Aniołowie radujący się nawróceniem grzesznika

„Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i przebywał w Duchu [Świętym] na pustyni czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła” (Łk 4, 1-2). „Ewangelia ukazuje nam tutaj walkę Jezusa z szatanem. Jezus jest poddawany kuszeniu. Także i On chce poznać walkę duszy, pragnącej pozostać wierną Bogu, ale i napastnika, który ją osacza, odrywa od Niego i wrzuca w wir zła. W ten sposób zwraca się nam uwagę, że to, co odnosi się do Jezusa, dotyczy także i nas. To, co dokonuje się w Jego życiu, odbija się, niczym w zwierciadle, także i w naszym” (Paweł VI).

 

To jakże ważne pouczenie papież Paweł VI rozwija, mówiąc: „…żyjemy w świecie opętanym i targanym inicjatywą ukrytą w tych, których św. Paweł nazywa: «rządcami świata ciemności» (por. Ef 6, 12). Jesteśmy jakby otoczeni czymś nieszczęśliwym, złym, przewrotnym, co wywołuje nasze cierpienia, wykorzystuje nasze słabości, przenika nasze przyzwyczajenia, kroczy po naszych śladach i proponuje nam tylko to, co jest złe. Tak więc pokusa jest spotkaniem uczciwego dobra z atrakcyjnym złem, i to w postaci najbardziej podstępnej ze wszystkich. Zło nie daje się nam poznać w swej rzeczywistej formie jako nasz nieprzyjaciel, coś strasznego i przerażającego. Wprost przeciwnie. Pokusa jest symulacją dobra. Jest oszustwem, dlatego zło przyjmuje postać dobra. Jest pomieszaniem dobra i zła. Ta dwuznaczność, która nieustannie ukazuje się naszym oczom, zmierza do tego, abyśmy dostrzegali dobro tam, gdzie, przeciwnie, jest obecne zło” [U. Gamba (red.), Pensieri di Paolo VI per ogni giorno dell’anno, Vigodarzere 1983, s. 279].

Czy zdajemy sobie sprawę, jakich potwornych sztuczek potrafi podjąć się zły duch, by człowieka zapędzić do swoich matni i tam go spętać i uwięzić? Jako wymowny przykład niech nam posłuży „mroczna historia” Aleksandra Serenelli (1882-1970), zabójcy św. Marii Goretti. Św. Maria Goretti nie ukończyła wówczas nawet 12 lat, gdy za cenę swego życia świadomie przeciwstawiła się grzechowi śmiertelnemu. Tym samym, złotymi zgłoskami wpisała się do katalogu rzeszy świętych męczenników, którzy od początku historii Kościoła mężnie wyznawali swoją wiarę w Chrystusa Pana i za tę wiarę ponosili śmierć męczeńską.

 

Fatalne „wydarzenie”

Do zabójstwa Marii Goretti doszło 5 lipca 1902 roku, w godzinach popołudniowych, w miejscowości Le Ferriere di Conca w pobliżu Nettuno, we Włoszech, w kuchni domu wiejskiego, w którym zamieszkiwały dwie bardzo ubogie rodziny Goretti i Serenelli. Obydwie rodziny zamieszkiwały tam od niedawna, pracując na gospodarstwie rolnym bogatego ziemianina. Wtedy to Aleksander poznał Marię Goretti i zaczął ją nagabywać, ale ta zawsze odmawiała. 5 lipca, po ponownej odmowie, pchnął ją 14 razy nożem. Ofiara zmarła dzień później w szpitalu w Nettuno. Sąd skazał Aleksandra za zabójstwo na 30 lat więzienia.

Uniknął on dożywocia, ponieważ według ówczesnego prawa włoskiego był młodociany. Liczył dziewiętnaście lat. Aleksander, ilekroć mówił o swojej zbrodni, określał ją słowem „wydarzenie”, by się od tego, co się stało, psychicznie odsunąć i bronić przed ciężarem wspomnień. Mimo tego wspomnienia powracały i spędzały mu sen z oczu. Niektóre z tych wspomnień spisywał. W jednym z nich zanotował: „Jak tylko postawiłem nogę w więzieniu, nie mówiono już do mnie po imieniu: „Aleksander”, ale stałem się numerem 3142. Zresztą, w głębi serca czułem się nikim, tylko numerem i tyle. Mój wyrok zawierał m.in. trzy lata «całkowitej izolacji». Jest to straszne. Nie ma pod tym względem cięższej kary. Zawsze sam ze swoimi myślami, zawsze w milczeniu. Miałem raz dziennie godzinną przechadzkę na więziennym dziedzińcu, ale ona także była w pojedynkę i w milczeniu. Szło zwariować i faktycznie niektórzy więźniowie dostawali szału”.

 

Tryumf ducha Ewangelii

Rodzina Gorettich posiadała sześcioro dzieci. Same dziewczynki. Najstarsza była Maria. Zajmowała się domem i młodszym rodzeństwem. W tym tragicznym dniu, ojciec Luigi już nie żył od kilku miesięcy, zmarł na malarię, gdyż tereny na których pracowali były bagienne i malaryczne. Po śmierci męża cały ciężar utrzymania rodziny spadł na barki Assunty, samotnej wdowy, matki licznej rodziny.

 Proces sądowy Aleksandra miał miejsce w Rzymie i trwał od 11 do 15 października 1902 roku. W auli sądowej była obecna również Assunta, matka Marii. Aleksander został poinformowany o jej obecności, toteż unikał spojrzenia w jej kierunku, bowiem coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że uczynił coś okropnego. W pewnym momencie miała miejsce wzruszająca scena. Sędzia zwrócił się do Assunty z zapytaniem, czy jest w stanie przebaczyć zabójcy to, co uczynił jej córce. Wówczas ona wstała i oświadczyła: „Chrystus przebaczył tym, którzy Go ukrzyżowali. Maria, moja córka, już mu przebaczyła i ja mu przebaczam”. Na sali sądowej zapanowała grobowa cisza, a po chwili dał się słyszeć szloch, bowiem niektórzy ze wzruszenia poczęli płakać. Biedna, prosta, wiejska kobieta, która nawet nie umiała pisać i czytać, ale poznała naukę Jezusa, według niej żyła i przekazywała ją swoim dzieciom.

W tym miejscu warto jeszcze przytoczyć inny wzruszający przypadek. Gdy karetka jechała do szpitala z ciężko ranną Marią, w pobliżu ich domu, przy mostku, zebrała się grupka ludzi. W chwili, gdy karetka przejeżdżała obok, mężczyźni zdjęli czapki z głowy, a kobiety uklękły, tak jak czyniło się to podczas procesji Bożego Ciała. Zmysł wiary podpowiadał im, że w karetce jedzie umierająca Święta. Cichy tryumf ducha Ewangelii.

 

Maria zaraz mi przebaczyła

Wśród wspomnień Aleksandra znajduje się jedno, które ukazało się w dzienniku Oggi 10 października 1957 roku. Czytamy tam następujące wyznanie: „Gdy siłą wciągnąłem ją do kuchni, wyrwała mi się i uciekała przede mną, powtarzając: «Aleksandrze, nie, nie! Co ty robisz!? Pójdziesz za to do piekła… to jest grzech. Bóg tego nie chce!». W tym momencie zwyciężył we mnie zwierzęcy instynkt. Widząc jej nieustępliwość, pełen wściekłości chwyciłem za nóż i zadawałem jej ciosy w brzuch i w piersi. Maria, jak przerażony baranek, wypowiedziała jeszcze pełne bólu słowa: «O Boże, umieram… Ojej! Co robisz, Aleksandrze?». Po kilku moich ciosach, widocznie pamiętając o słowach Jezusa na Krzyżu, które Maria słyszała w kościele w Wielkim Tygodniu, powiedziała: «Aleksandrze, ja ci przebaczam», i padła na ziemię ugodzona w serce. Rozpisywano się w prasie, że męczennica, tuż przed śmiercią w szpitalu w Nettuno wypowiedziała słowa: «Aleksandrze, ja ci przebaczam», za czyjąś sugestią. Ale to było inaczej, bo ja słowa przebaczenia usłyszałem osobiście na miejscu zbrodni. Nikt jej tego nie sugerował. Wypowiedziała je spontanicznie, prosto z serca, jako czysty, chrześcijański akt heroizmu. To właśnie te słowa, stały się dla mnie iskrą nadziei; stały się światłem w moim pokrzywionym życiu. Były to słowa, nad którymi się zatrzymywałem setki razy w moim długim więziennym życiu”.

 

Agonia Marii Goretti

Agonia Marii trwała długo. Umierając, cały czas była przytomna. Bez skargi znosiła ból operacji bez znieczulenia. Jedynie w momentach ogromnego bólu, od czasu do czasu, wyrywało się jej z serca wołanie: „Mamo! Matko Najświętsza, pomóż mi!”. Gdy na drugi dzień rano matka pojawiła się obok niej u wezgłowia, Maria miała jeszcze na tyle siły, by ją zapytać: „Mamo, jak się mają moje siostrzyczki?”. Tak, w takich okolicznościach, może się odezwać jedynie ktoś, kto ma serce pełne miłości.

Gdy przybył kapłan, by udzielić jej Sakramentu chorych i Komunii Świętej, zapytał ją: „Mario, czy chcesz przebaczyć Aleksandrowi, tak jak Jezus przebaczył tym, którzy Go ukrzyżowali?”. „Tak – odpowiedziała – przebaczam mu z serca i chcę, żeby był ze mną w niebie!”. Wystarczą nawet tylko te słowa, by dostrzec wielkość tej małej męczennicy. Co za duchowa dojrzałość! Jest to świętość, która rzuca na kolana! Z czternastoma ranami w ciele, z wysoką gorączką, cierpiąc wielkie pragnienie, gdyż ze względu na obrażenia wewnętrzne, nie wolno jej było podać żadnych płynów. Niestety, zabiegi lekarzy chirurgów, okazały się bezskuteczne i odeszła do Pana.

 

Koniec czarnych myśli

Kiedy Aleksander kończył swój trzyletni okres „całkowitej izolacji”, znalazł się niemal na progu rozpaczy. I wówczas przychodzi mu pomoc z nieba. Otóż, którejś nocy Aleksander widzi we śnie Marię. Wspomina o tym następująco: „Widziałem się przed jakimś pięknym ogrodem, pełnym białych kwiatów i lilii. Aż tu pojawia się Maria, przepiękna, ubrana na biało. Zaczyna zrywać białe lilie i wręczając mi je, mówi: «Weź je sobie» i uśmiecha się do mnie serdecznie. Ten jej anielski uśmiech i dobroczynny gest, tak na mnie podziałały, że nawet nie pomyślałem o tym, by uklęknąć, i poprosić ją o przebaczenie, za mój straszny czyn. Tak mnie to podniosło na duchu, że śmiało przyjmowałem z jej ręki lilie, jedna po drugiej, aż tego się uzbierało całe naręcze. Patrzę, a tu lilie w moich rękach przemieniły się w jaśniejące płomyki. Maria uśmiechnęła się do mnie i znikła. Gdy zerwałem się ze snu, powiedziałem sobie: «Jest nadzieja, że się zbawię, bo Maria modli się za mnie. Przyszła mnie odwiedzić i upewnić o swoim przebaczeniu». Od tego dnia nie czułem już więcej pogardy do samego siebie, i odstąpiły ode mnie rozpaczliwe myśli”. Kilka dni później do celi Aleksandra wszedł niespodziewany gość – miejscowy biskup, który za natchnieniem Bożym postanowił porozmawiać z zabójcą. Po tej rozmowie w duszy więźnia dokonał się cud nawrócenia. Zrozumiał potworność swej zbrodni i zaczął błagać Boga o wybaczenie. Stał się innym człowiekiem. Za wzorowe zachowanie skrócono mu wyrok o trzy lata.

 

Najpiękniejszy dzień

Jednej rzeczy gorąco pragnął Aleksander z całego serca: spotkać się z mamą Marii i poprosić ją o przebaczenie. Nadszedł ten pamiętny dzień. Była to Wigilia Bożego Narodzenia 1934 roku. Tego dnia tak bardzo oczekiwał, ale się go także ogromnie lękał, gdyż wiedział, że obudzi w nim wiele bolesnych wspomnień. Gdy zapukał do drzwi, stanęła w nich Assunta. Aleksander poczuł się wtedy malutki i miał ochotę uciec ze wstydu, ale zdobył się jeszcze na tyle, by zapytać:

–  Assunto, czy mnie rozpoznajecie?

– Oczywiście, synu mój!

– Przebaczcie mi, błagam!

– Przebaczyła ci Maria! Przebaczył ci Pan Bóg! Czy sądzisz, że ja ci nie przebaczę! Chodź tutaj!

I zamknęła go w swoich objęciach. Również i ta scena objawia potęgę wiary w Jezusa Chrystusa. Objawia oblicze i dar nieskończonego Bożego Miłosierdzia. Objawia całe piękno i wielkość chrześcijaństwa!

W 1950 roku, po kanonizacji św. Marii Goretti, zbliżył się do matki Assunty pewien kapłan-dziennikarz, i poprosił o napisanie kilku słów do tygodnika, którego był redaktorem. Ona popatrzyła na niego ze zdziwieniem i powiedziała: „Ale ja nie umiem pisać!”

Był to ks. Wirginiusz Rotondi, który swoje spotkanie z matką św. Marii Goretti tak później skomentował: „Ta pokorna kobieta nie umiała ani pisać, ani czytać, ale doskonale znała, co to znaczy być chrześcijaninem i cały sekret życia: wiedziała że Bóg jest bezcenną perłą, której nigdy nie można utracić. I tego nauczyła swoje dzieci, szczególnie swoją ukochaną Marię!”.

 

***

 

Aniołowie święci, którzy radujecie się z nawrócenia każdego grzesznika, w tym Roku Świętym Miłosierdzia, pocieszajcie zwłaszcza zrozpaczonych, by nigdy nie wątpili w bezmiar Bożego miłosierdzia. Amen.

 

ks. Henryk Skoczylas CSMA

 

 

Artykuł ukazał się w majowo-czerwcowym numerze „Któż jak Bóg” 3-2016. Zapraszamy do lektury!