył ładnego gniadego konie, już osiodłanego z lejcami na szyi.

– Widzisz? – powiedział chłopak – szczęście przychodzi często bez wielkiego wysiłku.

Wskoczył na konia i ruszył galopem w kierunku zamku szczęścia. Koń biegł szybko i wkrótce Gnuśny minął Aktywnego, który szedł spokojnie regularnym krokiem.

– Cztery nogi więcej znaczą niż dwie! – krzyknął Gnuśny, ale Aktywny zrobił jedynie znak głową i dalej wędrował nie zatrzymując się. Koń biegł ciągle szybko i około południa wydawało się, że marmurowe wieże są tuż, tuż.

W samo południe koń zboczył jednak z drogi, wszedł na świeżą polanę i zatrzymał się.

– Mądre zwierzę! – pomyślał zadowolony Gnuśny – Kto idzie powoli, dochodzi zdrowo i daleko. Nie trzeba się przemęczać. Umiarkowanie jest największą cnotą. Ja pójdę za twoim przykładem i też trochę odpocznę.

Zsiadł z konia, gratulując sobie wielkiej mądrości, usiadł na miękkiej trawie i oparł się o buk, którego pień był gładki i przyjemny. Miał w torbie dobre śniadanie, zjadł i napił się spokojnie. Potem czując się trochę zmęczony, wszystko zostawił na później, położył się tam, gdzie mech był najbardziej miękki i zakrył sobie twarz kapeluszem.

– Mała drzemka nie zaszkodzi mi. Potem będę sprawniejszy i szybciej dotrę do celu _ pomyślał i zasnął.

Miał wspaniały sen. Śniło mu się, że dotarł do zamku szczęścia i że wróżka przyjęła go z wielkimi honorami. Zastępy służebnic i ochmistrz dworu podali mu wspaniałą kolację, orkiestra grała angielskie melodie, a z ogrodu dochodziły wybuchy i światła sztucznych ogni, przygotowanych na jego cześć.

Jeden z oślepiających wybuchów obudził go. Usiadł z wysiłkiem, przetarł sobie oczy i oto, co zobaczył… Ognie sztuczne były ostatnimi promieniami słońca, a muzyka okazała się głosem kolegi, który przechodził drogą śpiewając.

– Czas, by znów wyruszyć w drogę! – stwierdził Gnuśny wstając. Szukał wzrokiem swego pięknego, gniadego konia. Jedyną jednak żywą istotą był stary, szary i wyleniały osioł, który pasł się w pobliżu.

Rozczarowany, ale ciągle jeszcze pełen nadziei, wstał, krzyczał, gwizdał, ale żaden koń się nie pokazał. W końcu zrezygnował i widząc, że nie ma nic lepszego, wskoczył na grzbiet starego osła po czym ruszył w drogę.

Osioł biegł drobnym truchtem, ale dość powoli, a jego biedne kości trzeszczały. Była to podróż dość niewygodna, ale zawsze i tak wygodniej było jechać niż iść pieszo. Gnuśny stwierdził, że zamek zbliża się coraz bardziej.

Zapadła noc i okna złotego pałacu rozbłysły światłami.

Stary osioł szedł jednak coraz wolniej, wahał się, drżał aż wreszcie pośrodku ciemnego lasu zaparł się, opuścił uszy i nie chciał ruszyć dalej. Gnuśny uderzał go, ciągnął za ogon, bezskutecznie. A w momencie, gdy chciał go jeszcze raz uderzyć, osioł nagle stanął dęba i zrzucił na ziemię biednego Gnuśnego.

Leżał chwilę na ziemi oszołomiony i wściekły. Przeklinał zły los. Tak bardzo chciałby znajdować się już na miękkim łóżku, wśród cienkich prześcieradeł, pod ciepłą kołdrą.

To pragnienie przypomniało mu zamek szczęścia. Nie może być już daleko, wstał więc i zaczął szukać swego osła. Ale nie było go nigdzie.

Gnuśny poczłapał to tu, to tam, starając się pojąć, gdzie ten się znajduje. Ciemności okryły wszystko niczym kołdra z czarnego aksamitu. Kolce krzaków kłuły go, wiele razy natrafił na kamienie i na powalone pnie. Osła nie znalazł.

W końcu znalazł coś, co przypominało siodło, pod którym niechybnie musiało być jakieś zwierzę. Nie namyślając się wiele, Gnuśny wsiadł na siodło i zawołał :

– Hop, Hoop!

Zwierzę ruszyło do przodu. Wydawało mu się mniejsze od osła i czuł, że wsiadając dotknął nogami czegoś miękkiego, ale nie mógł zobaczyć nic, gdyż było ciemno. W każdym razie była to jazda i to lepsza od wędrówki pieszej.

Usłyszał, jak zamkowy zegar wybił godzinę jedenastą. Miał dość czasu, by dojechać do zamku przed północą. Dwoma kopniakami zachęcił swego wierzchowca do biegu.

Siodło było wprawdzie wygodne, zaokrąglone z oparciem dla pleców, ale zwierzę wyjątkowo wolno posuwało się naprzód. O wiele wolniej od osła!

Po pewnym czasie Gnuśny znalazł się poza lasem. Przed nim, już blisko, błyszczały światła zamku. Promień światła padł na wierzchowca i młodzieniec zobaczył wówczas, ze był to gigantyczny ślimak!

Dreszcz obrzydzenia przebiegł mu przez plecy i byłby natychmiast zsiadł z tego okropnego stworzenia, gdyby nie to, że usłyszał właśnie pierwsze z dwunastu uderzeń zegara. Zaczął więc uderzać ślimaka, by zmusić go do biegu. Ślimak natychmiast schował się do swej muszli i zostawił okropnie zagniewanego jeźdźca na ziemi.

Zegar wybił po raz drugi.

Gdyby gnuśny zaczął biec, mógłby jeszcze zdążyć na czas do zamku, tymczasem on zaczął krzyczeć i tupać nogami.

– Wierzchowca! Wierzchowca! Potrzebuję jakiegokolwiek wierzchowca, który zawiózłby mnie do zamku!

Zegar wybił po raz trzeci.

Coś ciemnego przeszło obok Gnuśnego z hałasem żelastwa. Nie namyślając się Gnuśny wskoczył na grzbiet zwierzęcia, dziwnie płaski i pomarszczony.

W momencie, w którym to uczynił, zobaczył, że bramy zamku otworzyły się, by przyjąć Aktywnego. Honory domu czyniła uśmiechnięta i jaśniejąca radością wróżka Szczęścia.

Zegar wybił po raz czwarty i nowy rumak ruszył. Przy piątym uderzeniu posunął się o krok. Przy szóstym zatrzymał się. Przy siódmym zaczął się cofać.

Gnuśny krzyczał, kopał, błagał, ale zwierzę zdecydowanie cofało się. Zegar wybił po raz ósmy. Księżyc wysunął się zza chmur i Gnuśny stwierdził, że siedzi na ogromnym raku!

Światła zamku gasły jedne po drugich.

Dziewiąte uderzenie!… Rak nadal się cofał. Dziesiąte… Ciągle wstecz. Jedenaste… Dwunaste!…

Bramy zamku zatrzasnęły się z wielkim hukiem, a rak zatrzymał się. Dla Gnuśnego zamek Szczęścia i jego skarby były stracone na zawsze. Nikt nie słyszał, co stało się z Gnuśnym i jego rakiem. Ale nikt się tym nie przejmował. Aktywny tymczasem został przyjęty przez wróżkę Szczęścia i zatrzymał się w zamku przez dłuższy czas.

Przez resztę życia szczęście towarzyszyło mu, jak wierna przyjaciółka.

 

                                                             Bruno Ferrero, Nowe historie

 

 

Szczęście nie przychodzi samo, trzeba je w trudzie zdobywać.

 

 

 

Artykuł ukazał się w styczniowo-lutowym numerze „Któż jak Bóg” 1-2014. Zapraszamy!

POST TAGS: